wtorek, 11 października 2016

Häyhä Simo - Śmierć nosi biel

Karelska zima na początku 1940 roku była surowa i okrutna. Nie tylko dlatego, że mrozy sięgały do -40 stopni Celsjusza. Znacznie większym problemem dla Finów byli sowieci depczący ich śnieg. Simo Häyhä postanowił, że wyrzuci nieproszonych gości ze swojej ojczyzny. 
O świcie, kiedy słońce dopiero kładło długie szare cienie na puszystym śniegu, drobna postać ubrana cała na biało przedzierała się przez leśną gęstwinę. Ostrożnie, starając się nie robić niepotrzebnego hałasu, mały Fin podchodził coraz bardziej linii nieprzyjaciela. W pewnej chwili zamarł w bezruchu i powoli obserwował otoczenie. Powoli podczołgał się pod rozłożystą sosnę i prawie całkowicie zasypał w kopnym śniegu. teraz Simo stał się zaspą, a może zaspa była Simo? W każdym razie nie sposób było cokolwiek zauważyć. Nawet twarz zniknęła za białym kawałkiem materiału. Kiedy lufa Mosina ukryła się za małym wałem usypanym ze śniegu i polanym wodą, postać całkowicie zastygła w bezruchu. 
"On tam gdzieś jest, postaraj się zlikwidować tego człowieka." 
Rozkazał Simo jego przełożony, porucznik Juutilainen. Chodziło o sowieckiego strzelca wyborowego, który na początku wojny zabił trzech fińskich oficerów. 
"Postaram się."
Odpowiedział krótko. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że ten specjalnie ściągnięty z Leningradu człowiek, miał polować również na niego. Minął prawie cały dzień, a Simo nadal w bezruchu leżał zagrzebany w zaspie. Zaczynał zapadać zmrok gdy w zachodzącym słońcu, w znaczniej odległości, coś odbiło jego promienie. Soczewka lunety sowieckiego strzelca. Häyhä wycelował w miejsce refleksu, oddalonego o około 450 metrów. Dokładnie zgrał muszkę i szczerbinkę na plamie odbitego słońca i pociągnął za spust. Mosin szarpnął go za ramię, a usypany przed lufą wał śniegu, doskonale zadziałał tłumiąc dogłos wystrzału i płomień wylotowy. Simo błyskawicznie przeładował karabin i czekał celując w to samo miejsce, nic... 
Sowiecki snajper niecierpliwie obserwował okolicę, klnąc siarczysty mróz, który przenikał przez jego ciało. Miał już dosyć czekania i zamierzał wrócić do bazy. Na "ziemi niczyjej" leżało kilku finów w białych płaszczach. Sowieta czekał aż zjawią się ich koledzy i jak mieli w zwyczaju będą chcieli pozbierać ciała, a może nawet ocalić jakiegoś rannego. W tedy mógłby zapisać na swoja listę kolejnych kilka dusz. Jeszcze tylko ostatni raz chciał spojrzeć przez lunetę swojego karabinu. Cały teren pokrywał świeży śnieg, żadnych oznak obecności wroga. Obserwował własnie rozłożystą sosnę, kiedy nagle pocisk trafił go w twarz i rozerwał tył głowy. Rosjanin nawet nie usłyszał wystrzału.        

Simo Häyhä w kombinezonie maskującym, z białym filcem skrywającym twarz. 

Dziś chciałbym wam zaprezentować postać najskuteczniejszego snajpera w historii. Jego rekordy w eksterminowaniu żołnierzy wroga pozostają niepobite do dnia dzisiejszego. Mimo wszystko jest to postać niezbyt znana, choć w swojej ojczyźnie jest bohaterem narodowym.

Simo Häyhä urodził się 17 grudnia 1905 roku w Rautjärvi jako ósme dziecko fińskiego farmera. W tamtym okresie Karelia należała do Cesarstwa Rosyjskiego i podobnie jak Polska, Finlandia odzyskała niepodległość dopiero po I Wojnie Światowej. Dzieciństwo i młodość Sima nie były zbyt spektakularne. Był rolnikiem i myśliwym, interesował się przyrodą i strzelectwem. W wieku 19 lat odbył roczną służbę wojskową, w trakcie której okazało się, że ma doskonałe oko. Häyhä wygrywał każde zawody i konkurencje strzeleckie. Potrafił już w tedy, z karabinu w ciągu minuty trafić cel oddalony o 160 metrów 16 razy. Armię opuścił w stopniu kaprala, jednak zapisał się do Suojelskunta - fińskiej Gwardii Obywatelskiej. Przez lata systematycznie ćwiczył wraz ze swoim oddziałem, wprawiając się jeszcze bardziej w strzelaniu.

