poniedziałek, 4 lipca 2016

Richthofen - Człowiek za legendą "Czerwonego Barona"

Manfred Albrecht Freicherr von Richthofen, Znany jako "Czerwony Baron." Legenda I wojny światowej, as lotniczy i idol dla współczesnych sobie Niemców. Zawsze honorowy, rycerski, waleczny i przede wszystkim dżentelmen. Lecz czy aby na pewno? Wiele filmów jak również opracowań przedstawia Richthofena własnie w taki sposób. W pierwszych minutach filmu Nikolaia Müllerschöna z 2008 roku, Młody Manfred leci wraz ze swoimi lotnikami na pogrzeb zestrzelonego angielskiego pilota. Łamiąc rozkazy w imię honoru, udaje się na terytorium wroga tylko po to, by przelatując nad jego grobem zrzucić doń wieniec pożegnalny. W innym momencie tego samego filmu wypowiada do swoich pilotów patetyczną kwestię:
"Naszym celem jest zestrzelenie samolotów, nie pilotów! Jesteśmy sportowcami, a nie rzeźnikami!" 
Szukając informacji na temat tego człowieka można trafić na opisy, kiedy po uszkodzeniu wrogiej maszyny i zmuszeniu jej do lądowania Richthofen zatacza nad nią koło i upewniając się, iż pilotowi nic się nie stało odlatuje, bądź ląduje obok i po dżentelmeńsku bierze go do niewoli. Lub też widząc angielskiego pilota, który rozpaczliwie uderza pięściami w zacięte karabiny, zrównuje z nim swój lot i po zasalutowaniu, oddala się w stronę swoich pozycji. Przecież rycerski honor nakazuje oszczędzić bezbronnych.
Czy jest to zgodne z prawdą? Postać tego pilota była wiele razy wykorzystywana do celów propagandowych, przez Kajzera, a potem również przy pomocy Hermana Göringa przez III Rzeszę. Mit, legenda, propagandowe kłamstwa i prawda wymieszały się w takim stopniu, iż nie sposób odróżnić ich dziś od siebie. Jako dowód można przytoczyć jego autobiografię "Der Rote Kampfflieger". Ta niezbyt gruba książeczka została opublikowana w trzech wydaniach. Pierwszym jeszcze za życia samego autora w 1917 roku, drugim w 1920 i trzecim w 1933. Każde z tych wydań różni się zasadniczo od siebie treścią.

Freiherr Manfred Albrecht von Richthofen u szczytu swojej kariery.

W 2015 roku niemiecki historyk, Joachim Castan, dostał możliwość wglądu do rodzinnego archiwum rodu Richthofen. Jako pierwsza osoba z poza rodziny, mógł zobaczyć i przeczytać dokumenty które do tej pory nie były znane opinii publicznej. Wyniki jego "śledztwa" rzucają nieco światła na postać tego młodego pilota i pozwalają odróżnić fałsz od prawdy.
Jak każdą historię o człowieku, należy zacząć ją od jego dzieciństwa...

Manfred von Richthofen w wieku dwóch lat.

Manfred urodził się 2 maja 1892 roku w Borku pod Wrocławiem. Jego rodzice byli średniozamożnymi niemieckimi arystokratami. Tytuł "Freiherr" był najniższym szlacheckim tytułem i w drabinie społecznej, znajdował się poniżej grafa. Tytuł baron, nie był używany w niemieckiej nomenklaturze arystokratycznej, poza szlachtą nadbaltycką. Przydomek "Czerwony Baron" pod jakim jest znany Richthofen, to wynik błędu w angielskim tłumaczeniu i został wykuty dopiero po jego śmierci. Jest to najczęstszy błąd powielany przez wiele opracowań i książek. Jedyny przydomek jaki zyskał von Richthofen za życia, nadali mu Francuzi i brzmiał: "le diable rouge". Czyli tyle co "czerwony diabeł".
W wieku 9 lat przeprowadził się z rodzicami do Świdnicy, którzy 2 lata później wysłali swojego syna do szkoły kadetów "Koniglichen Kadettenanstalt in Wahlstatt" w Legnickim Polu. Na weekendy i ferie ojciec zabierał go na polowania. Młody Manfred szybko odnalazł w tym przyjemność i stał się bardzo dobry. Nazywał siebie myśliwym, a swojego brata, z którym zwykł polować, strzelcem. Odróżniało ich to, że Manfred lubił podchodzić swoja ofiarę. Starał się zakradać jak najbliżej i nim strzelił, zapędzać zwierzynę w pułapkę, z której nie miała już ucieczki. Im sprytniejsza i czujniejsza była ofiara, tym większą satysfakcję czerpał z jej upolowania. Tę cechę i schemat, wielu badaczy widzi w jego późniejszej karierze pilota.
W 1911 wstąpił do kawalerii, jak jego ojciec. Służył w 1 Pułku Ułanów „Kaiser Alexander III. von Rußland“ w Miliczu jako chorąży. W 1912 roku został awansowany na podporucznika i objął dowództwo 3 Szwadronu w Ostrowie Wielkopolskim.

Von Richthofen w 1912 roku, jako chorąży ułanów 

Kiedy wybuchła Wielka Wojna, Richthofen wraz ze swoim pułkiem znajdował się na froncie wschodnim. Jednak po kilku dniach żołnierze zostali przeniesieni na zachód. Przez Luxemburg do Belgii. Jednostka "barona" nie była wykorzystywana do walk frontowych. Główne zadania skupiały się na patrolowaniu tyłów i posuwaniu się za frontem. 1 września 1914 roku, Manfred zostaje przeniesiony w charakterze oficera wywiadu 4 Armii, w okolice Verdun. 1 stycznia 1915 roku, znudzony brakiem wyzwań i monotonią wojny pozycyjnej, prosi o przeniesienie. Jego prośba zostaje rozpatrzona pozytywnie, jednak nie tak jak by sobie tego życzył młody wojownik. 15 stycznia Dostaje przydział jako ordynans w sztabie 18 Infanterie-Brigade znajdującym się w Legnicy. Rozgoryczony i zawiedziony Richthofen miał powiedzieć:
"Nie poszedłem na wojnę by zbierać jajka i ser."
Jego żądza czynu spowodowała w końcu, iż został przydzielony do nowo-formowanych sił powietrznych armii Cesarstwa Niemieckiego w charakterze obserwatora.
Trzeba tu nadmienić, że w tamtym czasie zaczęto dopiero eksperymentować z nowinką techniczną jaką był samolot. Sztaby walczących stron nie wiedziały w jaki sposób można go efektywnie wykorzystywać. W pierwszej fazie wojny samoloty spełniały rolę obserwacyjną i wywiadowczą, a jedyną bronią na ich pokładzie był KM obserwatora. Ogień można było w zasadzie prowadzić jedynie do tyłu i na boki, by nie uszkodzić własnej maszyny. Mechanizm przerywający umożliwiający strzelanie między łopatami śmigła nie został jeszcze wynaleziony.
30 maja 1915 roku Manfred von Richthofen przechodzi 30 dniowy kurs na obserwatora lotniczego i po 14 dniowej praktyce, 21 czerwca podejmuje służbę niedaleko Lwowa we Feldflieger-Abteilung 69. W czasie lotów rozpoznawczych nad Polską, Rosją i Galicją często ostrzeliwuje ze swojego KMu kryjących się w okopach żołnierzy rosyjskich. W sierpniu przeniesiono go do Belgii do oddziału "Gołębi Pocztowych". W rzeczywistości była to jedna z pierwszych i utrzymywana w tajemnicy jednostka bombowa Kampfgeschwader 2. Pierwotnie planowano bombardowanie Anglii. Jednak ze względu na zbyt mały zasię samolotów typu AEG-G, musiano się zadowolić działaniami nad kanałem la Manche i tyłach Francji.

