czwartek, 1 września 2016

Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku - 14 godzin dla Polski

 Wczesnym rankiem, kiedy słońce dopiero zapowiadało swoje wzejście na nieboskłon. Kilkudziesięcioosobowa grupka uzbrojonych ludzi, przy placu Heweliusza, poruszała się niespokojnie pomrukując. SS-Untersturmführer Alfred Heinrich spojrzał na zegarek, była 4:45, po chwili przeniósł wzrok w stronę portu i Zatoki Gdańskiej. Poprzez półmrok świtu widział jedynie szare niebo, ktoś upuścił swój hełm, a echo upadku rozbiło się o ściany pobliskich budynków. 
"Ruhe!"
 Syknął dowódca oddziału, podirytowany opóźnieniem. 4:47 - dwie minuty po terminie, odliczał w myślach Heinrich. Swoją uwagę poświęcił teraz pogrążonemu w ciemności budynkowi polskiej poczty. Nie potrafił wykryć żadnego ruchu, żaden cień nie przesuwał się w oknach. Niemcy prawie przed godziną odcięli prąd i telefon polskiej placówki, teraz czekali na sygnał. Nagle od strony kanału portowego na Zakręcie Pięciu Gwizdków dobiegły ogłuszające eksplozje. Była 4:48 1 września 1939 roku, pancernik "Schleswig-Holstein" rozpoczął ostrzał Westerplatte. Oddział wydzielony z sił: SS-Heimwehr Danzig,  SS Wachsturmbann „E” i Policji Porządkowej "Schutzpolizei" ruszył do szturmu na budynek Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Niemcy liczyli, że szybko uporają się z listonoszami i urzędnikami, by zrzucić tak rażącego ich oczy orła z gmachu i wywiesić flagi z czarną swastyką... 
Naziści podeszli pod budynek i kiedy mieli nadzieję wedrzeć się do środka przez zaskoczenie, z jednego z okien odezwał się polski karabin maszynowy. Z pozostałych zawtórowała mu broń ręczna i poleciało kilka granatów. Alfred Heinrich, dowodzący atakiem wdarł się przez wysadzone drzwi do pocztowej paczkarni, Tam jednak czekali na niego polscy obrońcy padł raniony ogniem ich broni na posadzkę, policjanci "Heimwehr" szybko pozbierali swojego dowódcę i wycofali się.   
Poczta Polska broni się... 
*Sfabularyzowana wersja pierwszych chwil ataku na Urząd Pocztowy nr 1 w Gdańsku.
  
Zdewastowana skrzynka Poczty Polskiej w Gdańsku. Eksponat Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku


Po zakończeniu I Wojny Światowej, Polska mogła odrodzić się po 123 latach niebytu na mapie świata. By zapewnić sobie "okno na świat", delegacja powstającego kraju zabiegała o pozyskanie Gdańska, jako jedynego w obecnym czasie miasta mogącego spełniać tę funkcję.