Simo Häyhä (drugi od lewej) w trakcie odbywania służby wojskowej w Terjioki (obecnie Zielenogorsk). 2 Batalion Cyklistów rok 1927.

Kiedy 30 listopada 1939 Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich zaatakował Finlandię, Simo wziął swój karabin i poszedł na wojnę.
Sowieci liczyli na szybką rozprawę z niezbyt liczną i kiepsko wyekwipowaną armią fińską. Wojna zimowa miała zakończyć się w dwa tygodnie, a Armia Czerwona miała przemaszerować przez kraj podobnie jak przez Polskę we wrześniu. Rosjanie zaatakowali w pierwszych dniach około 450 tysięczną armią wspieraną 6 tysiącami czołgów i tysiącem samolotów.
Na początku konfliktu Carl Gustaf Mannerheim, fiński Marszałek, miał powiedzieć:
"Jest ich tak wielu, a nasz kraj jest taki mały, gdzie my ich wszystkich pogrzebiemy? "
Jak się miało okazać, słowa te nie były zbytnio przesadzone. Finowie mieli pod bronią 250 tysięcy żołnierzy, rezerwistów i gwardzistów, trochę ponad 32 sprawne czołgi i setkę samolotów. XIX wieczną artylerię i szeroki wachlarz broni pamiętającej czasy carskie i rewolucji rosyjskiej. Jednak mimo tak ogromnej przewagi front utknął na Linii Mannheima. Wojna trwała 104 dni i pochłonęła około 26.660 zabitych Finów. Według sowietów ich straty wyniosły 230 tysięcy żołnierzy. Jednak późniejsze badania wykazują, że liczba zabitych mogła sięgnąć nawet 280 tysięcy. Jeden z generałów Armii Czerwonej, po podpisaniu pokoju miał powiedzieć:
"Zdobyliśmy akurat tyle ziemi aby pochować naszych zabitych."
Finowie za główną redutę obrali umocnienia Linii Mannheima, z którą sowieci faktycznie mieli problemy. Jednak ich podstawowym założeniem była wojna partyzancka. Górzyste i gęsto zalesione tereny dawały im ogromną przewagę, która praktycznie niwelowała braki w sprzęcie i liczebności. Fińscy żołnierze niejednokrotne walczyli własnie na tych terenach z których pochodzili. Znali więc każdy zakamarek niczym własną kieszeń. Przeważnie byli to farmerzy bądź myśliwi czy leśnicy, a każdy człowiek broniący swego domu jest wart 10 żołnierzy. Stawiali na niespodziewane szybkie ataki w wielu miejscach rozciągniętych kolumn wojska nieprzyjaciela. Sowieci poruszali się głownie drogami, a w najgorszym wypadku utartymi traktami. Obawiali się zapuszczać w las i na bezdroża. W takim terenie potrafiły zniknąć bez śladu całe oddziały. Finowie Gwałtownie atakowali wynurzając się z lasów, ostrzeliwali zdezorientowanych Rosjan i znikali w ostępach po drugiej stronie drogi. Przeważnie w ślad za pierwszą falą ataku pojawiali się saperzy rzucający granatami i butelkami z benzyną, niszcząc czołgi i samochody. Nim sowieci zdążyli sie uformować w kierunku ataku, na ich tyłach pojawiał się kolejny oddział partyzantów. Ta taktyka była nader skuteczna. Poza tym na sowieckich "gości" czekały liczne zasadzki i snajperzy, czy nawet całe ich grupy strzelające z drzew. O skuteczności tych technik mogą świadczyć walki z sowiecką 9 i 14 Armią w okolicach rzeki Kollaa. Gdzie broniła się fińska 6 Kompania. W pewnym momencie mieli przed sobą 160 tysięcy czerwonoarmistów, około 12 dywizji. Jednak pod koniec każdego dnia Finowie mogli odnotować zwycięstwo. Te działania określane są jako "Cud nad rzeką Kollaa". Najbardziej osławioną akcją była obrona wzgórza nazwanego "Góra zabójców". 34 fińskich żołnierzy broniło się przed 4 tysiącami sowietów. Rejon rzeki Kollaa pozostał niezdobyty do końca wojny. Tam w 34 Regimencie Piechoty 6 Kompanii służył Simo Häyhä.
Na początku był zwykłym piechurem, pomimo iż wiedziano o jego pewnej ręce i celnym oku. Może dlatego, że Simo był zwykłym wieśniakiem, który skończył zaledwie 4 klasy. W momencie wybuchu wojny miał 34 lata, a służbę wojskową odbył w zamierzchłych czasach w 1925 roku. Potem strzelał jedynie do tarczy i zwierzyny łownej. Jednak po pierwszym tygodniu walk, zauważono iż każdego dnia jego średnia skuteczność wynosi 10 zabitych bolszewików, a w pierwszych trzech dniach swojej służby zbił 51 żołnierzy wroga. Dopiero więc po dwóch tygodniach zaproponowano mu funkcje strzelca wyborowego. Wszystkie wcześniejsze ofiary nie są wliczane do jego statystyk. Kiedy wręczano świeżo upieczonemu snajperowi jeden z sowieckich karabinów z lunetą, on potrząsnął głową. Wolał zatrzymać swojego Mosina Nagant M28, fińską wersję sowieckiego karabinu. Był to zwykły karabin o otwartych przyrządach celowniczych. Mówiąc prościej, miał tylko muszkę i szczerbinkę, takie jak w broni u każdego piechura. Takiej fanaberii nikt jeszcze nie słyszał.

