niedziela, 16 września 2018

Taczak Stanisław - "Zapomniany żołnierz niepodległości"

Myśląc o "ojcach" polskiej niepodległości, standardowo do głowy przychodzą nam takie nazwiska jak Piłsudski, Dmowski, może jeszcze Witos czy Haller. Jednak ludzi, którzy poświęcili się dla ojczyzny i jej niepodległości było znacznie więcej. Dlaczego o nich się zapomina?
Może dlatego, że nie zrobili błyskotliwej kariery, musieli zniknąć z powodów politycznych lub byli postaciami niewygodnymi i niepasującymi w światopogląd znajdujących się akurat na piedestale. W książce Piotra Nehringa "Zapomniani żołnierze niepodległości" można znaleźć sylwetki właśnie takich ludzi. Jedną z nich jest generał Stanisław Taczak.

Generał Stanisław Taczak

Stanisław Taczak jest przykładem człowieka, który pomimo wielkiego wkładu i poświęcenia dla ojczyzny, był usuwany na dalszy plan z powodów osobistych lub ideologicznych. Szersze spojrzenie jak i wiele innych podobnych mu postaci możemy znaleźć w książce Piotra Nehringa a ja zapraszam na krótką opowieść o człowieku trzech wojnach i jednym powstaniu.

sobota, 1 września 2018

Ostatni kosynierzy - "Czerwoni" lub nie, po prostu bohaterzy

Na skraju lasu panował względny spokój. Nagle kilkadziesiąt postaci z biało-czerwonymi przepaskami na ramieniu przemknęło chyłkiem między drzewami. Prawie nie było ich widać, gdyby nie odbite słońce w srebrzystym metalu kos i "szpic" zatkniętych na drzewcach. Między krzakami i drzewami czaił się wróg, ale Polacy nie czuli lęku. Przyczajeni czekali. Z prawej rozległy się salwy z broni palnej do których dołączyła kanonada z lewej. Nieprzyjaciel poderwał się z bronią gotową do strzału. Było widać nerwowość i niepokój w ich ruchach. Kiedy wróg skupił swą uwagę na zgiełku, z zarośli i krzaków poderwali się kosynierzy.
- Hurrrraa!
Rozległ się gromki okrzyk. Nim Niemcy zdołali się zorientować w sytuacji, polskie kosy i piki cięły i kuły ich ciała, które padały w drgawkach na ziemię. Część z nich próbowało, w gęstwinie leśnej, podjąć walkę na bagnety, jednak kosy okazały się skuteczniejsze. 
Broń zdobyta na Niemcach choć częściowo pokryła potrzeby kompanii kosynierów.
Był wrzesień 1939 roku...
*Sfabularyzowany tekst na podstawie książki Tomasza Bieleckiego "Krótka historia mafii sycylijskiej".
Andrzej Skibiński i jego syn Janusz. Kosynierzy z Gdyni. Wrzesień 1939 roku.

Kosynier to ikona polskiej walki o wolność i tożsamość narodową. Wizytówka powstań niepodległościowych i bitew takich jak ta pod Racławicami. Każdy potrafi sobie wyobrazić chłopa w kościuszkowskiej czapce, białym lub szarym płaszczu i kosą zatkniętą na sztorc. Ten romantyczny obraz maluje się pod powiekami niemalże każdemu Polakowi na dźwięk słowa "kosynier". Komu przyszłoby jednak do głowy, że kosynierzy, choć inaczej umundurowani ale jednak z kosami na sztorc, wzięli udział w walkach o ojczyznę we wrześniu 1939 roku. Dodać należy, że wykazali się zarówno dużym męstwem jak i wyjątkową skutecznością. Niemcy panicznie bali się tych mężczyzn z kosami, czatujących na nich w lasach polskiego wybrzeża. Nadali im nawet nazwę: "czarne diabły". Poniżej krótka historia ostatnich kosynierów, którzy oddawali życie za wolną Polskę.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Obrona zamku Itter - W pryzmacie jej "bohaterów"