Polscy emisariusze mogli liczyć w tej sprawie na poparcie Francuzów i ich premiera Georgesa Clemencau. Niemcy choć przerażeni tą wizją, gdyż od dawna uważali Gdańsk za integralną część swojego kraju, nie mogli zabierać głosu w tej sprawie jako agresor z 1914 roku. Jednak niemieccy mieszkańcy, którzy licznie manifestowali przeciwko przyłączeniu miasta do Polski, jak i nieprzychylny odradzającemu się krajowi, premier Wielkiej Brytanii David Lloyd George, skutecznie wpłynęli na prezydenta USA Woodrowa Wilsona. W efekcie został wcielony w życie stary pomysł Napoleona Bonapartego, a Gdańsk ogłoszono wolnym miastem oraz strefą zdemilitaryzowaną pod nadzorem Ligi Narodów. Na mocy umów międzynarodowych Polsce przysługiwało prawo do własnej kolei, poczty, szkół i do tranzytowej składnicy towarowej na Westerplatte. Z urzędu pocztowego na Placu Heweliusza można było wysłać listy do kraju, bez ponoszenia dodatkowych kosztów za przesyłkę zagraniczną, jak również zadzwonić bezpośrednio do Polski lub nadać telegram. Urząd był bardzo nowoczesny i dobrze wyposażony. Po mieście pocztę roznosili polscy listonosze w zielonych uniformach, w całym Gdańsku znajdowało się 10 skrzynek pocztowych z orłem w koronie. W dniach poprzedzających wojnę nasiliły się napaści Niemców na listonoszy jak również dewastowano skrzynki pocztowe, zamalowując je farbą lub zrzucając na ziemię.       
Dla nazistów był to symbol, którego nie mogli znieść i za wszelką cenę chcieli zniszczyć. Dlatego już 3 lipca 1939 roku Niemcy opracowali plan zdobycia budynku. Głównym założeniem było zdobycie gmachu przez zaskoczenie od frontu. Jednocześnie z przylegającego do poczty Arbeitsamtu (Urzędu pracy), planowano wysadzić mur dzielący dziedzińce placówek. Poczta posiadała również wspólną ścianę z posterunkiem gdańskiej policji. Co zamierzano również wykorzystać. W budynkach wokół, na piętrach ustawiono liczne stanowiska karabinów maszynowych. Szturmowi miał towarzyszyć ich zmasowany ogień, ubezpieczając atakujących i łamiąc wszelki opór. Niemcy spodziewali się, że Polacy mogą się bronić, liczyli jednak na efekt zaskoczenia, byli pewni iż zdobycie budynku będzie czystą formalnością. Opór polaków miał być słaby i krótkotrwały.
O godzinie 4 starszy asystent Bernard Binnebesel powiadomił Konrada Guderskiego, dowódcę placówki, o utracie łączności telefonicznej i telegraficznej z Polską. Chwilę potem zgasło światło. Niemcy otoczyli szczelnym kordonem teren w okół Placu Heweliusza i zatrzymywali pocztowców chcących udać się na pierwszą zmianę do urzędu. Około 180 żołnierzy SS i policjantów porządkowych czekało na pierwszą salwę pancernika szkoleniowego, stojącego przed Westerplatte. Ostrzał polskiej składnicy miał być sygnałem do natarcia, sygnałem do rozpętania 6 lat piekła, zbrodni i szaleństwa na świecie.             
Polacy liczyli się z możliwością zbrojnego ataku na Urząd Pocztowy nr 1 w razie konfliktu z Niemcami. Więc gdy w 1939 roku nasiliły się napięcia między III Rzeszą a II RP, przygotowano placówkę w Gdańsku do obrony. Dowódcą Polskiej Poczty, od kwietnia 1939 roku, został porucznik rezerwy Konrad Guderski pseudonim "Konrad". Został przysłany przez Sztab Główny Wojska Polskiego jako "inspektor" i był specjalistą w dziedzinie dywersji pozafrontowej. Jego zastępcą był plutonowy rezerwy Alfons Flisykowski, który kierował komórką samoobrony poczty. Oficjalnie urzędem pocztowym zarządzał nadal dyrektor poczty, doktor Jan Michoń. W tajemnicy dozbrojono pocztę, sprowadzając trzy karabiny maszynowe, granaty i broń ręczną. Zasilono załogę pocztowców młodymi ludźmi w większości należącymi do Związku Strzeleckiego, tajnej organizacji paramilitarnej. Na załogę urzędu składali się również liczni oficerowie rezerwy, oraz dawni uczestnicy powstań śląskiego i wielkopolskiego. Weterani Legionów Polskich i wojny z bolszewikami w 1920 roku. Guderski by dobrze przygotować się do ewentualnej obrony nakazał ścięcie drzew wokół gmachu, co poprawiło widoczność i odsłoniło teren. Według założeń Naczelnego Wodza, poczta miała bronić się 6 godzin, do czasu nadejścia korpusu interwencyjnego z Pomorza. Jednak z końcem sierpnia wycofano Gdańską Grupę Interwencyjną w głąb Polski. Powszechnie uważa się, iż w przededniu wojny panował taki chaos, że zapomniano powiadomić o tym pocztowców, którzy liczyli na nadejście odsieczy. Inaczej uważa profesor Andrzej Gąsiorowski, według niego była to zbyt ważna placówka dla Polski by o niej zapomnieć. 1  sierpnia  1939  roku  Komisarz  Generalny RP  w Gdańsku major Marian Chodacki wysłał do Ministerstwa Spraw Zagranicznych depeszę, w której stwierdził, iż nie widzi celowości  obrony  polskich  obiektów  na  terenie  Gdańska. Gąsiorowski wskazuje na możliwość chęci uczynienia z obrony poczty symbolu polskiego oporu i poświęcenia. Więc według niego podjęto świadomie decyzję o bezcelowej obronie gmachu z pobudek czysto politycznych, a nie militarnych jak się powszechnie uważa. Obrońcy mieli stawić opór i dostać się do niewoli. W sztabie wodza zdawano sobie sprawę, że korpus interwencyjny nie wspomoże pocztowców. Żywiono jednak nadzieję, iż Armia Pomorze w ramach planowanych działań zdoła w końcu odbić Gdańsk. Nie do końca się tak jednak stało.
Walka o pocztę jest obok Westerplatte najważniejszym symbolem obrony praw polskich w Gdańsku z 1939 roku. Jednak historia tego wydarzenia jest nader niejasna i pełna sprzeczności. Przeczesując publikacje, filmy i książki często można natknąć się na sprzeczne informacje, oraz niewiadome. Postaram się dziś rzucić nieco światła i jeśli nie wyjaśnić, to chociaż uporządkować przebieg wydarzeń tego, w moich oczach, bohaterskiego oporu.