Świeżo upieczony fiński snajper Simo Häyhä. Grudzień 1939 rok.

Początkowa konsternacja zamieniła się jednak w szok i podziw. Häyhä potrafił ze swojej broni zabić człowieka jednym strzałem na dystansie do 500m. Swoją decyzję argumentował tym, że przez lunetę strzelecką musi się znacznie bardziej wychylać i unosić głowę. Mówił, iż niejednokrotnie o życiu lub śmierci decyduje kilka milimetrów, a on wolał mieć ich kilka w zapasie. Ponad to celownik optyczny odbija promienie słoneczne, a takie refleksy łatwo mogą zdradzić pozycję snajpera. Do tego soczewka lunety może zaparować i w ogóle zawęża pole widzenia. Jednym słowem Simo nie widział zalet jakie może dawać karabin wyposażony w lunetę.
Słuszność jego dziwacznych jakby się mogło wydawać poglądów, potwierdzały jego wyniki.
21 grudnia 1939 rok, rejon rzeki Kollaa koło godziny 15.
Zimą, a szczególnie zimą w Finlandii dni są cholernie krótkie. Ledwo minie południe i szarówka poranka ustąpi światłu dziennemu, a już zaczyna zapadać zmrok. Tego dnia nie było inaczej, słońce chyliło się już ku zachodowi i Simo Häyhä zamierzał już opuścić swoją kryjówkę. Siedział zagrzebany w śniegu na zboczu pagórka ciągnącego się przy drodze. Cały w bieli z zasłoniętą twarzą kawałkiem barwionego na biało filcu. Od dobrych trzech godzin nie poruszył się ani o centymetr. Dziś mróz był wyjątkowo silny, w okolicach -40 stopni Celsjusza. Nie było to dla Sima najmniejszym problemem, był jakby odporny na takie mrozy. Lata pracy na powietrzu w ekstremalnych warunkach i cierpliwość jaką wyrobił w sobie podczas zimowych polowań pozwalały mu godzinami siedzieć lub leżeć w bezruchu. Jednak mróz posiadał dla niego jedną negatywną cechę. Kiedy oddychał, obłoczek pary wydobywał mu się z ust. Nie mógł na to pozwolić, to mogło kosztować go zdradę pozycji i w efekcie życie. Wkładał więc w usta kawałki lodu lub śnieg, ten prymitywny filtr, skutecznie ochładzał jego oddech i powstrzymywał powstawanie pary. 
Nagle fiński strzelec usłyszał hałas za zakrętem drogi. Z za zrębu zbocza zaczęły wynurzać się postacie w zielonych szynelach. Skuleni żołnierze szli powoli rozglądając się wokoło. Simo aż się do siebie uśmiechnął. Spojrzał przez muszkę i szczerbinkę na głowę pierwszego sołdata. Kiedy Mosin wypalił, nie było nawet zbytnio słychać strzału. Zamarznięty kopczyk przed lufą karabinu skutecznie wytłumił dźwięk i ogień wystrzału. Bolszewik padł bez ruchu na drogę. Nim gorąca łuska zdołała spaść w puszysty śnieg, Simo przeładował błyskawicznie swoją broń i wystrzelił kolejny raz. Każdy strzał, jeden trup... Pięciu sowietów leżało na drodze barwiąc biały puch swoją krwią. Dwóch ostatnich zdołało uciec, nie wiedzieli skąd ani jak przyszła śmierć na ich towarzyszy. Ale Simo się tym nie przejął, kiedy po kilku minutach wygrzebał się z zaspy, uśmiechał się od ucha doi ucha. Dziś ustanowił nowy rekord, 25 zlikwidowanych Rosjan w przeciągu jednego, krótkiego, zimowego dnia. 
Na sukcesy fińskiego strzelca, znaczny wpływ miała umiejętność pozostawania "niewidzialnym". Opanował tę sztukę do perfekcji. Oprócz wyżej wspomnianej zasady by nie korzystać z celowników optycznych, Simo dbał o to by jak najbardziej zlewać się z otoczeniem. Zawsze ubrany na biało, z zasłoniętą białym filcem twarzą wyruszał na swoja pozycję przed świtem. Kiedy wybrał już miejsce pozostawał w nim, jak najmniej się poruszając. Na przedpolu ubijał śnieg i polewał go wodą, oraz usypywał mały wał przed lufą swojego Mosina. Miało to na celu zlikwidowanie śnieżnego pyłu, który unosił się po strzale. Kopczyk maskował również płomień i tłumił odgłos wystrzału. Simo niekiedy polewał wodą nawet swoje ubranie, by podmuch wystrzału nie załopotał jego kombinezonem. Do ust wkładał sobie lód lub śnieg, by jego oddech nie parował na mrozie. W pozostawaniu "niewidzialnym" pomagał Finowi również jego wzrost, mierzył mianowicie niecałe 160cm.