Gdy natknąłem się na historię tej bitwy, myślałem, że to scenariusz filmu Quentina Tarantino. Kilku amerykańskich GI`s, pod rozkazami nieokrzesanego, mającego zawsze pod ręką flachę whiskey a w ustach kikut cygara, jednak ludzkiego kapitana. Wchodzi w sojusz z garstką żołnierzy niemieckich, którymi dowodzi dystyngowany, niezwykle uprzejmy i nienaganny major Wehrmachtu. Powód tego "paktu" jak i kulisy również doskonale wpisują się w produkcje nietuzinkowego reżysera jakim jest Tarantino. Kilku prominentnych francuskich więźniów, po ucieczce pilnujących ich strażników, oczekuje pomocy w średniowiecznym zamku przerobionym na więzienie. Do tego Francuzi nie cierpią się wzajemnie i bez przerwy spierają oraz kłócą.  Zagrożeniem są natomiast fanatyczne i bestialskie oddziały niemieckiego Waffen SS, krążące po okolicy i mordujące każdego kto wyda im się wrogiem.
Materiał gotowy w sam raz na kasowy film. Tyle tylko, że gdy przyjrzymy się bliżej tym wydarzeniom, okaże się, że nie do końca są one takie jak w sensacyjnych opisach bratania się Amerykanów z "nawróconymi" Niemcami. Kilka drobnych, przemilczanych lub dopisanych szczegółów, robi jednak dużą różnicę. Niemniej wydarzenia w okół zamku Itter są niezwykle ciekawe i niejako ewenementem historycznym.

Zamek w Itter, widok na bramę główną. 

W pięknym miejscu z niezwykłą alpejską panoramą w tle, mniej więcej w XIII wieku wzniesiono warowną twierdzę, która miała pełnić rolę granicznego punktu broniącego wejścia do Brixental. Zamek zbudowano niecałe 20 kilometrów od austriackiego miasta Kufstein w wiosce Itter. Na przestrzeni wieków, budowla pełniła zarówno funkcje militarne jak i urzędowe. W XVII wieku przestała być komukolwiek potrzebna i pozostawiona sama sobie popadła w ruinę. Około 1806 roku, w trakcie okupacji napoleońskiej przekazano zamek gminie co ostatecznie przesądziło jego los. Okoliczni chłopi używali go jako źródła materiałów budowlanych. 72 lata później, pozostałości warowni, kupił monachijski przedsiębiorca Paul Spieß i odbudował zamek z zamiarem otwarcia w nim hotelu. Plan jednak nie wypalił i Schloss Itter przeszedł na własność prywatną, zmieniając właścicieli aż do momentu kiedy został skonfiskowany przez nazistów. Jako ciekawostkę można dodać, że w zameczku gościli Ferenc Liszt i Piotr Czajkowski.

czwartek, 31 maja 2018

Bajończycy - Zapomniana kompania

Około godziny 10, zaczął z lekka opadać pył wzbity pięciogodzinną nawałą artylerii francuskiej. Niemcy okopani na wzgórzu Vimy-les-Ouvrages-Blanc, musieli mieć niezbyt przyjemną niedzielną pobudkę.
Trąbka! Sygnał do natarcia, urywany, nierówny i nerwowy. Dało się jednak rozpoznać melodię "A la baionette!" Żołnierze wyskoczyli z okopów i w ślad za swoim francuskim dowódcą biegli w stronę niemieckich okopów. 200 postaci w czerwonych spodniach, egzotycznych czapkach tego samego koloru i granatowych kurtkach, rozsypało się tyralierą na "ziemi niczyjej". Długie czworograniaste bagnety lśniły odbijając majowe słońce. Wróg z rzadka, jedynie pojedynczymi wystrzałami, "witał" nieproszonych gości na swoim przedpolu. kapitan Osmonde pędził na czele swoich legionistów dając im przykład odwagi i zagrzewając do walki. Gdzieś z środka grupy a może z któregoś skrzydła, rozbrzmiał ochrypły śpiew. Tęskny, zmęczony, zdać by się mogło że sponiewierany. Mimo wszystko jednak twardy i ryczący z brutalną desperacją:
- "Hej kto Polak na bagnety... Żyj swobodo Polsko Żyj!"
Dwie setki gardeł w jednym momencie podjęły melodię i huknęły w stronę niemieckich okopów niczym z armat.
- "Takim hasłem cnej podniety, trąbo nasza, wrogom grzmij!" 
Wdzierając się w kajzerowskie zasieki i dopadając pruskich transzei, ponad chórem wzbił się okrzyk kapitana Osmonde:
- "Vive la Pologne!"
Francuz oddał tym hołd  i wyraził uznanie swoim podwładnym. Wieczorem był już martwy. 
Polska kompania przeskoczyła opuszczoną i zasłaną krwawymi trupami, pierwszą linię niemieckich okopów. W ślad za nimi podążali Belgowie i Czesi. Polacy jednak biegli pierwsi i to w nich huknął nagle ogień niemieckich karabinów i posypały się kartacze. Zawzięci parli jednak naprzód a kiedy ich kolegów rozrywały zbłąkane pociski francuskiej artylerii, ich wściekłość przybrała jedynie na sile. Garstka polskich straceńców zdobyła 5 km niemieckich umocnień. Bajończycy, na francuskiej ziemi płacili daninę dla Polski, kraju który nie istniał ale niejako z ich krwi i poświęcenia miał się niedługo zrodzić. Był 9 maja, roku pańskiego 1915.
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych     