Kiedy "Schleswig-Holstein" oddał pierwszą salwę w stronę Westerplatte, do szturmu na budynek Poczty Polskiej ruszyły trzy grupy Niemców. Najpierw wysadzono mur oddzielający dziedzińce Krajowego Urzędu Pracy (Arbeitsamtu) i poczty. Stamtąd szturmowały dwie grupy policjantów. Miały one wedrzeć się do budynku przez dwa wejścia od podwórza, drzwiami na wysokim parterze za rampą do paczkarni i od piwnicy. Trzeci oddział napastników zaatakował z frontu od strony ulicy Sukienniczej. Polska obrona była jednak czujna i zareagował błyskawicznie na atak. Z okien posypały się granaty i grad pocisków z broni maszynowej. Okazało się, że to Polacy zaskoczyli Niemców. Zdezorientowane oddziały Schutzpolizei i SS-Heimwehr wycofały się. Niemcom udało się wtargnąć do budynku w jednym miejscu,  SS-Untersturmführer Alfred Heinrich wysadził drzwi paczkarni. Wpadł do wnętrza i zdołał zająć przedsionek, za nim biegło kilku Niemców. Heinrich chciał wyczyścić pomieszczenie rzucając granat, ale w tym momencie nadbiegło dwóch pocztowców strzelających z pistoletów. Władysław Mielewczyk i Bronisław Szulc ranili Niemca uniemożliwiając mu rzucić granat. Jak się potem okazało, zmarł w szpitalu na skutek odniesionych ran. Pozostali Niemcy szturmowali nadal pomieszczenie paczkarni. Do dwóch polaków dołączył wtedy podporucznik Guderski, udzielając im wsparcia karabinem maszynowym. Dostarczył on również swoim ludziom kilku granatów. Kiedy do tej trójki dotarł Kazimierz Robaczewski, wzmacniając obronę, niemieccy policjanci zdecydowali się na odwrót. Zabierając rannego dowódcę wycofali się na podwórze. W trakcie pierwszej próby szturmu nie zginął żaden z obrońców poczty.

Esesmani i policjanci przechodzą przez dziurę w płocie na tył Poczty Polskiej. Gdański 1 września 1939 roku.