Za swe zasługi Simo Häyhä otrzymuje od dowódcy 12. Dywizji, pułkownika Antero Svenssona dyplom oraz nowy karabin wyborowy, ufundowany przez szwedzkiego biznesmena Eugena Johanssona.  17 luty 1940 rok.

Po kilku tygodniach skutecznego "polowania" na wroga, wyrobił w sowietach istny strach przed sobą. Dobrze wiedział gdzie i jak uderzyć. Wybierał moment w którym sowieci czuli się bezpiecznie, lub myśleli, iż są poza zasięgiem wroga. Gdy miał wybór starał się strzelać najpierw do oficerów, saperów i artylerzystów. Następnie do obsługi karabinów maszynowych i na końcu do zwykłych żołnierzy. Gdy Rosjanie połapali się, że najprawdopodobniej za eksterminacją ich żołnierzy w rejonie rzeki Kollaa stoi jeden człowiek, za wszelką cenę starali się go zlikwidować. Mimo ich wysiłków Simo nie dał się złapać. Każdy wysłany przeciwko niemu snajper kończył w śniegu z krwawym pióropuszem wokół martwego ciała. Panika była tak wielka, że w każdym samotnym strzelcu widziano Häyhä. Kiedy sowiecki oficer padał na ziemię powalony kulą, reszta żołnierzy uciekała w popłochu krzycząc:
"Belaja smert! Belaja smert!"
Biała śmierć, tak się nazywał u wroga Simo Häyhä, najgroźniejszy strzelec wyborowy w historii. Gdy wysłani przeciw niemu snajperzy nie wracali do swych oddziałów, sowieci przestali się patyczkować. kiedy gdzieś podejrzewano obecność Fina, lub żołnierze zaczynali ginąć od wymierzonych strzałów. Podciągano artylerię oraz moździerze i ostrzeliwano całe kwartały lasu. Lecz nawet te zabiegi pozostały bez efektu. Największym sukcesem tej taktyki było zniszczenie płaszcza Sima, kiedy to w trakcie takiego bombardowania, kawałek szrapnela zaplątał się w jego połę. Duża odporność psychiczna pozwalała Finowi trwać w ukryciu w trakcie tych ataków.
"Pociski artyleryjskie rzucały mi w twarz piach i śnieg. Ale to zawsze lepsze niż zginąć." 
Wspominał po wojnie. Jakiż respekt musieli przed nim czuć czerwonoarmiści, skoro dla jednego człowieka przeprowadzali taki ostrzał.
Simo walczył 96 dni i w ich przeciągu zabił ze swojego karabinu snajperskiego 505 bolszewików. Tyle oficjalnie mu zaliczono. Jednak nasz fiński wojownik nie tylko walczył z wrogiem w charakterze strzelca wyborowego. Kiedy wybierał się na łowy, brał ze sobą swojego Mosina M28 oraz pistolet maszynowy Suomi z magazynkiem tarczowym mieszczącym 71 naboi 9mm. Była to bardzo skuteczna broń, tak dalece, że została skopiowana przez Rosjan i była znana jako pepesza. Häyhä lubił niezauważony zakradać się nocą lub o świcie pod pozycje sowietów i dziesiątkować wypoczywającego oraz niczego niespodziewającego się wroga, własnie przy pomocy Suomi. Nim Rosjanie zdołali się pozbierać, znikał w leśnych ostępach. Te akcje dodały do jego konta 200 potwierdzonych zabitych. Czyli w sumie jeden człowiek w przeciągu 96 dni zabił oficjalnie 705 dzielnych żołnierzy Stalina. W tym momencie chyba już nikt się nie zdziwi, że specjalnie dla niego sowieci przeprowadzali ostrzał artylerią niczym przed atakiem na umocnione pozycje wroga.  