Bajończycy na francuskiej pocztówce z okresu Wielkiej Wojny

Kim byli Bajończycy? Jeśli w ogóle zdajemy sobie sprawę z polskiej obecności na frontach Wielkiej Wojny, to na myśl nasuwają się nam Legiony Polskie Piłsudskiego i "Błękitna Armia" generała Hallera, no ewentualnie ktoś słyszał o Legionie Puławskim. Często zapomina się jednak, lub w ogóle nie wie, o daninie krwi jaką zapłacili żołnierze 2 kompanii batalionu C w 1 Pułku Legii Cudzoziemskiej. Jak napisał redaktor "Dziennika Łódzkiego", magister Sławomir Sowa:
"Pierwsza Kadrowa obrosła legendą, kości Bajończyków obrosły mchem".
Dziś chciałbym ten mech nieco zeskrobać i oddać salut w stronę tych ludzi.

niedziela, 11 marca 2018

Mafia - Początek

Majowy dzień był ciepły i pogodny. Nad Sycylią niebo było niemalże bezchmurne, ale dzięki lekkiemu wietrzykowi słońce niezbyt dawało się we znaki. Miasteczko Piana dei Greci, oddalone zaledwie godzinę drogi od Palermo, pękało w szwach. Ludzie tłoczyli się na ulicach a okna domów wypełniały ciekawskie twarze. Służby porządkowe starały się zapanować nad tłumem. W oddali dało się już zauważyć długi konwój, gapie mocniej naparli na korowód milicjantów. Ci jednak zdołali, przy pomocy funkcjonariuszy w cywilu, utrzymać porządek.
Mussolini jechał w limuzynie bez dachu, jego ochrona, tłocząca się wokół samochodu i ustawiona przy drodze, była bardzo liczna i elegancko umundurowana. Dokładnie tak jak lubił premier. Benito kątem oka obserwował siedzącego obok i uśmiechającego się przesadnie Francesco Cuccia, burmistrza miasteczka. Jednak to nie był jedyny tytuł jaki nosił współpasażer włoskiego premiera. Przyszłemu dyktatorowi Włoch obił się o uszy jego inny tytuł, Don Ciccio, "człowiek honoru" - mafiozo. Ludzie na Sycylii jak i nawet niektórzy w partii faszystowskiej Włoch mówili, że to on uwolnił wyspę od czerwonych koszul. Mussolini zdawał sobie sprawę, że Cuccia i jemu podobni od lat robią to samo co faszyści odkąd doszli do władzy. Mianowice zwalczają swoją "konkurencję" i socjalistów wszelkimi sposobami, nie stroniąc od przemocy i mordu. 
Jednak ten dziwny, teatralnie obnoszący się z Krzyżem Kawalerskim Królestwa Włoch na piersi człowiek, działał mu na nerwy. 
Limuzyna zwolniła wjeżdżając w uliczki Piana dei Greci, tak by tłum mógł dokładnie przyjrzeć się nowemu premierowi. Mussolini czuł się wspaniale, wiwatujący tłum wprawił go w wyśmienity humor. Wszystko zostało zrujnowane gdy Francesco Cuccia odwrócił się w jego stronę i pompatycznie wyszeptał:
- "Ekscelencjo, pan jest ze mną i pod moją ochroną. Po co tylu gliniarzy?"
Przyszły dyktator zaskoczony takim pytaniem uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby. Jednak nim zdołał cokolwiek powiedzieć lub zrobić, burmistrz zwrócił się w stronę tłumu. 
-"Niech nikt nie śmie nawet tknąć Mussoliniego. Jest moim przyjacielem. I najlepszym człowiekiem na świecie"
Faszystowski lider poczuł jak wzbiera w nim wściekłość. Miał ochotę wypchnąć burmistrza ze swojego samochodu a najlepiej by ten wpadł przy tym pod koła samochodu. Zachował jednak kamienną twarz, w końcu ludzie mu się przyglądali a on musiał odegrać swoją rolę perfekcyjnie.