Dość popularna w internecie jest wersja, jakoby już na samym początku zginął Konrad Guderski. Maił on rzucić granat w celu odparcia hitlerowców, który eksplodując zbyt blisko ranił go śmiertelnie. Wersja ta wydaje się jednak mało prawdopodobna gdy skonfrontujemy ją z opracowaniami książkowymi. Augustyn Młyński jeden z nielicznych, którym udało się przeżyć opisuje pierwsze chwile walki:
" Udałem się od razu  do magazynu z bronią, gdzie zastałem już »Konrada«. Nie znałem jego  nazwiska, lecz koledzy mówili, że jest naszym dowódcą. On też rozdawał broń, po czym wszyscy od razu udawali się na powierzone im stanowiska. [...] Mnie oraz Franciszka Klinkosza wyznaczono do roznoszenia  amunicji.  [...]  Walka  była  zacięta.  Pamiętam,  że  do  godziny  12.00  padł   tylko jeden z kolegów." 
Ponad to "Konrad" wspierał obronę paczkarni wraz z Władysławem Mielewczykiem, kolejnym pocztowcem, któremu udało się przeżyć wojnę. Z relacji świadka wynika, iż po odparciu Niemców ranny był jedynie Kazimierz Robaczewski.  
Hitlerowcy natomiast musieli odnotować siedmiu rannych, zginął SS-Untersturmführer Heinrich oraz jeden (niektóre źródła podają trzech) żołnierz SS-Heimwehr. Takiego obrotu sprawy Niemcy się nie spodziewali. Polacy i ich poczta mieli być łatwym, propagandowym zwycięstwem.
Obrona gmachu była dobrze przygotowana i zorganizowana. Władysław Mielewczyk opisuje organizację oporu:
"Obrońcy, którzy byli na najwyższym piętrze, mieli za zadanie granatami ręcznymi bronić ewentualnego dotarcia pod Urząd Pocztowy, aby nie dopuścić do wysadzenia budynku dynamitem. Obrońcy w piwnicach mieli za zadanie ostrzeliwać samochód pancerny, który usiłował rzucać granaty. To było bardzo dobre rozstawienie, bo nie było nas dużo, ale każdy na swoim stanowisku wypełniał swoje zadanie należycie." 
Decydującym czynnikiem była również wczesna reakcja "Konrada" na rozwój wydarzeń. Według zeznań Alfonsa Flisykowskiego, ujętego i przesłuchiwanego przez nazistów, około północy dyrektor Jan Michoń zwołał zebranie. Odczytał załodze tajne zarządzenie o mobilizacji, oraz rozkaz o obronie placówki przez 6 godzin i przekazał dowodzenie Guderskiemu, przedstawionemu jako "Konrad". Ten nakazał rozdać pocztowcom broń i wyznaczył na każdym z trzech pięter budynku, stanowisko karabinu maszynowego. Jako strzelców wyznaczył Andrzeja Górskiego, Leona Marszałkowskiego i Franciszka Mionskowskiego. Broń rozdawano w pierwszej kolejności pocztowcom należącym do gdańskiej siatki dywersyjnej, a następnie ludziom o przeszkoleniu wojskowym.

Po nieudanej pierwszej próbie szturmu polskiego urzędu Niemcy wycofali się, a do pocztowców po raz pierwszy skierowano wezwanie do poddania się.
"Wtedy Niemcy przerwali ogień i usłyszeliśmy ich wezwanie przez tuby: Kameraden, ergebt euch! Euch passiert nichts! [Kamraci, poddajcie się nic wam się nie stanie!] " 
Wspomina Młyński. Jeszcze w trakcie tego natarcia od ulicy Tartacznej pojawił się pierwszy samochód pancerny SS-Heimwehr i otworzył ogień w stronę gmachu. W budynku znajdowało się ponad 50 osób. Liczba obrońców waha się w różnych źródłach z powodu, iż nie zawsze zalicza się przebywające na poczcie kobiety. Żona dozorcy Pipki, Małgorzata oraz ich podopieczna niespełna 11 letnia Erwinka, ukryły się na drugim piętrze w magazynie papieru. Do tego najprawdopodobniej w budynku przebywała telefonistka, która miała opiekować się rannymi. Nie ma jej w wykazie nazwisk poległych ani ujętych Polaków i jest najwidoczniej jedną z niezidentyfikowanych ofiar, znalezionych w piwnicy.

Niemieccy żołnierze pod osłoną samochodu pancernego przed budynkiem Poczty Polskiej. Gdańsk 1 września 1939 roku