Großkampfflugzeug AEG-G. Na takim służył Manfred von Richthofen jako strzelec-bombardier (obserwator).

 Najprawdopodobniej w tedy Richthofen zestrzelił swój pierwszy samolot. 1 września 1915 roku, strzelając z karabinu do bombowca Farman strącił go po francuskiej stronie frontu, więc zwycięstwo nie zostało oficjalnie zaliczone. Opisując to wydarzenie w swojej autobiografii zanotował:
"...Pozwolił nam się zbliżyć i zobaczyłem w tedy po raz pierwszy przeciwnika całkiem z bliska, z bliska w powietrzu. Osteroth leciał zręcznie obok niego, w taki sposób, że mogłem go wziąć pod ostrzał. Przeciwnik najwidoczniej nas nie widział, bo nim zaczął strzelać ja już musiałem załadować ponownie broń. Kiedy wystrzelałem całą skrzynkę 100 naboi, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Kiedy nagle przeciwnik dziwną spiralą zaczął spadać w dół." 

1 Października 1915 roku w obliczu dominacji Francuzów na niebie nad Szampanią, postanowiono połączyć poszczególne eskadry. W drodze do nowej bazy, Richthofen poznał w pociągu Oswalda Bölcke, ówczesnego bohatera mającego na swoim koncie 4 potwierdzone zestrzelenia. Młody obserwator zafascynowany legendą tego człowieka nie potrafił się powstrzymać przed zadaniem mu pytania:
"Czy mógłby mi pan powiedzieć jak właściwie pan to robi?" 
Bölcke myślał, iż jest to żart i w pierwszej chwili uśmiechnął się jedynie. Jednak widząc ciekawość i fascynację w oczach swojego rozmówcy odparł:
"Na miłość boską. Całkiem normalnie. Podlatuję po prostu blisko i dobrze celuję, a potem on spada." 
Richthofen nie potrafił zrozumieć dlaczego po jego strzałach, samoloty nie zawsze spadają. Tłumaczył sobie to faktem, iż jest jedynie strzelcem, a nie pilotem, który ma wpływ na całość wydarzeń w trakcie walki. Odczuwając niedosyt bycia "pasażerem" postanowił przejść kurs pilotażu w Metz. Ciekawostką jest, iż dopiero za trzecim razem udało mu się zdać egzamin. Swój pierwszy samotny lot 10 października, zakończył uszkodzeniem maszyny w trakcie lądowania, którą zarył "dziobem" w ziemię. 24 grudnia 1915 roku otrzymał wreszcie swój upragniony dyplom pilota. Powrócił z powrotem do 8 Dywizjonu 2 Eskadry bombowej pod Verdun, już jako pilot AEG-G. Zachwycony lataniem pisze list do swojej matki, relacjonując jeden z lotów bojowych:
"... zeszliśmy na możliwie niską wysokość, mój obserwator strzelał ze swojego karabinu między tych "braci", a my? My mieliśmy wielki ubaw z tego." 
Świeżo upieczony pilot myślał jednak cały czas o tym, by móc samemu zestrzelić kolejny samolot, jak jego wzór Bölcke. Wreszcie mógł pilotować maszynę, jednak do wroga strzelał kto inny, w tym wypadku jego obserwator. Postanowił więc samodzielnie zamontować na górnym płacie samolotu dodatkowy karabin, z którego mógłby samemu strzelać. Pomimo wielu kpin i żartów na ten temat, był bardzo dumny ze swojej konstrukcji. Okazja do jej wypróbowania nadarzyła się 26 kwietnia 1916 roku. W trakcie lotu nad linią frontu, załoga ciężkiego bombowca natknęła się na wrogi samolot Nieuport. Według relacji Richthofena, pilot musiał być początkujący i najprawdopodobniej zaciął mu się karabin. Kiedy Niemcy zbliżyli się do niego, poderwał maszynę i próbował uciekać. Swój pierwszy sukces jako pilot, opisuje tak:
"Podlatuję do niego, pierwszy raz, na bardzo, bardzo bliską odległość. Naciskam na spust mojego MG. Krótka, dobrze wycelowana seria, mój Nieuport podrywa się i koziołkuje.[...] Spada coraz niżej i niżej. W tedy mój Franz poklepał mnie po głowie i powiedział >Gratuluję, ten spadł<."
Jednak i to zwycięstwo nie zostało zaliczone, ponieważ samolot spadł poza frontem po francuskiej stronie. W tamtym czasie każdy samolot, który strącono poza frontem, lub swoim terytorium nie był uznawany pilotowi ponieważ nie dało się potwierdzić strącenia na ziemi. Mimo to w meldunku armii "Heeresbericht vom 26. April 1916" walka została odnotowana i podano prawdopodobne strącenie. Nie wymieniono pilota imiennie, a jedynie podano eskadrę.

Manfred von Richthofen przed swoim samolotem, rok 1916.