Pistolet maszynowy Suomi, oraz karabin Mosin Nagant. Taką bronią posługiwał się Simo Häyhä w trakcie Wojny Zimowej.

"Biała śmierć" pozostawał nieujarzmiony aż do 6 marca 1940 roku.    
Braki w fińskich szeregach, zmuszały dowódców w trakcie kontrataków, do wykorzystywania każdego żołnierza. Więc i Simo często ruszał do ataku na bolszewickie pozycje w charakterze zwykłego piechura. Tak było i tej feralnej środy 6 marca, 40 roku. O godzinie 5:30 rozpoczęło się fińskie natarcie na przeważające siły wroga. Po krótkim ostrzale moździerzy, żołnierze ruszyli do szturmu, w tym kompania Häyhy. Wokoło wybuchają pociski, jednak Simo biegnie nieustraszony do przodu razem ze swoimi towarzyszami. Kiedy widzi cel, przyklęka na krótko i oddaje strzał. Prawie nigdy nie musi go poprawiać. Walki trwają do 10, o tej porze Finowie przedostając się przez zamarznięte bagno, docierają do sowieckiej linii okopów. Bolszewicy w panice strzelają nie wychylając się ze swoich dziur. Ich ogień jest chaotyczny i bardzo niecelny. Simo podczołguje się pod ich linie i raz za razem likwiduje kolejnych żołnierzy.
Koło godziny 14 Armia Czerwona rusza z kontratakiem. Masy ludzkie wylewają się przed fińskimi lufami. Häyhä strzela raz za razem, Rosjanie padają ścieląc się trupem na śniegu. Finowie nie nadążają zabijać atakujących. Oficer daje rozkaz by się wycofać. Simo krzyczy, że będzie osłaniał odwrót. Kiedy się obraca w stronę natarcia widzi w odległości kilkunastu metrów wrogich żołnierzy. Oddaje strzał z podrzutu bez przymierzenia i zabija strzałem w głowę sowieckiego oficera. Następnie brnie przez głęboki śnieg zygzakiem w ślad za cofającym się towarzyszami, obok kule wzbijają fontanny białego puchu. Po kilku metrach Simo znów się odwraca by otworzyć ogień w stronę wroga. Gdy podrzuca swój karabin do strzału, pada wystrzał sowieckiego snajpera. Jego kula okazała się zakazanym przez prawo międzynarodowe, pociskiem eksplodującym. Fin słyszy głuche łupnięcie i czuje mocne tępe szarpnięcie, padając na ziemię odruchowo strzela jeszcze w stronę swego "pogromcy", zabija go na miejscu nim ten zdążył strzelić po raz drugi. Krew zalewa Sima, ten obraca się na bok by nie spływała mu do krtani i nie udusiła go kiedy straci przytomność. Finowie nigdy nie zostawiali swoich rannych i zawsze za wszelką cenę starali się ich zabierać z pola walki. Tym razem nie było więc inaczej. Koledzy ciężko rannego zawracają i ostrzeliwując się, odrzucają chwilowo sowieckie natarcie. Gdy docierają do swego towarzysza są w ciężkim szoku. Simo nie ma połowy twarzy, pocisk eksplodował w szczęce urywając jej część razem z policzkiem i zębami. Mimo tego ranny nadal żyje i jest częściowo przytomny.