O godzinie 12 odezwał się głównodowodzący całą akcją pułkownik Willy Bethke. Wezwał do poddania i zagroził wysadzeniem budynku. Jednak na miejscu pojawił się również Jochannes Schäfer, pełnomocnik do spraw Policji Gdańskiej i kategorycznie sprzeciwił się planom Bethkego. W trakcie przerwy w walkach hitlerowcy usunęli mieszkańców z pobliskich domów i włączyli do akcji dwa działa piechoty od ulicy Sierociej i haubicę 105mm ustawioną przy ulicy Rycerskiej. Zmasowany ostrzał nastąpił około godziny 14. Działa zniszczyły fasadę budynku, którą bezustannie ostrzeliwały trzy samochody pancerne i piechota. Pocztowcy z zacięciem bronili swoich pozycji uniemożliwiając Niemcom podejście pod budynek. W tedy też najprawdopodobniej zginał Konrad Guderski przebywający na najwyższym piętrze budynku. Flisykowski, który był jego zastępcą i objął po nim dowodzenie, miał zeznać że kiedy podbiegł do do swojego dowódcy ten już nie żył. Jest to wersja wydarzeń ku której osobiście się skłaniam, ze względu na podparcie jej wspomnieniami Augustyna Młyńskiego, Władysława Mielewczyka i zeznaniami Alfonsa Flisykowskiego. Jednak nie można dziś jednoznacznie stwierdzić jak było faktycznie.
W trakcie drugiej fali ataku polscy obrońcy, w wyniku siły ognia, zostali zmuszeni do opuszczenia najwyższego piętra budynku mimo to morale i zaciętość Polaków były wręcz heroiczne. Augustyn Młyński opisał te chwile:
"Po  godzinie  14.00  nastąpił  gwałtowny  ostrzał.  Podczas zmiany  stanowisk  kolega  Kazimierz  Rogaczewski  został  ranny  w  rękę, a kolega Flisykowski – w podudzie. Zostali zaraz opatrzeni. Rogaczewski walczył po zranieniu z tym większą zawziętością. Mówił, że każdego zastrzeli, kto się nie będzie bronił, a nawet chciał zorganizować wypad. Jednak nikt się na to nie zgodził"  

Niemcy podciągają działo pod budynek poczty w Gdańsku. 1 września 1939 roku.
                    
Po 9 godzinach szturmowania budynku Poczty Polskiej w Gdańsku przez 150 żołnierzy i policjantów niemieckich, nie udało im się wtargnąć do gmachu bronionego przez garstkę polskich urzędników, rezerwistów i kobiet. Zwycięstwo, które miało być propagandową pożywką przeradzało się powoli w kompromitację sił III Rzeszy. Niemcy stracili już kilku żołnierzy, a kilkunastu zostało rannych, zniszczono gniazdo karabinów maszynowych. Według niektórych źródeł Polakom udało się również unieruchomić jeden z samochodów pancernych, jednak ta informacja jest niepotwierdzona. W trakcie walk do tej pory życie straciło dwóch Polaków, w tym Guderski.  
O 15 hitlerowcy znów przerwali atak dając obrońcom dwugodzinne ultimatum. W tym czasie ściągnięty oddział pionierów, wykonał podkop pod gmach pocztowy i założył 600 kilogramowy ładunek wybuchowy. Odcięto dopływ wody i gazu i jeszcze raz wezwano do poddania placówki. Gdy ich żądania pozostały bez odpowiedzi, prawie dokładnie o godzinie 17 naziści wysadzili frontową ścianę poczty. Wszystkie trzy działa i karabiny maszynowe ostrzeliwały, znacznie już uszkodzony, budynek. Pod naporem siły niemieckiego ognia jak i ze względu na ukazanie się pokaźnej wyrwy w fasadzie gmachu, broniący się pocztowcy byli zmuszeni do wycofania się do piwnicy. Tutaj obrazuje nam te chwile Augustyn Młyński:
"Pociski artyleryjskie raziły nas coraz mocniej, a jeden z nich po rozbiciu głównego wejścia przeszył gmach  poczty  na  wylot.  Koledzy,  nie  mogąc  się  utrzymać  na  górnych piętrach, zeszli do piwnicy. Wówczas również Binnebesel został ranny. W  piwnicy  było  duszno  i  ciemno.  Znajdowali  się  tu  również  dozorca Pipka i jego żona oraz ich 11-letnia wychowanka. Odcięto nam dopływ wody  i  gazu.  Słyszałem,  że  gdzieś  jeszcze  grało  radio.  Padało  stamtąd wezwanie,  byśmy  się  bronili,  gdyż  gen.  Bortnowski  ma  się  już  znajdować w Oliwie. Była godzina 19.30 i żadna odsiecz nie nadchodziła"   
W obliczu beznadziejnej sytuacji, obrońcy zaczęli rozważać możliwość kapitulacji. Według własnych zeznań Alfons Flisykowski, dowódca obrony po śmierci "Konrada", pozostawił decyzję swoim ludziom. Sam jak twierdził później wolał zginąć w walce. W tym czasie Niemcy w dalszym ciągu nie uzyskali kontroli nad budynkiem. Udało im się wtargnąć do środka, jednak w trakcie prób wdarcia się do piwnicy ponieśli kolejne straty. Tutaj pułkownik Bethke wpadł na makabryczne rozwiązanie. Niemcy ściągnęli cysternę z benzyną i przy pomocy motopompy wpompowali ją do budynku i jego piwnic. Na uwagę zasługuje tutaj fakt, że nie wspomina się, iż zajęli się tym gdańscy strażacy. Przy pomocy węży gaśniczych kierowali strumień łatwopalnej cieczy do okienek piwnicznych i dziur w murze. Przy pomocy granatu ręcznego, wrzuconego przez okno spowodowano wybuch benzyny i pożar. Efekt był straszny. Ciężko poparzeni i spaleni żywcem ludzie, dwóch ciał nie udało się później zidentyfikować. Jedno z nich mogło należeć do telefonistki. I znów możemy zaczerpnąć ze wspomnień Młyńskiego:
"Niemcy tymczasem oblali nasz gmach jakimś palącym płynem, a nawet wsuwali w okna piwniczne broń i strzelali. Było strasznie: obrońcy stali stłoczeni na korytarzu w piwnicy, gdzie panował krzyk i płacz. Wtenczas dopiero, zgodnie  ze  zdaniem  dyrektora  Michonia,  asesora  Sikorskiego  i  naczelnika Wąsika,  postanowiliśmy  się  poddać.  Dyr.  Michoń  uważał,  że  powinniśmy się wpierw pożegnać, gdyż są to zapewne ostatnie chwile naszego życia. Został wtedy ranny w rękę. Wołano, żeby nie strzelać, a wywiesić białą  chorągiew.  [...]  Dyrektor  Michoń  zapytał,  kto  ma  wyjść  pierwszy, na co wszyscy wyrazili pogląd, iż powinien to uczynić naczelnik urzędu, pan Wąsik. Po nim ze szczytowych drzwi zaczęli pojedynczo wychodzić: Sikorski, Michoń, Cygalski, Becker, Nowakowski, Marszałkowski, Szulc, Klinkosz i ja..." 
Pocztowcy więc z uniesionymi rękami i białą szmatą zaczęli powoli opuszczać budynek. Kiedy tylko na schodach pojawili się pierwsi ludzie, jeden z Niemców zaczął strzelać z karabinu trafiając Jana Michonia w brzuch, który zginął na miejscu. Naczelnik Józef Wąsik został podpalony miotaczem płomieni i spłonął żywcem jeszcze na schodach.