Samochód podskakiwał na szosie prowadzącej w stronę Palermo. Tym razem jednak obok Benito Mussoliniego, zamiast pyszałkowatego burmistrza - mafiosa siedział sekretarz premiera i ze spokojem wysłuchiwał krzyków swojego szefa.
-"Słyszałeś, co powiedział? Ja jestem pod jego ochroną?!"
Przyszły Duce już wiedział co musi zrobić. Nie może nikomu pozwolić by zachowywał się protekcjonalnie w stosunku do niego. A już na pewno, każdy kto chciałby stawiać się na pierwszy plan musi ponieść karę...
*Sfabularyzowany tekst na podstawie książki Tomasza Bieleckiego "Krótka historia mafii sycylijskiej".


Członkowie mafii sycylijskiej oczekują na proces. Palermo, luty 1928 rok.

O włoskiej mafii słyszał chyba każdy, jednak jak powstała i dlaczego akurat nazywa się "mafia", nie wszyscy wiedzą. Historię jej powstania, jak również najciekawsze epizody i postacie, bardzo trafnie w swojej książce pod tytułem "Krótka historia mafii sycylijskiej" opisał Tomasz Bielicki. W oparciu o jego publikację chciałbym przybliżyć pierwsze chwile tej nietuzinkowej "organizacji".