W międzyczasie na uzbrojenie wojska wchodzą nowe samoloty myśliwskie Fokker D. Ten dwupłatowiec stał się obiektem zabiegań naszego "bohatera". W końcu po wielu prośbach i stosie raportów, do dywizjonu Richthofena trafia upragniona maszyna. Młody pilot może nią latać na zmianę ze swoim przyjacielem Leopoldem Reimannem. Manfred wylatywał przedpołudniem, po południu zaś jego zmiennik. Nie jest jednak mu dane stoczyć ani jednej bitwy w tym samolocie. Drugiego dnia Reimann został strącony przez francuzów nad ziemią niczyją. O dziwo udało mu się wylądować i na piechotę wrócić do własnych okopów. Po kilku tygodniach Kampfgeschwader 2 otrzymała kolejnego Fokkera, tym razem rozbił go von Richthofen. Maszyna doznała awarii silnika zaraz po starcie i rozbiła się doszczętnie w trakcie awaryjnego lądowania. Był to trzeci start tym fokkerem, więc i tym razem obyło się bez walk. 
Początki najlepszego pilota I Wojny światowej nie były więc zbyt spektakularne. W czerwcu 1916 jego jednostka została skierowana na front wschodni w okolice miasta Kowel na Ukrainie. Rosjanie nie posiadali praktycznie lotnictwa, więc misje bombowe były spokojne, lecz również nie dawały sposobności do tego, do czego podświadomie dążył Richthofen. Mianowicie do walk powietrznych. Wspomnienia z tego okresu, które opisał w swojej książce, najlepiej można podsumować jego własnymi słowami. 
"Człowiek może nabrać zapału do wszystkiego. Tak więc nabrałem na jakiś czas zapału do lotów bombowych."
W sierpniu odwiedził eskadrę Oswald Bölcke, w jednym z dywizjonów służył jego brat. W tym czasie miał on za zadanie stworzenie niemieckich dywizjonów myśliwskich. Mógł wybrać każdego pilota, którego uznał za stosowne, między innymi postawił na Manfreda von Richthofen. Marzenia młodego arystokraty zaczęły się spełniać. Rozdział opisujący to spotkanie zatytułował "Nareszcie". Już we wrześniu dołączył do Jasta 2 (Jagdstaffel 2), czyli drugiego dywizjonu myśliwskiego, wyposażonego w nowoczesne samoloty Albatros D II. Były to pierwsze samoloty zaprojektowane jako "czysto" myśliwskie maszyny. Pod okiem swojego mentora, Richthofen uczył się i analizował sposoby walki w powietrzu. W liście do matki pisał:
"Teraz jestem pilotem myśliwskim, mama. To nie jest zwykłe strzelanie z pukawki, tylko celowanie całym samolotem."
A do pamiętnika wpisał:
"Nie ma nic piękniejszego dla młodego oficera kawalerii niż wylot na polowanie."  
Swoje pierwsze zwycięstwo uzyskał już 17 września. W trakcie rutynowego lotu dywizjon złożony z 5 maszyn, prowadzonych przez samego Bölcke, natknął się na 7 angielskich bombowców. Niemcy odcięli im drogę powrotną i przystąpili do natarcia. Richthofen obrał sobie za cel jedną z maszyn i starał się znaleźć na jej ogonie. Kiedy w końcu udało mu się wymanewrować Anglika, puścił w jego kierunku krótką serię ze swojego zsynchronizowanego ze śmigłem karabinu. Uszkadzając silnik i raniąc załogę zmusił wroga do lądowania. Kiedy sam wylądował obok okazało się, że strzelec nie żyje a pilot jest tak ciężko ranny, iż zmarł w drodze do lazaretu. Bölcke za każde pierwsze zestrzelenie, miał dla swoich pilotów srebrny kubek, jako pamiątkę "chrztu bojowego". Richthofen postanowił rozwinąć pomysł swojego dowódcy i za każde zwycięstwo nagradzał siebie takim kubkiem. Znajomemu jubilerowi w Berlinie zlecał ich wykonanie, z datą i typem strąconego samolotu.

Karta kolekcjonerska z autografem, z okresu I Wojny. Manfred von Richthofen w kokpicie samolotu, rok 1916.

W czasie bitwy nad Sommą w październiku 1916 roku, Jasta 2 była bardzo aktywna i skuteczna. Piloci ufali bezgranicznie swojemu dowódcy, który miał na swoim koncie już 40 potwierdzonych strąceń. Podczas jednego z "polowań" jak nazywali swoje patrole niemieccy piloci, ujrzeli dwa angielskie myśliwce. Sześciu Niemców rzuciło się na łatwą zdobycz. Każdy chciał zestrzelić kolejny samolot. Piloci byli tak zaaferowani, że przestali zwracać wzajemną uwagę na siebie. Richthofen opisuje, iż musiał zrezygnować ze swojego celu, ponieważ jeden z jego towarzyszy przeciął mu drogę. W tym momencie mógł obserwować jak jego mentor Bölcke ściga angielski samolot, tuż obok leciał przyjaciel dowódcy. Samoloty zbliżyły się do siebie zbyt blisko i doszło do kolizji, udział w tym miała również zła pogoda. Mentor drugiego dywizjonu próbował jeszcze awaryjnie lądować z uszkodzonym skrzydłem. Po kilkuset metrach płat odpadł całkowicie i samolot runął w dół. Według relacji "Czerwonego Barona", sprawca i zarazem przyjaciel Bölckego leciał tuz obok spadającej maszyny aż do końca. Oswald Bölcke zginął po kolizji z maszyną własnej eskadry, 28 października 1916 roku. Dla Manfreda była to osobista tragedia, swojego zwierzchnika traktował jak członka rodziny i żywił do niego głęboki szacunek. Ustanowione przez niego 7 reguł stały się dla Richthofena zasadami, których nie tylko przestrzegał, ale i pogłębiał. Był doskonałym taktykiem, zawsze podlatywał jak najbliżej niezauważony i starał się zająć dogodniejszą pozycję. Potrafił przewidzieć rozwój wydarzeń i błyskawicznie na nie reagować. W jego dywizjonie byli lepsi strzelcy i lepsi piloci, ale nikt nie potrafił mu dorównać jako myśliwemu. Po śmierci Oswalda Bölcke szukał zapomnienia w lataniu. Często startował na patrole 5 razy dziennie. W pierwszym wydaniu "Der Rote Kampfflieger" Richthofen pisze słowa, które nijak się mają do późniejszych historii o nim i jego "bohaterskiej walce".
"Nigdy nie strzelam do samolotu, zawsze staram się najpierw trafić pilota."    
Tego również uczył swoich kolegów i podwładnych. Ta taktyka zapewniła mu niespotykany dotąd sukces na niebie. Swoją pasję powoli zaczął zamieniać w sens życia. Sama fascynacja uległa również zmianie, już nie latanie było tym czego pragnął. Richthofen zapisał:
"Nie latanie, tylko walka powietrzna stała się moją życiową potrzebą." 
Jego ósme zwycięstwo ukazuje tę przemianę dość dokładnie.

Piloci Jasta 2, od lewej: Stefan Kirmaier, Hans Imelmann, Manfred von Richthofen i Hans Wortmann.