Ciała spalonego Józefa Wąsika i zastrzelonego Jana Michonia. Wrzesień 1939 rok teren gdańskiego Urzędu Pocztowego nr 1

To wywołało panikę wśród poddających się, zaczęli się cofać z powrotem do budynku. Jednak kiedy Niemcy wezwali ich do wyjścia zapewniając, iż nie będą strzelać, większość załogi wyszła z uniesionymi rękami. Żona dozorcy wyniosła na rękach nieprzytomną i poparzoną wybuchem benzyny Erwinkę. Tutaj znów mamy do czynienia z dwoma wersjami wydarzeń. Jedna mówi, że dziewczynka chciała wcześniej uciec i została przez nazistów oblana benzyną i podpalona. Jednak we wspomnieniach Młyńskiego jest fragment, który mówi o tym iż dziecko znajdowało się w piwnicy. Poza tym, dziewczynę wyniosła Małgorzata Pipka. Niemcy wyjęli jej Erwinkę z ramion i włożyli oszołomionej kobiecie do rąk karabin. Tak powstały zdjęcia propagandowe, które miały dowodzić temu, iż Polacy do walki wykorzystują nawet kobiety. Dziewczynka przebywała w szpitalu aż do 20 października 1939 roku, kiedy to zmarła na skutek rozległych poparzeń. Jej męczarnia trwała 7 tygodni. Erwina Barzychowska była pierwszyą dziecięcą ofiarą walk w Gdańsku.

Erwina Barzychowska, niespełna 11 letnia ofiara walk o Pocztę Polską w Gdańsku.