Kompania Simy Häyhä w okolicach rzeki Kollaa, odprawa przed atakiem na sowieckie linie oddalone o około 150m od miejsca zbiórki.  

Po latach wspominał to wydarzenie w następujący sposób:
"Zaraz po przejściu Bagien zaatakowaliśmy wroga, który był naprawdę blisko. Mój karabin spisywał się znakomicie, odległość od wrogów chwilowo wynosiła nawet około 2 metrów. Przeciwnicy musieli się wycofać, ale niektórzy ich żołnierze, odważniejsi, zostali z tyłu, żeby dezorganizować nasze siły. Nagle z odległości może 50 – 100 metrów padł strzał i poczułem, że dostałem. Poczułem po prostu stłumiony trzask w ustach i straciłem przytomność."
Simo Häyhä przewieziony do punktu sanitarnego był już nieprzytomny. Początkowo omyłkowo ułożono go na stosie trupów sądząc, że już nie żyje. Kiedy zorientowano się, iż popełniono błąd szybko zabrano się za jego opatrywanie. Sanitariusze na jego widok kręcili głowami:
"Po takiej ranie przeżyć nie sposób."
Jednak "Białej śmierci" się udało. Ze śpiączki ocknął się 13 marca 1940 roku, dokładnie w dzień w którym podpisano rozejm między Finlandią i Rosją Sowiecką. Jednak jego powrót do zdrowia był bardzo trudny i długi. Odtworzenie twarzy wymagało przeprowadzenia 26 operacji, do rekonstrukcji brakujących kości w szczęce i podniebieniu, wykorzystano przeszczepy z biodra. Häyhä przez kilkanaście miesięcy nie był w stanie nic mówić a pokarm przyjmował jedynie w płynnej postaci.
Simo został po wojnie awansowany z kaprala na porucznika. Jest to jedyny taki duży awans w historii Finlandii. Po opuszczeniu szeregów armii zajął się hodowlą psów i myślistwem. Nigdy się nie ożenił i przez długie lata nie chciał rozmawiać o swoich przeżyciach w trakcie Wojny Zimowej. Z czasem jednak uznał, iż warto podzielić się historią swego życia i przy pomocy swego przyjaciela z wojska napisał biografię. Chętniej również rozmawiał z tymi którzy chcieli go wysłuchać. Pytany o swoje sukcesy i ich tajemnicę odpowiadał:
"Robiłem to co i kazano - tak jak najlepiej potrafiłem."
Na pytanie: Co czuł gdy strzelał do Rosjan, odpowiadał zdawkowo:
"Odrzut mojego karabinu na ramieniu."
Zmarł 1 kwietnia 2002 roku w Haminie w wieku 96 lat, dla mnie symbolicznym wydaje się fakt, iż zmarł mając dokładnie tyle lat ile dni walczył z sowietami. Jak gdyby za każdy dzień służby swej ojczyźnie, los wynagrodził mu w latach.
                         
Simo Häyhä jako weteran.