9 Listopada 1916 leciał wraz ze swoim przyjacielem Imelmannem patrolując linię frontu. W pewnej chwili dojrzał duże zgrupowanie bombowców, według jego relacji było ich między 40 a 50. Mimo tego zdecydował się zaatakować. Richthofen wybiera ostatnią maszynę i przypuszcza zdecydowany atak. Jego własny opis tych wydarzeń zdaje się być sprzeczny z legendą tego człowieka:
"Już pierwsza moja seria wyłączyła strzelca wrogiej maszyny. Najwidoczniej połaskotałem również pilota. W każdym razie zdecydował się wylądować z niezrzuconymi bombami. Odpaliłem mu jeszcze kilka na tyłek, co przyspieszyło tempo w jakim starał się osiągnąć ziemię, mianowicie spadł i się rozbił niedaleko naszego lotniska."     
Zwycięski pilot szybko zawrócił z pola walki na lotnisko, by autem dojechać w miejsce upadku swojej ofiary. Na miejscu spotykał kilku oficerów, których pytał jak walka wyglądała z ziemi. Zawsze starał się wycinać z zestrzelonych maszyn numery identyfikacyjne i zabierać je jako trofeum. Bardzo interesowało go również jak jego zmagania są widziane oczami innych. Przy wraku zestrzelonego samolotu, spotkał Wielkiego Księcia Sachsen-Coburg-Gotha Karola Edwarda. Angielskie bombowce miały za zadanie zbombardować jego sztab i kwaterę. Dzięki akcji dwóch pilotów nie spadła ani jedna bomba. Richthofen otrzymał za to swoje pierwsze odznaczenie. Medal za męstwo.

23 listopada 1916 roku, miało miejsce zdarzenie, które zaklasyfikowało von Richthofena jako "asa" lotniczego. Podczas jednego z patroli nad linią frontu, napotkał trzy brytyjskie samoloty. Między Manfredem, a jednym z Brytyjczyków wywiązała się walka. Niemiec zorientował się dość szybko, iż ma do czynienia z doświadczonym pilotem. Pomimo, że maszyna przeciwnika, Aircho DH.2, ustępowała pod wieloma względami niemieckiemu Albatrosowi, miał z nim problemy. Piloci starali się zająć dogodną dla siebie pozycję, jednak żadnemu się to nie udało. W trakcie walki kołowej wiatr znosił oponentów coraz bardziej nad niemieckie terytorium. Z uwagi na kończące się paliwo, Anglik mógł albo wylądować na nieprzyjacielskim terenie i najpewniej dostać się do niewoli, albo próbować wrócić na swoją stronę frontu. Zdecydował się na drugie rozwiązanie. Richthofen wspomina, że w pewnej chwili znaleźli się obok siebie w locie równoległym:
"Ten gość był na tyle bezczelny, że pomachał do mnie na wysokości 1.000 metrów. Całkiem przyjemnie, jak gdyby chciał powiedzieć: »Well, well, how do you do?« " 
Kiedy Brytyjczykowi nie udało się "zgubić" Niemca akrobacjami, zaczął uciekać zygzakiem w stronę swoich pozycji. To była szansa, by znaleźć się za nim i spróbować go zestrzelić. Jednak po kilku pociskach karabiny Richthofena zacięły się, ten jednak nie odpuszczał. Podążał za przeciwnikiem próbując odblokować swoją broń. W pewnym momencie KM zaskoczył i seria zabębniła w DH.2. Samolot spadł 50 metrów od linii frontu. To było 11 zestrzelenie "Czerwonego Barona". Dopiero po pewnym czasie dowiedział się kim była jego ofiara. Angielski "as" lotniczy, major Leno Hawker. Lotnik odznaczony Krzyżem Victorii, nazywany "Brytyjskim Bölcke", zginał trafiony niemiecką kulą w głowę. Po upadku wrogiej maszyny, Richthofen wylądował obok i na pamiątkę zabrał karabin, który przy uderzeniu odpadł od samolotu. To spotkanie uświadomiło mu, iż nie do końca najważniejszy jest samolot, ale pilot, który siedzi za jego sterami. Gdyby nie konieczność powrotu, nie wiadomo jak by się skończył ów pojedynek dla nowego "asa" myśliwskiego. Pomimo faktu, że siedział za sterami nowocześniejszej i lepszej maszyny niż Hawker.  

Po osiągnięciu 16 zestrzeleń, Manfred von Richthofen stał się dobrze znaną postacią. 10 stycznia 1917 otrzymał wiadomość o przekazaniu mu dowództwa nad własną eskadrą, Jagdstaffel 11. Początkowo nie za bardzo był z tego powodu szczęśliwy. Zżyty z pilotami Jasta "Bölcke", niechętnie chciał ich opuszczać i na nowo klimatyzować się między nowymi towarzyszami. 12 stycznia, kiedy świętował pożegnanie, otrzymał telegram z dowództwa. Cesarz odznaczył swojego najlepszego pilota, najwyższym pruskim odznaczeniem Pour le mérite. Teraz oficjalnie dołączył do wąskiego grona najlepszych pilotów cesarza.  
W nagrodę, przystępując do swoich nowych obowiązków, stał się dowódcą najgorszej eskadry niemieckiej w owym czasie. Jasta 11 nie miała na swoim koncie ani jednego zestrzelenia. Manfred w pierwszej linii zajął się wpajaniem swoim nowym kolegom 7 zasad, znanych jako "Dyktando Bölckego", oraz wyekwipowaniem eskadry w nowe samoloty Albatros D III. Już 23 stycznia Richthofen wraz ze swoją nową eskadrą zestrzelił swój 17 oficjalnie potwierdzony samolot, było to zarazem pierwsze zestrzelenie Jasta 11. W tym czasie wcielił w czyn pomysł, który mu od dawna chodził po głowie. Kazał pomalować swój samolot na czerwony kolor. Dokładnie nie wiadomo dlaczego to zrobił. Czy było to spowodowane chęcią bycia rozpoznawanym co łechtało jego ego, czy miało na celu zupełnie coś  innego. Uważa się niekiedy, iż Richthofen obejmując dowodzenie nad niedoświadczonymi lotnikami chciał być dla nich dobrze widoczny. Tak aby mogli łatwo odnaleźć go na niebie i naśladować. Sam niewiele wspomina na ten temat w swojej książce. Jednie, że od dłuższego czasu miał ochotę to zrobić, a jego samolot wpadał w oko każdemu, nawet przeciwnikowi.
Tak więc dopiero w 1917 roku rodziła sie legenda "le diable rouge", czy jak kto woli "Czerwonego Barona". Który w tym okresie latał co prawda czerwonym samolotem, jednak nie trójpłatowcem. Albatrosy posiadały dwa płaty skrzydeł. Sławny Fokker Dr. I wszedł na wyposażenie niemieckiego lotnictwa nieco później.

Samoloty Albatros D III, Jasta11. Drugi od dołu, pomalowany na czerwono należał do Richthofena. Douai na początku 1917 roku. 
 
