poniedziałek, 17 lipca 2017

10TP - "Amerykanin po polsku"

W czwartkowy poranek 25 kwietnia 1939 roku, na bruk drogi Radzymińskiej, z chrzęstem gąsienic, w asyście innych pojazdów wjechał dosyć osobliwy czołg. Kolumna składała się z kilku pojazdów wojskowych, które całe zakurzone i obłocone rwały do przodu. Dzieci i dorośli przystawali by obejrzeć się na to niecodzienne zjawisko, pojazd pędzący na czele wydawał się być czołgiem jednak brak mu było lufy czy nawet jakiegokolwiek KMu. Z luków pojazdów konwoju, wystawały jedynie głowy opatrzone w charakterystyczne  hełmy khaki bez daszka i czarne berety. Wozy pojawiły się nagle i jakby znikąd, nikt nic nie wiedział o defiladzie, przemarszu czy manewrach. 
Kierowca - mechanik prowadzący pierwszą maszynę, przetarł znużone oczy myśląc: 
"Taka trasa... Dzięki Bogu już Warszawa."
Zmęczony ale dumny ze swojego nowego pojazdu, ze swojego kraju, czuł podekscytowanie możliwością wzięcia udziału w testach prototypu polskiego czołgu.
Kiedy nagle na skraju pola widzenia kierowcy, gwałtownie pojawił się jakiś obiekt. Czołgista automatycznie szarpnął za drążki, cedząc przez zaciśnięte zęby:
-"Skurrrww!"
Maszyna twardo szarpnęła się na prawo i w huku spadających gąsienic wyrwała granitowy krawężnik osuwając się do rowu. Przestraszony motocyklista, który nie zauważył wojskowego taboru, zachwiał się na swojej maszynie mało co nie upadając na szosę. Pozostałe pojazdy stanęły natychmiast, z ich wnętrz w pośpiechu zaczęli wyskakiwać żołnierze. Oficer siedzący w wieży "dziwnego" czołgu, zeskoczył na zrytą ziemię obok maszyny. Widząc zerwane gąsienice i pusto obracające się koła krzyknął do pozostałych:
-"Trzeba odrzucić grunt i spróbować naciągnąć gąsienice!" 
Przykucnął, dokonując oględzin miejsca gdzie czołg zawisł na garbie rowu. Kierowca wygramolił się z luku zwracając się do swojego dowódcy:
-"Co za gałgan jeden, ledwośmy go minęli. Zmiażdżyliby my go jak nic."
Wokół zaczęła zbierać się gawiedź, ktoś przyniósł aparat fotograficzny i zaczął robić zdjęcia. Pancerniacy próbowali go przegnać ale bezskutecznie. W końcu oficer zirytowany sytuacją rozkazał swojej załodze:
-"Przynieść mi tu płachtę i nakryć wóz! Tylko żwawo, jeszcze sobie nasz nowy czołg wróg szybciej obejrzy niż na defiladzie pojedziem."             
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.



Czołg 10TP na dziedzińcu Warsztatów Doświadczalnych BBT Br.Panc. w Ursusie

Siłą II PR na polu walki byli ułani, to oni ratowali ojczyznę od czerwonej powodzi nadciągającej ze wschodu. Jednak to co dobrze się sprawdzało w 1920 roku, z biegiem lat stawało się niewystarczające i Polacy zdawali sobie z tego sprawę. Młody kraj, który odbudowywał swoją egzystencję potrzebował broni pancernej. Nie było to jednak takie proste zadanie, jeśli wziąć pod uwagę sytuację ekonomiczną, oraz geopolityczną. Jednym z ambitniejszych projektów i w pełni dorównującym pod względem technicznym, konstrukcjom naszych nieprzychylnych sąsiadów, był czołg PZInż 10TP. Czołg, który miał przede wszystkim bronić wschodnich granic kraju, niestety nie wyszedł poza prototypowy egzemplarz. Oto krótka historia polskiej myśli technicznej opartej o amerykańską konstrukcję, odtworzoną z pamięci i ulotek.