Wykorzystując zamieszanie pięciu obrońców zdołało uciec z budynku przez paczkarnię, po dachach i drabinie pożarowej. Ukryli się w opuszczonym mieszkaniu i przebrali w cywilne ubrania. Jedenym z nich był Alfons Flisykowski. Niestety ranny w podudzie postanowił nie opóźniać kolegów i pozostał w mieszkaniu, gdzie został złapany przez Niemców. Pozostała czwórka: Andrzej Górski, Władysław  Mielewczyk,  Franciszek  Mielewczyk  i  Augustyn  Młyński, zdołali uciec i przeżyć okupację. W walkach o gmach poczty zginęło 8 Polaków i 10 Niemców
Pozostali przy życiu obrońcy zostali uwięzieni i przesłuchiwani. Wojnę przetrwał jedynie protokół przesłuchania Alfonsa Flisykowskiego. Polakom postawiono zarzut "bojówkarstwa", bezprawnego i bandyckiego działania na szkodę wojska i ludności niemieckiej.
Flisykowski widział to nieco inaczej i w trakcie przesłuchań zeznał:
"Według  zarządzeń  mobilizacyjnych staliśmy  się  jednostką  wojskową.  W  dniu  drugiej  mobilizacji  (30  VIII 1939  roku)  »Konrad«  przyniósł  do  mnie  skrzyneczkę  i  prosił,  abym  ją schował. Powiedziałem mu wtedy, że wprawdzie nie mam karty mobilizacyjnej, ale muszę jednak stawić się. Odpowiedział mi na to: »Dzisiaj nie musi pan jeszcze jechać. Tutaj też pan jest żołnierzem«
Prawnie jestem żołnierzem. Z  chwilą  ogłoszenia  mobilizacji  podlegamy,  my  urzędnicy 
pocztowi  i  telegrafii zarządzeniom  wojskowym. Mundur  nie  czyni   żołnierza. »Konrad« potwierdził to"

We wrześniu sąd polowy skazał wszystkich (poza Małgorzatą Pipką) na karę śmierci. Wyrok wykonano najprawdopodobniej 5 października o 4 rano na terenie poligonu gdańskiej policji na zaspie. Tam też pochowano ciała, które odnaleziono dopiero w sierpniu 1991 roku, w 1992 zostały one ekshumowane i przeniesione na cmentarz "Zaspa".

Na koniec należy dodać iż wyrok na obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku, wydany przez hitlerowski sąd był prawomocny do 1995 roku. Dopiero w tedy przeprowadzono w tej sprawie rewizję w sądzie w Lubece, a Polaków uniewinniono.


Poniżej fragment niemieckiej kroniki filmowej z ataku na Pocztę Polską w Gdańsku. Widać w niej między innymi artylerię i samochód pancerny użyty do ataku na placówkę. Kronika ukazuje również moment, kiedy strażacy wlewają benzynę do gmachu poczty.





Materiały źródłowe:
Andrzej Gąsiorowski - "Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku jako symbol obrony polskich praw w Wolnym Mieście Gdańsku"
 Szymon Datner - "Zbrodnie Wehrmachtu na jeńcach wojennych w II wojnie światowej"
Dorota Karaś - "11-letnia Erwina, pierwsza dziecięca ofiara II wojny w Gdańsku"

Powiązane artykuły

8 komentarzy:

  1. Widzę, że co roku pamiętasz o wrześniowych wydarzeniach. Dzięki za pamięć, bo takie rzeczy powinno się znać i o nich pamiętać.

    Powodzenia w dalszym rozwoju bloga bo warto. Może z czasem będzie tu więcej czytaczy / komentatorów, to będzie i z kim podyskutować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje, dopóki będzie, we mnie trwać pasja historyczna i do póki czas mi pozwoli, będą się tu ukazywały nowe treści.
      Najbardziej mnie cieszy, że jest dla kogo pisać.

      Usuń
  2. No i to jest to, na co warto czekać. Pozdrawiam i czekam (-y) na dalsze, inne wpisy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawo,swietnie piszesz i coraz ciekawiej. To prawdziwa przyjemnosc zanurzac sie w te "okruchy"historii i fajnie ze zapal Cie nie opuszcza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz dla kogo pisać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajne połączenie treść pisanej z elementami fotografii i video. Temat przez to jest bardziej zrozumiany. Fajnie, że są ludzie którzy pamiętają...
    Silent

    OdpowiedzUsuń
  6. Czy Obrońcy poczty Gdańskiej Ci którzy przezyli zostali uchonorowani po wojnie ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Slyszalem, że mają nazywać ulice od ich imion. Za życia nie doczekali się raczej żadnych honorów. Na przykład Andrzej Górski po wojnie wrócił do Gdańska i pracował dalej jako pocztowiec a następnie jako kierownik magazynów w stoczni gdańskiej. Zmarł 15 października 1985 roku.

      Usuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.