W tym czasie kiedy z Jasta 11 powoli zaczynała się kształtować dobra eskadra lotnicza, Richthofen zestrzelił po raz pierwszy samolot którego, załoga przeżyła. Lecąc swoim czerwonym Albatrosem natknął się na brytyjski samolot, fotografujący linie artylerii niemieckiej. W swojej książce opisuje maszynę jako dwuosobowy Vickers, jednak był to najprawdopodobniej samolot typu B.E.2 lub F.E.2. Już po pierwszej serii dymiący samolot zaczął schodzić do awaryjnego lądowania. Niemiec postanowił oszczędzić załogę, myśląc, że strzelec jest ranny bo Anglicy nie oddali ani jednego strzału w jego kierunku. Wspomniał, iż zrobiło mu się ich żal. Przecinając drogę zmusił Brytyjczyków do wylądowania na linii frontu. Jednak na wysokości 500m samolot Richthofena doznał technicznego defektu i "baron" sam musiał lądować, wywracając maszynę do góry kołami i wbijając się w niemieckie zasieki. Kiedy wygramolił się z samolotu obaj, jak ich nazwał "Angole" powitali go szerokim uśmiechem. Pytając dlaczego się rozbił skoro oni go nie zestrzelili. Jako, że byli to pierwsi "wzięci żywcem" Manfred nie omieszkał się ich spytać czy wiedzą kim jest i czy widzieli już jego maszynę. Okazało się, iż po drugiej stronie fontu znają "czerwonego diabła" i jego maszynę "Le petit rouge" (mały czerwony). Nazwa widać spodobała się Richthofenowi, bo podobnie nazwał swoją biografię "Der Rote Kampfflieger". W chwile potem angielscy piloci powiedzieli coś co uraziło niemieckiego asa. Sytuację opisał w następujący sposób:
"W końcu przyszła pora na prawdziwą, angielską -w moich oczach- niegodziwość. Spytał się mnie [Anglik] dlaczego przed lądowaniem zachowywałem się tak nieostrożnie. Prawda była taka, że nie mogłem inaczej [ze względu na awarię]. W tedy ten łotr powiedział, że na ostatnich 300 metrach próbował do mnie strzelać, ale miał zablokowany KM. Ja okazuję mu łaskę, którą przyjmuje, a potem odpłaca mi podstępną napaścią.
Od tego czasu nie pozwoliłem żadnemu mojemu przeciwnikowi mówić, z oczywistego powodu."
Można się w tych słowach doszukać oświadczenia, o dokładaniu wszelkich starań, aby żaden przeciwnik więcej nie przeżył.
W połowie marca Richthofen wraz z 4 innymi pilotami podjął walkę z dwukrotnie liczebniejszym przeciwnikiem. Pewny kolejnego zwycięstwa leci wprost na jedną z angielskich maszyn, której pilot najwyraźniej jest dosyć nerwowy gdyż zaczyna strzelać już z daleka. Niemiec z uśmiechem na ustach sprawdza swoje karabiny i po oddaniu pojedynczych strzałów kontrolnych szykuje się do manewru unikającego. Jednak nagle kilka kul trafia w jego samolot, który zaczyna się "dusić", biała smuga paliwa ciągnie się za Albatrosem Richthofena. Pilot od razu wyłącza silnik by uniknąć zapalenia się benzyny. Udaje mu się uciec napastnikom pikując prawie pionowo z wysokości 3.000 metrów. Bez napędu wylądował na łączce gdzie od razu otoczyli go niemieccy żołnierze. Było to pierwszy raz, kiedy "Czerwony Baron" został zestrzelony, a właściwie jego maszyna doznała uszkodzeń i musiał awaryjnie lądować.
Po trzech miesiącach odkąd Manfred von Richthofen objął dowodzenie nad Jasta 11, eskadra stała się elitarna jednostką w marcu dołączył do niej brat Manfreda Lothar. Kwiecień 1917 roku przeszedł w pamięć anglików jako "Bloody Aprl" i to właśnie eskadra "Czerwonego Barona" wespół z Jasta 2 miała największy udział w tych krwawych dniach. Przeciętna przeżywalność alianckiego pilota spadła z 295 godzin lotniczych do 92, a pod koniec tego miesiąca Wielka Brytania straciła 1/3 swoich wojsk powietrznych. Wśród pilotów Richthofena przyjął się zwyczaj, by każdy malował swój samolot na jaskrawy kolor. Ze względy na umiejętności pilotów i ich efektywność, sztab wydał pozwolenie na przemalowanie maszyn ze standardowych kolorów maskujących na dowolne barwy. Zachować się musiały jedynie oznaczenia i numery. Kolor czerwony był oczywiście zarezerwowany dla dowódcy eskadry Jasta 11.
29 kwietnia 1917 roku, do obu braci przyjechał w odwiedziny ich ojciec, następnego dnia Manfred miał jechać do domu na urlop. Obaj synowie akurat wrócili z patrolu, na którym każdy z nich zaliczył strącenie, dla "Czerwonego Barona" było to 49 zwycięstwo. Jednak koniecznie chciał on przed wyjazdem dobić do 50, tak więc koło godziny 16 wystartował wraz z Lotharem na ponowne polowanie. Był to najlepszy dzień dla niemieckiego asa, w sumie udało mu się strącić 4 wrogie maszyny. Ostatnią dzięki swojej przebiegłości i instynktowi myśliwego. Bracia natknęli się na trzy wrogie maszyny około godziny 19:30, postanowili je oczywiście zaatakować. Anglicy mieli przewagę wysokości i dobre samoloty, znacznie szybsze od niemieckich Albatrosów, Nieuport 17.
Kiedy wróg zaczął opadać na Richthofena ten skierował się na wprost niego i otworzył ogień. Zdezorientowany Anglik zaczął pikować w dół by uniknąć trafienia. To był jego błąd, teraz Niemiec górował nad nim. Szybkim manewrem znalazł się na jego ogonie i ustawiał się w dogodnej pozycji. Anglik pojął co się świeci i postanowił wykorzystać swoją przewagę prędkości i uciec poza swoją linie frontu. Richthofen widząc, iż jego niedoszła ofiara oddala się od niego, wystrzelił krótka serię. Pomimo, że Nieuport znajdował się poza zasięgiem ognia pilot widać zestresował się odgłosami wystrzału i zaczął wykonywać uniki. W tedy Manfred zrozumiał, iż Anglik zapłaci za to życiem. Co jakiś czas oddawał krótką salwę i za każdym razem tamten "zygzakował". Lecący prosto Niemiec zbliżał się dzięki temu do swojej ofiary. W końcu był już na tyle blisko by oddać pewny strzał. Kule podziurawiły zbiorniki paliwa i silnik. Samolot stanął w płomieniach i zaczął spadać w dół, Richthofen w ostatni dzień przed urlopem podniósł swój dorobek na 52 potwierdzone zestrzelenia.

Na pierwszym planie, na rowerze Manfred von Richthofen, z tylu jego czerwony Albatros D III w trakcie serwisu. Za Manfredem bokiem stoi jego brat Lothar, z prawej na pierwszym planie, ojciec Albrecht Freiherr von Richthofen. 29 Kwietnia 1917 rok. 
 