Na początku lat 20 w Ameryce, Walter Christie wpadł na pomysł swojego życia. Założył sobie stworzenie szybkiego pojazdu opancerzonego. Skonstruował rewolucyjne zawieszenie, które zaczął rozwijać i montować w konstrukcjach wojskowych. Tak powstał eksperymentalny czołg M1921. Materiały dotyczące charakterystyki tego pojazdu postanowił rozesłać do kilku potencjalnych klientów w 1926 roku, między innymi do kraju nad Wisłą. Polacy jednak po pobieżnych oględzinach odrzucili tę propozycję. Sytuacja na arenie międzynarodowej wymuszała jednak szukania nowych rozwiązań. Polskie kręgi wojskowe spodziewały się uderzenia ze wschodu, więc ich plany były kształtowane owym scenariuszem. Wydziałowi Broni Pancernych Departamentu Inżynierii Wojsk zlecono projekt budowy nowego pojazdu. Założeń było niewiele, czołg miał być szybki by dogodnie operować na bezkresnych stepach Kresów Wschodnich, oraz mieć układ kołowo - gąsienicowy. Polscy eksperci wybrali się do Czechosłowacji, gdzie właśnie rozwijano podobną konstrukcję KH-50 (można spotkać się również z informacją, iż był to KH-60).

Czechosłowacki prototyp czołgu KH-50

Ostatecznie Polacy wrócili niezbyt zadowoleni, to co zobaczyli nie spełniało ich oczekiwań i wtedy ktoś przypomniał sobie o projekcie mistera Christie. Na skutek tego kapitan Marian Ruciński z Wojskowego Instytutu Badań Inżynierii, przybył pod koniec 1928 roku do Ameryki. Przedstawiono mu prototypy M1928 i ulepszoną wersję M1931. Oficer był pod głębokim wrażeniem, zaprezentowanych mu modeli, wobec tego już w lutym 1929 roku na poligon doświadczalny w Ameryce wybrała się komisja WIBI z szefem instytutu pułkownikiem Tadeuszem Kossakowskim na czele. Christi, aby podkreślić nowatorstwo i rozwojowość swojego projektu, zaprezentował gościom prototyp pod zmienioną nazwą M1940. Polacy oglądali właściwie pojazd pancerny, gdyż była to bezwieżowa konstrukcja pozbawiona dachu a na jej uzbrojenie składały się jedynie 2 CKMy 7,62 mm. Ale nie to było ważne dla gości zza oceanu, ich uwagę przykuwała jednostka jezdna i napędowa. Pojazd poruszał się zarówno na gąsienicach, jak i na kołach. Dzięki silnikowi Liberty V-12 o mocy 348 KM rozwijał, jak na tamte czasy, zawrotną prędkość 42 km/h na gąsienicach i 120 km/h na kołach.
Pojazdem Christiego interesowali się również Brytyjczycy i Rosjanie. Ci pierwsi stworzyli na jego podstawie czołg pościgowy Crusader i udowadniając rozwojowość projektu rozwinęli go do Cromwella i Cometa. Rosjanie natomiast kupili dwa modele M1931 oraz licencję na budowę pojazdu. Dzięki temu mogli zbudować BT-2, który de facto był kopią maszyny Amerykanina. Lecz znacznie ważniejszym jest fakt, że w latach 30 skonstruowali czołg oparty o zawieszenie Christiego, T-34. Potwierdziło to przekonanie amerykańskiego konstruktora o możliwościach rozwojowych jego wynalazku.

Pojazd Christiego M1928 / M1931 w trakcie pokazów.