środa, 28 lutego 2018

U 53 - U-boot, który przepłynął Atlantyk

8 Październik 1916 roku. Wody międzynarodowe w pobliżu Newport U.S.A.

Ocean był spokojny, U 53 lekko kołysał się na falach jakieś niecałe 2,5 km od latarniowca "Nantucket". Kapitänleutnant Hans Rose stał w kiosku okrętu i patrzył jak holenderski parowiec "Blommersdyk" zatrzymuje się na dany wcześniej rozkaz. Sygnalista wysłał polecenie "Okazać dokumenty". Niemiecki kapitan spojrzał na swój zegarek, wskazówki pokazywały 4:55. Zaczynało robić się ciemno i widoczność znacznie się pogorszyła, pogoda była jednak nadal ładna. Rose z niecierpliwością patrzył w stronę "Holendra". Tamci nie spieszyli się najwidoczniej, był już kwadrans po 5 i za chwilę miała zapaść noc. Nagle, obserwator lustrujący horyzont zameldował nerwowym głosem:
- Herr Kapitän, niszczyciel na horyzoncie! 
Rose szybko odwrócił głowę w stronę, w którą patrzył marynarz. Na tle ciemnego nieba, wyraźnie malowała się sylwetka okrętu. 
- Alarm bojowy! Zanurzenie awaryjne! 
Zarządził kapitan i pospiesznie opuścił kiosk okrętu. Ostatni marynarz zaryglował luk i zjechał po poręczach drabiny w dół. U-boot szybko zanurzył się na głębokość peryskopową a Rose zaczął obserwować zbliżający się niszczyciel, który wziął kurs na latarniowiec. Przez peryskop dokładnie widział jak zaczyna podejmować na pokład ludzi z szalup statków, które Niemcy zatopili dzisiejszego przedpołudnia. "Amerykańska jednostka" - pomyślał. Chwile się wahał, zanim wydał rozkaz do ponownego wynurzenia. Ameryka zachowywała neutralność w tej wojnie, więc...
Kiedy U 53 z chlupotem pojawił się na powierzchni była 17:30 a z Newport zbliżały się kolejne, amerykańskie niszczyciele. Sygnalista ponowił polecenie dostarczenia dokumentów przez załogę "Blommersdyka".  
- Herr Kapitän, parowiec od wschodu! 
Zameldował obserwator. Rose miał jeszcze kilka torped więc zdecydował się zatrzymać i ten statek. Było już ciemno i nie dało się rozpoznać bandery ani nazwy, gdy pasażerski parowiec znajdował się 6.000 m od Niemców, osiemdziesiątka-ósemka z rufy oddała salwę przed dziób statku. Liniowiec nie miał wyjścia i również stanął. Zaraz zaroiło się w okół niego od amerykańskich niszczycieli, ale kapitan Rose nie miał teraz czasu się nad tym zastanawiać. Do U-boota dotarł oficer z holenderskiego frachtowca. Jego dokumenty wykazywały niespójności i pomimo wpisanych holenderskich portów, z papierów celnych wynikało, że towar przeznaczony jest dla Brytyjczyków. Niemiec spojrzał na nerwowego Holendra i dał mu znak do opuszczenia pokładu swojego okrętu. kiedy oficer wsiadł do szalupy U 53 zaczął ją holować do frachtowca.
- Nadać Holendrom sygnał do opuszczenia statku! 
Rose był pewien, że kontrabanda miała trafić do Anglii a on na to pozwolić nie mógł. U-boot zaczął zbliżać się do "Blommersdyka", kiedy nagle na kursie kolizyjnym znalazł się jeden z jankeskich niszczycieli. Było ich około 16 więc zrobiło się nieco ciasno. Rose krzyknął:
- Maszyny stop! Cała wstecz! 
Mało brakowało a doszło by do kolizji, całe szczęście okręty stanęły kilka metrów od siebie. Holendrzy zaczęli powoli schodzić ze swego statku a Rose by nie tracić czasu chciał przejrzeć dokumenty pasażerskiej jednostki. U 53 zbliżał się powoli do niej, manewrując pomiędzy amerykańskimi okrętami. Niemiecki kapitan zastanawiał się, co zrobić z ewentualnymi pasażerami  gdyby zabrakło szalup. Po chwili wydał polecenie: 
- Nadać "You can proceed".
Co oznaczało, że statek mógł wznowić swój rejs. Jednak parowiec okazał się opuszczony. Gdy reflektory niszczycieli omiotły jego sylwetkę, Rose zorientował się dlaczego. Statek nosił nazwę "Stephano Liverpool" i był pod brytyjską banderą. Rojące się po zatrzymaniu go niszczyciele, profilaktycznie ewakuowały załogę i pasażerów. Skoro więc już nie trzeba było martwić się o ludzi, Hans Rose postanowił posłać na dno i ten statek. Ale najpierw chciał zająć się "Blommersdykiem".  
U 53 wziął ponownie kurs na holenderski frachtowiec. Po zajęciu dogodnej pozycji, U-boot zalał swoje wyrzutnie torpedowe. Jednak jeden z amerykańskich okrętów, cały czas trzymał się blisko "Blommersdyka". Nie chcąc ryzykować Niemiec zwrócił się do swojego sygnalisty:
- Niech ten przeklęty jankes się odsunie, bo jeszcze i jego trafimy. Nadaj prośbę o oddalenie się od naszego celu.
Sygnalista szybko przekazał Morsem wiadomość swego kapitana. Po kilku chwilach niszczyciel posłusznie oddalił się od statku towarowego. 
U 53 dwoma torpedami zatopił holenderski towarowiec...   
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych

Obraz Clausa Bergen przedstawiający U 53 atakujący parowiec towarowy

U 53 ma bardzo ciekawą historię. Ten U-boot z czasów I Wojny Światowej nie jest może okrętem, który zatopił najwięcej wrogich jednostek, jednak ma na swoim koncie inny wyczyn. Jako pierwszy wojenny okręt podwodny, przepłynął przez Atlantyk i u wybrzeży Stanów Zjednoczonych z powodzeniem polował na statki z zaopatrzeniem dla Brytyjczyków. To wydarzenie obfituje w wiele zuchwałych a wręcz bezczelnych poczynań niemieckiego kapitana i jego załogi. Ale od początku.