W czerwcu 1917 roku Manferd von Richthofen był już prawdziwą legendą. Na początku miesiąca miał na swoim koncie już 53 zestrzelenia. Generał Ludendorf chciał by niemiecki as poświecił się innym obowiązkom. Rzesza potrzebowała pilnie bohatera i idola, by nie przegrać wojny również na "froncie cywilnym w domu". Richthofen niezaprzeczalnie spełniał te przymioty, problem polegał na tym, że miał to być żywy bohater. Piloci nie mogli liczyć na długą karierę, a "Czerwony Baron" z ponad 50 zwycięstwami już dawno przekroczył limit statystyczny, żywych lotników. Ale walka na niebie to było jedyne czego tak na prawdę pragnął i w czym się dobrze czuł. To dzięki niemu Niemcy panowali na niebie, pomimo pokaźnej dysproporcji. Na jeden niemiecki samolot przypadały 3 samoloty Ententy, jednak lepsze maszyny, w tym czasie były to już Albatrosy D.V i dobrze wyszkoleni lotnicy potrafili wyrównać tę przewagę. Niestety na innych frontach Niemcom nie pozostało już nic innego jak powolny odwrót na pozycje "Linii Zygfryda". W tym okresie połączono eskadry:  Jasta 4, 6, 10 i 11 w jedną dużą grupę operacyjną Jagdgeschwader 1. Jej dowództwo objął naturalnie najlepszy niemiecki lotnik, "le diable rouge" Manfred von Richthofen. Nowo powstałą eskadrę nazywano "Latającym cyrkiem Richthofena". Powodów było kilka. Po pierwsze kolory samolotów były we wszystkich barwach tęczy. Po drugie, doskonale wyszkoleni piloci walcząc kołowo z wrogiem sprawiali wrażenie akrobatów cyrkowych, wykonujących swoje sztuczki i na koniec, eskadra musiała być w stanie szybko się przemieszczać w rejony gdzie była potrzebna, własnie z powodu różnicy liczebnej. Samoloty rozmontowywano i pakowano na ciężarówki co przypominało do złudzenia objazdowy tabor cyrkowy.
Propaganda Ludendorfa potrafiła zrobić z młodego lotnika prawdziwego bohatera, a nawet idola dla zgnębionego wojną i biedą społeczeństwa. Ukazują się zdjęcia i karty kolekcjonerskie z niemieckim asem lotniczym. Jest formowany na honorowego i kawalerskiego "Rycerza przestworzy". Stał się obiektem zainteresowania wielu kobiet, które stały w długich kolejkach jedynie po to by dostać autograf na fotografii z jego podobizną.

Manfred von Richtchofen witany przez tłum kobiet na stacji kolejowej w rodzinnej Świdnicy.

Ten obraz był jednak sztuczny i nie wiele miał wspólnego z prawdziwym Manfredem von Richthofen. Jego towarzysz Ernst Udet zwraca uwagę na dziwną osobowość swojego dowódcy:
"Życie Richthofena jest martwe, kobieta, czy rodzina nie ma dla niego jakiekolwiek znaczenie. Żyje poza granicą, którą inni przekraczają jedynie w nadzwyczajnych okolicznościach."
Historyk Joachim Castan zwraca uwagę na jego dzieciństwo. Oczekiwania rodziny odnośnie jego kariery i oddanie go w wieku 9 lat do akademii wojskowej, uniemożliwiło wykształcenie się normalnych zachowań socjalnych. Manfred tak naprawdę czuje się dobrze jedynie między swoimi towarzyszami broni, a front traktuje jako swój dom. Walka jest dla niego sensem życia i do każdego starcia przystępuje z zacięciem i bez litości. W biografii opisano zdarzenie, kiedy to "Czerwony Baron" po zestrzeleniu brytyjskiego samolotu zatacza nad nim koło i widząc żywego pilota odlatuje na dalsze poszukiwania. W dzienniku frontowym ta sama sytuacja opisana przez Richthofena wygląda nieco inaczej. Sam przyznaje, iż strzelał do pilota na ziemi tak długo aż ten w końcu był martwy.       
16 lipca 1917 roku zaczął się jak każdy inny dzień dla Manfreda. Wylot na patrol i poszukiwanie ofiary. W końcu nadarzyła się okazja. Dwumiejscowy F.E.2b miał być lekką zdobyczą. Kiedy niemiecki pilot ustawił się za aliancką maszyną, strzelec od razu otworzył do niego ogień. Samolot znajdował się jeszcze poza zasięgiem ognia skutecznego, więc Richthofen nie przejmował się tym, iż Anglik marnuje amunicję. Nagle, uderzenie w głowę odebrało mu wzrok a krew zalała twarz. Niemożliwe stało się możliwym. Zbłąkana kula trafiła najlepszego niemieckiego lotnika w głowę tuż za lewym uchem uszkadzając nerw wzrokowy. Samolot zaczął spadać. Richthofen miał na tyle szczęścia, że na kilka chwil odzyskał ponownie wzrok i dał radę awaryjnie wylądować. Rana okazała się dość poważna wykluczając go z latania na kilka tygodni. Spekuluje się, jakoby mogło dojść do wypadku, w którym Richthofena postrzelił pilot z jego własnej eskadry, lecący za nim. Ponieważ rana była bardziej z tyłu głowy, jednak Manfred nigdy nikogo nie oskarżył ani nie uważał tej tezy za prawdopodobną.

Albatros D. V Richthofena po awaryjnym lądowaniu. 16 lipca 1917 rok.

Chciał jak najszybciej znów znaleźć się w samolocie, wbrew wyraźnym zaleceniom lekarskim i z niewygojoną do końca raną siada za sterami swojego czerwonego Albatrosa. Swoje pierwsze zestrzelenie po przymusowej przerwie i zarazem 58 w sumie uzyskał 16 sierpnia 1917 roku. Towarzysze "Czerwonego Barona" odnotowali jednak zmianę w osobowości ich kolegi i dowódcy. Często po locie wracał w nie najlepszym humorze, zamykał się w swojej kwaterze i nie chciał nikogo widzieć. Wcześniej ucząc swoich pilotów zwracał im uwagę by strzelać zawsze do pilota, to najlepszy sposób na szybkie zwycięstwo, powtarzał. Jeśli była to dwuosobowa maszyna, najpierw należało wyeliminować strzelca, by nie przeszkadzał w dalszej walce. Po powrocie ze szpitala, zmienił jednak swoją taktykę. Zwracał szczególną uwagę by podpalić maszynę wroga, co było przerażające nawet dla jego pilotów. Brak spadochronów gwarantował w takim przypadku spalenie żywcem, lub prowokował niektórych lotników do wyskakiwania z płonącej maszyny w objęcia śmierci. Zawsze pytał się również powracających towarzyszy czy kogoś podpalili. Dla jego podwładnych było to tym bardziej makabryczne, że musieli udawać się na miejsce w którym spadła maszyna nieprzyjaciela i wycinać dla niego numery identyfikacyjne. Richthofen nie miał ochoty oglądać zwęglonych ciał pilotów.