Ale wracając do polskich planów związanych z nowym czołgiem. Zamówiono jeden egzemplarz wozu Christiego za cenę 30.000 dolarów i po ewentualnych testach planowano zakupić licencję na produkcję za 90.000 dolarów. Amerykanin otrzymał zaliczkę w wysokości 10.000, jednak kiedy wysłannicy z Warszawy zgłosili się z pozostałymi 20.000 po zamówiony egzemplarz, Christie odmówił przekazania go. Zażądał pełnej sumy 120.000 dolarów od razu, zasłaniając się obawami o możliwość skopiowania i bezlicencyjnej budowy jego projektu. W wielu miejscach można się spotkać z informacjami o szantażu, przekupieniu, lub wzbudzeniu podejrzeń do Polaków poprzez agenturę Kraju Rad. Mimo, że nie znalazłem żadnych konkretnych dowodów na tę tezę wydaje się ona wielce prawdopodobna.
Polacy obrażeni takim postawieniem sprawy i złamaniem warunków zawartej umowy, odjechali do kraju bez pojazdu. Kuriozalnym jest fakt, że krótko po tym Walter Christie zgłosił się do rządu w Warszawie z propozycją dobicia targu na dawnych warunkach, jednak decydenci uznali go za osobę niewartą zaufania i odprawili z kwitkiem. Mimo wszystko nadal nie posiadaliśmy nowego czołgu.
Biuro Badań Technicznych Broni Pancernych pod kierownictwem majora Rudolfa Gundlacha otrzymało zadanie stworzenia nowego pojazdu od podstaw. Nie było to łatwym zadaniem. Inżynierowie mogli się posiłkować jedynie wspomnieniami jakie przywieźli z pokazów amerykańskiego prototypu, oraz ulotkami reklamowymi. Główny ciężar pracy spadł na Jana Łapuszewskiego, Stefana Ołdakowskiego, Mieczysława Staszewskiego i Kazimierza Hejnowicza. Swój projekt ochrzcili mianem "la Christie", gdyż pomimo samodzielnej pracy oparli się na amerykańskim pomyśle na tyle na ile pozwalała im pamięć i informacje z ulotek. W 1932 roku, ku zadowoleniu jego konstruktorów, polski czołg zaczął nabierać kształtu. Jednak nagle prace nad nim wstrzymano. Polska kupiła w tym okresie licencję, jak również, kilka egzemplarzy dwu i jedno-wieżowych brytyjskich czołgów Vickers Mark E. Cały wysiłek skierowano więc na udoskonalenie tej konstrukcji i tak powstał czołg 7TP. Sam fakt przerwania prac nie był jeszcze najgorszą rzeczą jaka mogła się przytrafić projektowi "la Christie". Najgorsze było to, że 14 listopada 1934 zlikwidowano Wojskowy Instytut Badań Inżynierii, powołując w jego miejsce Biuro Badań Technicznych Saperów. Wraz z "przebranżowieniem" placówki zniszczono całą dokumentację nad którą pracowali ludzie Gundlacha, uważając ją za zbędną.

10TP na kołoch. Pierwsza para skrętna, druga uniesiona by ułatwić jazdę, pozostałe dwie pary napędzały czołg.

Była to zadziwiająco absurdalna sytuacja, ponieważ już w marcu 1935 roku stwierdzono zapotrzebowanie na czołg pościgowy. Zaczęto więc na nowo odtwarzać niedawno porzuconą koncepcję czołgu szybkiego, tym razem pod właściwą już nazwą 10TP. Pomimo, stadium rozwojowego, w jakim znajdował się projekt, w 1936 roku włączono czołg 10TP do programu rozbudowy broni pancernej na rok 1936 - 1942. Nowe maszyny miały wejść na stan batalionów 4 oddziałów motorowych. Takie związki oprócz tankietek TK/TKS lub czołgów rozpoznawczych typu 4TP, miały składać się z 16 czołgów 10TP. W ramach programu planowano łącznie zbudować co najmniej 64 pojazdy.
Prace szłyby dosyć sprawnie, gdyby nie brak jednostki napędowej. Pojazd tego typu, według szacunków, musiał posiadać silnik o mocy co najmniej 250 KM, ale w Polsce nie budowano takich jednostek napędowych. Stworzenie nowej, specjalnie na potrzeby czołgu, zajęłoby zbyt wiele czasu. Szukano więc rozwiązania w zakupie silnika za granicą kraju. W oko konstruktorów wpadł silnik Amarican la France o mocy 249 KM, było to mniej niż posiadał prototyp Christiego o całe 100 KM i dużo mniej niż radziecki czołg pościgowy BT-5, który napędzało 405 KM. Polacy jednak nie widzieli w obecnej sytuacji innej alternatywy. Sprawę pogorszył dodatkowo fakt, iż po testach sprowadzonego silnika na hamowni, uzyskał on maksymalną moc niespełna 213 KM. Został on jednak zamontowany do maszyny z powodu braku innej możliwości. W sierpniu 1938 roku, pierwszy prototyp był gotowy do testów terenowych. Pomimo, że silnik faktycznie okazał się zbyt słaby, 16,4 KM/t, pojazd osiągał prędkość maksymalną 40 - 56 km/h w terenie i 75 km/h na kołach po szosie. Polskim konstruktorom marzył się jednak inny silnik. Niemiecki Maybach HL 108 o mocy 304 Km - w 1938 roku szanse na zakup takiej jednostki były wysokie. Sytuacja polityczna między Niemcami a Rzeczpospolitą w tym krótkim okresie sprzyjała wymianie technologii. Wszczęto nawet wstępne rozmowy. Jednak kilka miesięcy potem wszystko się zmieniło a Niemcy w sprytny sposób zwodzili stronę polską obietnicą finalizacji sprzedaży silnika, praktycznie aż do dnia wybuchu wojny.