We wrześniu 2000 roku grupka miłośników i kolekcjonerów broni miała okazję spędzić dzień w towarzystwie Sima Häyhy. Wśród uczestników znajdował się "Tuco", Amerykanin, miłośnik fińskiej broni i autor artykułów na stronie Mosin-Nagant Dot Net. Dzięki jego relacjom z rozmowy z fińską legendą i bohaterem narodowym, można dowiedzieć się kilku mniej znanych faktów. Häyhä pytany o swój karabin oświadczył, że używał karabinu Mosin Nagant M28. Jest to jednak sprzeczne z tym co pokazują fotografie z okresu walk z sowietami. Widać na nich Sima z karabinem model M28/30. Więc albo był to pierwotnie M28 zmodernizowany do wersji 28/30, albo zawiodła tu pamięć sędziwego żołnierza. Jest to raczej drobny szczegół, być może więc Häyhä również nie przywiązywał do niego wagi. Poza tym posiadał kilka różnych karabinów, mimo to do walki używał zawsze ten sam egzemplarz. Potwierdził również, że używał jedynie muszki i szczerbinki, co jest naprawdę zadziwiające. Ponieważ jak sam przyznał, większość celów, które zlikwidował znajdowała się powyżej 360 metrów. Simo opowiedział historię o tym, iż pewnego dnia szwedzki biznesmen, sympatyzant Finów, podarował mu karabin Mausera z celownikiem optycznym (lunetą). Jednak nie używał go z powodów wyżej już wymienionych i powszechnie znanych z opracowań o jego osobie. Dodał jednak, że sam karabin Mosina był dla niego wygodniejszy niż Mauser, ponieważ lepiej pasował do jego niskiego wzrostu. Kolejną zaskakująca wiadomością okazało się stwierdzenie, że ulubioną pozycją jaką przybierał kiedy się zasadzał na wroga, była pozycja siedząca. Häyhä twierdził, iż miał wtedy stabilniejszą i wygodniejszą postawę do oddania strzału. Ze względu na swoje niecałe 160cm wzrostu, siedząc w kryjówce był tak samo nisko złożony jak leżący snajper. Według relacji "Tuca", 94 letni weteran zaprezentował na stole, grupie gości swoją strzelecką pozycję. Na każdy wypad zabierał ze sobą skromną rację żywności, starczającą ledwie na jeden dzień. Najważniejszą jej częścią było kilka kostek cukru, które pomagały mu w walce ze zmęczeniem. Gdy z czasem jego zmysły zaczynały się przytępiać, zjadał trochę cukru co skutecznie na jakiś czas poprawiało jego koncentrację.
Według samego Sima jego Mosin z którego zastrzelił 505 sowietów, zginął w dniu kiedy został ranny i już nigdy więcej go nie widział. Stwierdzenie to może rozwiać więc historie jakoby karabin krążył po prywatnych kolekcjonerach, lub jak można nawet się doszukać, został wykradziony z muzeum i pochowany razem z jego właścicielem w 2002 roku.
Na pytanie grupy o klucz do sukcesów z okresu Wojny Zimowej odpowiedział:
"Najważniejszy jest trening z karabinem. Jednak w znacznym stopniu całość ułatwiły mi mroźne i czyste dni. Dzięki nim sytuacja była łatwiejsza dla mnie... dla Rosjan trudniejsza."
         
Simo Häyhä Lata po wojnie w swoim domu, w tle kolekcja broni strzeleckiej.

Materiały źródłowe:
Petri Sarjanen - "Biała Śmierć. Najskuteczniejszy snajper w historii wojen – Simö Häyhä"
Sekrety Historii - "Snajperzy drugiej wojny światowej"
 Mosin-Nagant Dot Net - "Simo Häyhä The White Death - World's Greatest Sniper"


       

11 komentarzy:

  1. Genialny artykuł. Oby tak dalej. Dzięki za poświęcony czas na napisanie tego tekstu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za przeczytanie. To dla mnie największa motywacja.

      Usuń
  2. Niby znam ta historię ale w Pana "wydaniu"... Ehhh... Chciałoby się więcej i więcej. Dziękuję za wspaniały artykuł.
    Hans

    OdpowiedzUsuń
  3. Artykuł jak zawsze ciekawy. Może się powtórzę ale muszę to powiedzieć- czekam na więcej. Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  4. Malenka Finlandia i sowiecki olbrzym-Dawid i Goliat.Skromnosc,wiara i poswiecenie,sprawiaja cuda,przenosza gory. Wiele mamy e historii podobnych przykladow:zwyciestwo pod Aleppo,cud nad Wisla.Upadaly z loskotem pyszne cesarstwa i najpodlejsze rezimy.I chociaz jakims ludzkim miernotom zdaje sie czasem ze moga zawladnac swiatem isprawowac wladze nad rzadem dusz;pojawia sie "Dawid"lub "Häyhä Simo" lub.... ikolosy na glinianych nogach zostaja zdmuchniete z powierzchni Boskiego Planu.Pozdrawiam Ciebie iwszystkich Twoich sympatykow

    OdpowiedzUsuń
  5. Trafiłem na ten blog wczoraj i już wiem, że będę jego stałym czytelnikiem. Kapitalnie napisana historia. Wielki podziw dla maleńkiego Fina oraz ogromny szacunek dla autora, który wspaniale to opisał. Doskonała robota.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobrze opisane, miło się czyta

    OdpowiedzUsuń
  7. Swietny artykuł. Takim bohaterom nalezy się pamięć.

    OdpowiedzUsuń
  8. Znam historie Simo ,ale ten artykul przeczytalem rowniez z zainteresowaniem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo dobrze się czyta, naprawdę fajny artykuł

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.