Manfred von Richthofen z zabandażowaną głową po postrzale, salutuje Cesarzowi Wilchelmowi III. Sierpień 1917 rok.

Rana głowy, okazała się na tyle groźna, że Manfred musiał kilkakrotnie przerywać służbę i poddawać się leczeniu. Jednakże zawsze powracał w brew zaleceniom swoich lekarzy do walki.
W międzyczasie okazało się, iż jego maszyna zaczęła stawać się przestarzałą i ustępuje znacznie brytyjskim samolotom. Były one o wiele szybsze, dzięki nowym mocniejszym silnikom, a to dla myśliwca jest wielkim atutem. Jednak Richthofen dobrze wie, na czym polega polowanie na niebie. Pod koniec wojny oświadczył:
"Nie każdy człowiek jest w stanie, w ostatnim momencie zachować pełną obecność mentalną. Być spokojnym, poprzez muszkę i szczerbinkę namierzyć głowę. Taki rodzaj polowania na ludzi musi być trenowany." 
Pod koniec sierpnia 1917 roku von Richthofen otrzymał jako jeden z dwóch pilotów, najnowszy myśliwiec niemiecki, trójpłatowiec Fokker Dr. I. Był to znakomity samolot, nadzwyczaj skuteczny w walce kołowej dzięki fenomenalnej zwrotności. Był mało stabilny przy zwykłym locie na wprost, jednak doświadczony pilot, taki jakim był Richthofen, potrafił zmienić go w zabójczą broń. Od pierwszego lotu tą maszyną mogło by się wydawać, iż samolot ten stworzono własnie dla niego. Wielu niemieckich pilotów rozbiło się, a nawet zginęło w wypadkach próbując okiełznać tą specyficzną w pilotażu maszynę. Jednak dla niego, Fokker stał się idealnym narzędziem. To własnie ten, pomalowany na czerwono samolot stał się symbolem "Czerwonego Barona", pomimo, że odniósł w nim jedynie 19 z 80 zwycięstw swojej kariery. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że w ostatnich 4 tygodniach swojej kariery zestrzelił przy pomocy Fokkera 1/5 wszystkich zaliczonych mu samolotów. Richthofen rzucał się do walki z niespotykana dotąd zaciętością, bezlitośnie tropiąc i atakując swoich przeciwników.

Czerwony Fokker Dr. I . W tym egzemplarzu (#477/17) Richthofen odniósł 9 zwycięstw, więcej niż w jakimkolwiek innym samolocie.

Pomimo jego starań i sukcesów jakie odnosił jego "Latający Cyrk" wojna dla Niemców była już przegrana, a on sam musiał zdawać sobie z tego sprawę. Według niektórych badaczy, z każdym wylotem rzucał wyzwanie śmierci i każdą kolejną walkę prowadził bardziej brawurowo. Po przegranej wojnie, stracił by wszelkie podstawy do dalszego egzystowania. Sens jego życia przestał by mieć jakiekolwiek znaczenie. Wyjeżdżając na front, z ostatniego urlopu w domu pożegnał swoją siostrę następującymi słowami:
"Szkoda, że nie mogłem częściej bywać w Świdnicy, szkoda, że się częściej nie widywaliśmy. To chyba jasne, że nie umrę w łóżku..."          

Tę fotografię wykonano podobno 21 kwietnia 1918 roku. Czyli przed ostatnim startem "Czerwonego Barona". Richthofen ze swoim psem Moritzem, w tle trójpłatowiec Fokkera . 

21 kwietnia 1918 roku Manfred von Richthofen wraz z 9 innymi pilotami, wystartował z lotniska Cappy. Niedaleko Sommy doszło do starcia z samolotami Sopwith Camel z 209 dywizjonu RAF, dowodzonego przez kanadyjskiego pilota Arthura "Roya" Browna. Richthofen łamiąc własne zasady wdał się w pogoń za niedoświadczonym pilotem i wleciał na niskiej wysokości nad stanowiska nieprzyjaciela. Do tego na ratunek koledze ruszył Brown, który zaczął strzelać do czerwonego Fokkera. Jednocześnie z ziemi do Niemca, ogień otworzyły australijskie stanowiska Karabinów maszynowych. Manfred zawrócił swoją maszynę by zaatakować Browna i w tym monecie trafiła go jedna kula. Jego maszyna rozbiła się po alianckiej stronie frontu. Richthofen umarł dwa tygodnie przed swoimi 26 urodzinami. Kula trafiła go z prawej strony, przechodząc na skos uszkodziła wątrobę, płuca i serce, by ostatecznie zatrzymać się w kurtce pilota. Jedna z legend mówi, iż "Czerwony Baron" zdołał jeszcze wylądować nim zmarł w kokpicie swojego samolotu inna zaś, że umarł nim spadł na ziemię rozbijając samolot. Ciężko stwierdzić jak było na prawdę. Ponieważ maszyna zaraz po zestrzeleniu została ostrzelana przez niemiecką artylerię, w celu uniemożliwienia dokładnego zbadania niemieckiego samolotu. Do tego dochodzą łowcy pamiątek, którzy sprawnie i szybko rozmontowali i zabrali części trójpłatowca niemieckiego asa.

Szczątki samolotu Fokker Dr. I w którym zginał Manfred von Richthofen.

Niemieckiego bohatera pochowano z wszelkimi honorami, jakich nie zabrakło by dla angielskiego, czy francuskiego pilota. Jednak w nocy po pogrzebie francuscy cywile, zakradli się na cmentarz i zbezcześcili grób.
Samo zestrzelenie jest również kontrowersyjne. Zaraz po wojnie utrzymywano, że to "Roy" Brown zabił von Richthofena, on sam zawzięcie potwierdzał te wersję. Dziś jednak można stwierdzić niemalże z całkowitą pewnością, iż czerwonego Fokkera strącił jeden z australijskich strzelców MG, otwierając ogień z ziemi do nisko lecącej maszyny.
Frapujące jest również pytanie: dlaczego Richthofen popełnił tak oczywisty błąd i wdał się w walkę gdzie stał się łatwym celem dla kilku stanowisk ogniowych, jak i samolotów nieprzyjaciela? Tutaj zdania ekspertów i historyków również są podzielone. Aczkolwiek wszyscy są zgodni, że zachowanie to nie pasuje w żaden sposób do doświadczonego pilota, jakim był Manfred von Richthofen. Część uważa za prawdopodobne, że sam szukał śmierci, nie chcąc żyć w realiach po przegranej wojnie. Wolał zginąć śmiercią bohatera i przejść do historii, niż wieść nudne życie cywila. De facto nigdy nie prowadził takowego, od dzieciństwa będąc kształtowanym i wychowywanym na żołnierza, na bohatera. Druga wersja mówi o chorobie neurologicznej wywołanej postrzałem w głowę. O zatraceniu zdolności oceny ryzyka i przymusie ścigania ofiary do końca, gdzie nic innego się nie liczy i traci na znaczeniu.