10TP w pełnym uzbrojeniu

Prototypowy pojazd był zbudowany z walcowanych, spawanych ze sobą blach o grubości 20 mm na kadłubie i nitowanej wieży o grubości pancerza 16 mm. Był udaną modyfikacją amerykańskiego M1931. Polacy poszerzyli wannę czołgu, co umożliwiło osadzenie obok kierowcy karabinu maszynowego, obsługiwanego przez strzelca. Dzięki poszerzeniu przedziału bojowego możliwe było również osadzenie standardowej dwuosobowej wieży konstrukcji Boforsa, takiej samej jak w czołgach 7TP, z wykorzystaniem tego samego działa Bofors 37 mm, sprzężonego z CKMem wz.30 kalibru 7,9 mm. Zapas amunicji wynosił 80 pocisków do działka i 4.500 naboi do KMów. W wieży znalazły również swoje miejsce nowoczesne przyrządy optyczne i celownicze, jak chociażby peryskop odwracalny Gundlacha, który był na owe czasy ewenementem, którym nie mogły się poszczycić sowieckie, ani nawet niemieckie czołgi. Peryskop skopiowano dopiero w trakcie II wojny światowej i zamontowano po raz pierwszy w czołgach T-34, nawiasem mówiąc jest on używany w czołgach do dnia dzisiejszego.
Czołg miał poruszać się zarówno na gąsienicach jak i na kołach, których posiadał 4 pary. Pierwsza para była skrętna co zwiększało zwrotność i poprawiało właściwości jezdne, ostatnia zaś napędzała czołg. Procedura przejścia z gąsienic na koła, wymagała demontażu tych pierwszych i ułożeniu ich na błotnikach pojazdu. Dzięki hydraulicznemu napędowi można było druga parę kół podnosić i opuszczać. Kiedy zachodziła potrzeba jazdy terenowej należało założyć ponownie gąsienicę. Wymagało to pracy wszystkich 4 członków załogi na zewnątrz pojazdu, przez około 45 minut. Całość układu jezdnego i napędowego była dosyć skomplikowana i nie do końca pozbawiona wad. Gumowe opaski na kołach szybko się zużywały i pękały, pomimo, że były szersze niż u amerykańskiego protoplasty. Ponadto okazało się, iż nadają się jedynie na dobrze utwardzone drogi, po zjechaniu z nich koła natychmiast zakopywały się a pojazd grzązł w terenie.
Mechanizm kierowania pojazdem, polegający na wykorzystaniu sprzęgieł bocznych przy pomocy silników hydraulicznych, był nowatorskim rozwiązaniem i bardzo ułatwiał pracę kierowcy co z kolei wpływało korzystnie na walory bojowe czołgu. Gąsienice o szerokości 350 mm pozwalały polskiej konstrukcji na zmniejszenie wartości jednostkowej nacisku na grunt (w porównaniu do maszyny Christiego), która wynosiła 0,47 kG/cm², pomimo wagi 12,8 t. Konstrukcja miała 220 cm wysokości i wymiary kadłuba 540 cm na 255 cm. Prototyp był gotowy do testów w terenie w styczniu 1939 roku i pokonał trasę 154 km, co wykazało między innymi wady układu jezdnego, niedomagające koła i przegrzewanie się silnika. Czołg przejechał około 100 km na 130 l  zbiorniku paliwa. Usterki były jednak typowe dla prototypowej konstrukcji a sam test oceniono pozytywnie.
Tak więc 22 kwietnia wysłano czołg na testowy rajd o długości 610 km. Trasa przebiegała od Warszawy przez Białystok - Grodno - Brzostowica Wielka  - Waliły - Białystok do Warszawy. Trasę udało się pokonać w 3 dni z czego 8 godzin musiano poświecić na usuwanie usterek po drodze. Pojazd był w ruchu przez 25 godzin i 15 minut, ze średnią prędkością 36 km/h. Czołg wyglądał dosyć osobliwie, gdyż na czas trasy zdemontowano uzbrojenie oraz przyrządy optyczne.

Czołg 10TP w rowie nieopodal miejscowości Waliła. Widać zdemontowane uzbrojenie i dziury w klapach po przyżądach optycznych.