środa, 24 stycznia 2018

Gabryszewski Franciszek - Jak struś został orłem

Lato 1940 roku. Wojskowa szkoła lotnicza Parks Air College, East Saint Louis U.S.A. 

Pogoda była wprost wymarzona do latania. Słońce tego bezwietrznego dnia paliło swoim żarem, zamieniając ziemię wokół pasa startowego w spękaną skorupę. Na błękitnym tle bezchmurnego nieba w oddali zaczęła rysować się sylwetka PT-19 Fairchild. Samolot leciał a właściwie "podskakiwał" w powietrzu, jak gdyby miał problemy z silnikiem. Zbliżając się do lotniska tracił zbyt szybko na wysokości, jednak kilkaset jardów przed jego płytą pilot poderwał maszynę w górę by skorygować błąd. Opadając ponownie samolot zbliżał się do pasa nieco trawersując, każdy kto obserwował te "popisy"  mógł być pewien, że za chwile nastąpi katastrofa, no może w najlepszym wypadku samolot straci podwozie przy kontakcie z gruntem. Jakimś cudem jednak, PT-19 zdołał bez szwanku wylądować i zatrzymać się obok hangaru. W maszynie szkoleniowej miejsce zajmowało dwóch pilotów. Siedzący z tyłu, nerwowo odpiął swoją pilotkę i cisnął ją z samolotu na ziemię.
- Mój Boże! Chłopcze! To było najstraszniejsze pół godziny w moim życiu! 
Krzyczał zdenerwowany instruktor. Jego podopieczny siedział nadal w bezruchu za sterami ze spuszczoną głową. Nauczyciel kontynuował swój monolog:
- Nie spotkałem jeszcze w mojej karierze tak nieutalentowanej osoby. Nigdy nie będziesz pilotem, nie nadajesz się do tego! Chyba że chcesz odebrać sobie życie, ale ja ci w tym nie pomogę!
Gdy drżąc na myśl o ostatnich kilkudziesięciu minutach, instruktor wreszcie dotknął stopami ziemi nieco się uspokoił. Wziął do ręki deskę z klipem i zaczął coś wypisywać na przypiętych do niej kartach. 
Nieudolny pilot wygramolił się w między czasie z kokpitu i stał teraz obok, wpatrując się w osobę, która miała wydać ostateczny wyrok decydujący o jego karierze jako pilota. 
- No dobrze Gabreski, twoja ostatnia szansa.
Na formularzu instruktor nagryzmolił "Egzamin kwalifikacyjny!". Oznaczało to ostatnią możliwość poprawy wyników przed usunięciem ze szkoły pilotów, co równało się z zamknięciem drogi do U.S. Air Force. 
Instruktor nawet gdyby mu powiedziano nie uwierzył by, że ten pozbawiony talentu latania młodzieniec, okaże się jednym z najlepszych amerykańskich asów myśliwskich nadchodzącej wojny, którzy walczyli w Europie pod amerykańskim sztandarem.     
* Sfabularyzowany tekst w oparciu o materiały źródłowe

Franciszek Gabryszewski przed P-47 Thunderbolt.

Oto historia Amerykańskiego i dosyć kiepskiego pilota, który dzięki swoim polskim korzeniom uwierzył, że potrafi latać. Francis "Gabby" Gabreski, lub jakby go przedstawili nam jego rodzice Franciszek Gabryszewski, jest bardzo ciekawą postacią. Tym bliższą, że posiadał polskie pochodzenie, którego nigdy się nie zaparł i które pomogło mu w tym co wielu uznałoby za niemożliwe.