Pogrzeb "Czerwonego Barona" z pełnymi honorami. Australijski 3 szwadron korpusu lotniczego oddaje salwę na cześć zmarłego wroga.

Manfred von Richtchofen jest niezaprzeczalnym asem lotniczym I Wojny Światowej. Ma na swoim koncie 80 potwierdzonych zestrzeleń, plus 3 niezaliczone mu ze względu na niemożność weryfikacji na ziemi. Nikt w tamtym okresie nie pobił jego rekordu. Najbliżej po nim jest francuski pilot Rene Paul Fonck z 75 zwycięstwami. Był postacią bardzo złożoną i rozbitą, niezbyt rycerską i na pewno nie łaskawą. Jednak tego wymagała ta brutalna wojna, dzięki temu mógł być tak skuteczny. Jego czerwony samolot wzbudzał lęk, a kunszt prowadzenia walki powietrznej podziw u jego wrogów.          




Materiały źródłowe:
Joachim Castan - "Der Rote Baron"
Rittmeister Manfred Freiherrn von Richthofen - "Der rote Kampfflieger"
Floyd Gibbons - "The Red Knight of Germany"
man, moment, machine: Red Baron & The Wings of death


11 komentarzy:

  1. No nie powiem, powoli czyta się te "okruszki" jak opowiadania. Tylko proszę wstaw czasami również coś krótkiego, tak ażeby notki częściej się pojawiały ;)

    Co do Richthofena to bardzo ciekawa historia, powinna być dobrze opowiedziana. W internetach jest już wystarczająco dużo przekłamanej propagandy. Asem to on był, ale był też zwykłym człowiekiem z wszelkimi wadami i na pewno nie był rycerskim dżentelmenem.

    Dziękuję i czeka na dalsze ciekawe historie, które dla nas odkryjesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff... Musiałem na trzy razy podchodzić do tego wpisu :) Długi, bardzo dlugi artykuł, ale to dobrze, bardzo dobrze. Tak trzymać!!!

    HansVoralberg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, sam nie jestem przyzwyczajony jeszcze do tak długich tekstów i muszę się przyznać, iż nie wyszło do końca tak jak sobie to wymarzyłem. Ale pozostaje mi wierzyć, że każdy następny "Okruch" będzie coraz lepszy i sprawi wam coraz większą przyjemność poznawania.

      Usuń
  3. Masz lekkie pióro i nawet niełatwe - historycze teksty - napisane przez Ciebie czyta się dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za motywujące słowa. Bede się starał podnosić poziom moich wpisów, by czytało się jeszcze przyjemniej.

      Usuń
  4. Czytajac te "ciekawostke" historyczna,nasuwa sie mysl,ze narod ktory cierpi na brak bohaterow probuje ich sam kreowac.Niestety dla tego narodu prawda historyczna istnieje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bez urazy, ale te "mądrości", że Freiherr był najniższym tytułem szlacheckim (!!!) i że stał poniżej barona odbierają chęć do dalszej lektury. Bo jeśli całość jest na podobnym poziomie wiarygodności...

    OdpowiedzUsuń
  6. Wpisałem tutaj przed chwilą komentarz sugerujący niepełną wiedzę Autora co do statusu tytułu "Freiherr", który nosił bohater artykułu. Komentarz został szybko i sprawnie usunięty. Rozumiem to - rzeczywiście bez krytycznych komentarzy strona wygląda o wiele lepiej. :))) Ale skoro tak, to nie wątpię, że Autor równie szybko i sprawnie sięgnie do profesjonalnych opracowań z zakresu genealogii szlacheckiej (jest parę dobrych publikacji po polsku) i nieco zweryfikuje swoje poglądy na temat inkryminowanego tytułu (a przy okazji dowie się, czym się w niemieckiej kulturze prawnej różniły tytuły szlacheckie od arystokratycznych). Wartość artykułu na tym na pewno nie straci... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój pierwszy komentarz nie został usunięty, tylko nigdy się nie pojawił. Blogspot ma własne mechanizmy antyspamowe, które niekiedy wrzucają anonimowe wypowiedzi do pierwotnego zatwierdzenia. Więc spokojnie... Blog pełen jest nieprzychylnych komentarzy, wystarczy poczytać inne teksty. Ciekawe pomyłki, to masz częsciową rację ponieważ​ Freiherr to to samo co baron, a jest tytularne poniżej grafa. Ja napisałem barona i to jest mój błąd (który został poprawiony). Dziękuję za zwrócenie uwagi. Nie wynika to z niewiedzy, ale z pomyłki polegającej na użyciu niewłaściwego wyrazu. Co do drabiny społecznej, to baron = Freiherr Nadal pozostaje najniższym tytułem szlacheckim. Hyba, że przedstawisz mi argumenty twierdzące inaczej. Wtedy chętnie zweryfikuje moje twierdzenia. Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Zatem przepraszam za ironię... :) A co do pozycji tytułu "Freiherr", to uznanie go za "najniższy tytuł szlachecki" wynika z dość częstego utożsamienia tytułów szlacheckich z arystokratycznymi. Ale tak się robi tylko w Polsce, gdzie przez wieki była liczna i równa pod względem prawa szlachta oraz bardzo nieliczna, roztopiona w szlachcie arystokracja. Natomiast na zachodzie Europy te 2 warstwy nie były utożsamiane. Stąd też w Niemczech baron (i odrobinę od niego bardziej prestiżowy Freiherr) to był najniższy tytuł arystokratyczny. Poniżej barona były jeszcze tytuły stricte szlacheckie: wyższy Ritter (odpowiednik francuskiego "chevaliera") oraz niższy Edler (w XIX wieku równorzędny ze zwykłym "vonem" ;)). Mam nadzieję, że odrobinę wyjaśniłem w tej kwestii, zresztą całkowicie marginalnej dla sedna artykułu. Pozdrawiam...

      Usuń
    3. Proszę bardzo. Widzę, że jesteś poinformowany w temacie. Ja jestem amatorskim "badaczem", który uczy się i poznaje tematy, wraz z pisaniem tekstów na tym blogu. Każda krytyka i zwrócenie uwagi na nieprawidłowości jest dla mnie ważna i cenna. Więc dziękuję za zainteresowanie i komentowanie. Jeśli jeszcze coś gdzieś wychwycisz to nie krępuj się i pisz.

      Usuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.