Sam "maraton" nie odbył się bez perturbacji, w drodze powrotnej za miejscowością Waliły, po przejechaniu mostu, awarii uległo sprzęgło boczne, na skutek czego czołg nie był w stanie skręcić w lewo i zjechał do rowu gubiąc gąsienice. Naprawa, jak i ponowne założenie gąsienic, zajęła godzinę i 12 minut.
Następne zdarzenie miało miejsce już na obrzeżach ówczesnej Warszawy, które dziś stanowią jej integralną część. Na ulicy Radzymińskiej, przed czołg 10TP wjechał motocyklista, który najprawdopodobniej nie zauważył wojskowego konwoju. Kierowca, by uniknąć zderzenia i najprawdopodobniej uśmiercenia człowieka na motorze, ostro skręcił w prawo. Czołg wypadł z drogi osuwając się do rowu, zrywając przy tym gąsienice. Do tego maszyna osiadła w tak niedogodny sposób, że aby ponownie nałożyć gąsienice, należało rozebrać część chodnika . W trakcie tych prac, przed niepowołanymi oczami, częściowo chroniła go brezentowa płachta zarzucona na wieżę. Jednak nie zdało to egzaminu. Czołg ze względu na niefortunną pozycję nie mógł wydostać się z pułapki. Koniecznym było, ażeby zniwelować przechył, poszerzenie rowu i dalszy demontaż płyt chodnikowych. Następnie zdjęto lewą taśmę gąsienic i przy pomocy ciągnika artyleryjskiego 7CP "ściągnięto" czołg na dno rowu. Dopiero po ponownym założeniu gąsienicy, 10TP wyjechał z tej pułapki.

10TP nakryty plandeką w rowie, po wydarzeniu na ul. Radzymińskiej
Wyciąganie czołgu 10TP przy pomocy ciągnika artyleryjskiego 7CP. Przez otwarta klapę po lewej widać sprzęgło boczne.

Rajd wykazał dalsze niedociągnięcia. Silnik nadal się przegrzewał, sprzęgła zużywały się zbyt szybko, pękały gumowe opaski kół nośnych a koła jezdne zużywały się w zbyt szybkim tempie. W trakcie tego testu wyciągnięto jeden ważny wniosek. Pomysł jazdy na kołach był zupełnie nietrafiony, z jednej prostej przyczyny. W Polsce było zbyt mało utwardzonych szos by móc wykorzystać taki system. Czas stracony na zmianę układu był nieproporcjonalny do zyskanego w czasie szybszej jazdy. Postanowiono więc zrezygnować z tego rozwiązania.
10TP był czołgiem, który z pewnością mógł równać się z niemieckimi i radzieckimi maszynami z września 1939 roku. Nic to jednak nie dało ponieważ projekt, jak wiele innych, został wcielony w czyn zbyt późno. Istotny wpływ tu miał z pewnością czynnik ekonomiczny młodego, rozgrabionego i odbudowującego się o własnych siłach państwa, jak również jednoczesne prowadzenie wielu, niejednokrotnie krzyżujących się ze sobą projektów. Już w trakcie fazy testowej 10TP, rozpoczęto prace nad kolejnym czołgiem a mianowicie 14TP. Ten projekt nie wyszedł jednak poza stół kreślarski.
Ostatnie udokumentowane losy jedynego egzemplarza 10TP, to to, że po remoncie w maju 1939 roku został przedstawiony władzom wojskowym, wraz z prototypami PZInż 130 oraz 4TP. Co było potem, tego nikt już nie wie. Ślady i dokumentacja urywa się nagle, pozostawiając wiele miejsca do spekulacji i różnych teorii...

Polski czołg 10TP

Korekta: Raetus


Materiały źródłowe:

Janusz Magnuski - "Broń Wojska Polskiego"
Janusz Magnuski - "Armor in profile 1 / Pancerne profile 1"
P. Chamberlain, Ch. Ellis - "Tanks Of The World, 1915-1945"
A. Kiński, J. Magnuski - "Czołg pościgowy 10TP i czołg szturmowy 14TP"
            
 
           

3 komentarze:

  1. Bylismy na dobrej drodze tyle ze Niemcy i Rosja byly za silne juz dla nas . :((

    OdpowiedzUsuń
  2. "Potrzeba,matka wynalazku"no i "Polak potrafi". I tak mogl powstac T10.Szkoda tylko,ze tak czesto .pojawiaja sie problemy z realizacja z trudem osiagnietych sukcesow do konca i pozostaje zbyt wiele miejsca na "...spekulacje i rozne teorie."

    OdpowiedzUsuń
  3. 10TP był następcą bardzo dobrego czołgu 7TP który był rozwinięciem czołgu Vickers. Tam gdzie się pojawiały 7TP niemcy nie mieli żadnych szans ,siały popłoch w szeregach wroga. To co by robiły 10 TP?

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.