środa, 24 stycznia 2018

Gabryszewski Franciszek - Jak struś został orłem

Lato 1940 roku. Wojskowa szkoła lotnicza Parks Air College, East Saint Louis U.S.A. 

Pogoda była wprost wymarzona do latania. Słońce tego bezwietrznego dnia paliło swoim żarem, zamieniając ziemię wokół pasa startowego w spękaną skorupę. Na błękitnym tle bezchmurnego nieba w oddali zaczęła rysować się sylwetka PT-19 Fairchild. Samolot leciał a właściwie "podskakiwał" w powietrzu, jak gdyby miał problemy z silnikiem. Zbliżając się do lotniska tracił zbyt szybko na wysokości, jednak kilkaset jardów przed jego płytą pilot poderwał maszynę w górę by skorygować błąd. Opadając ponownie samolot zbliżał się do pasa nieco trawersując, każdy kto obserwował te "popisy"  mógł być pewien, że za chwile nastąpi katastrofa, no może w najlepszym wypadku samolot straci podwozie przy kontakcie z gruntem. Jakimś cudem jednak, PT-19 zdołał bez szwanku wylądować i zatrzymać się obok hangaru. W maszynie szkoleniowej miejsce zajmowało dwóch pilotów. Siedzący z tyłu, nerwowo odpiął swoją pilotkę i cisnął ją z samolotu na ziemię.
- Mój Boże! Chłopcze! To było najstraszniejsze pół godziny w moim życiu! 
Krzyczał zdenerwowany instruktor. Jego podopieczny siedział nadal w bezruchu za sterami ze spuszczoną głową. Nauczyciel kontynuował swój monolog:
- Nie spotkałem jeszcze w mojej karierze tak nieutalentowanej osoby. Nigdy nie będziesz pilotem, nie nadajesz się do tego! Chyba że chcesz odebrać sobie życie, ale ja ci w tym nie pomogę!
Gdy drżąc na myśl o ostatnich kilkudziesięciu minutach, instruktor wreszcie dotknął stopami ziemi nieco się uspokoił. Wziął do ręki deskę z klipem i zaczął coś wypisywać na przypiętych do niej kartach. 
Nieudolny pilot wygramolił się w między czasie z kokpitu i stał teraz obok, wpatrując się w osobę, która miała wydać ostateczny wyrok decydujący o jego karierze jako pilota. 
- No dobrze Gabreski, twoja ostatnia szansa.
Na formularzu instruktor nagryzmolił "Egzamin kwalifikacyjny!". Oznaczało to ostatnią możliwość poprawy wyników przed usunięciem ze szkoły pilotów, co równało się z zamknięciem drogi do U.S. Air Force. 
Instruktor nawet gdyby mu powiedziano nie uwierzył by, że ten pozbawiony talentu latania młodzieniec, okaże się jednym z najlepszych amerykańskich asów myśliwskich nadchodzącej wojny, którzy walczyli w Europie pod amerykańskim sztandarem.     
* Sfabularyzowany tekst w oparciu o materiały źródłowe

Franciszek Gabryszewski przed P-47 Thunderbolt.

Oto historia Amerykańskiego i dosyć kiepskiego pilota, który dzięki swoim polskim korzeniom uwierzył, że potrafi latać. Francis "Gabby" Gabreski, lub jakby go przedstawili nam jego rodzice Franciszek Gabryszewski, jest bardzo ciekawą postacią. Tym bliższą, że posiadał polskie pochodzenie, którego nigdy się nie zaparł i które pomogło mu w tym co wielu uznałoby za niemożliwe.



Pierwsze lata XX wieku były bardzo ciężkie dla polskiej ludności. Represje ze strony zaborców i brak pracy zmuszał młodych ludzi do wyjazdu zagranicę. Tak również było ze Stanisławem Gabryszewskim, który opuścił rodzinny Frampol i niemieckim statkiem ruszył do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Ostatecznie los zaprowadził go do miasteczka Oil City w stanie Pensylwania, gdzie podjął pracę na kolei. W miasteczku była spora grupa Polonii, około 300 rodzin, więc o dziewczynę dla Stanisława nie było trudno. Wkrótce ożenił się z Józefą i wspólnie zaczęli prowadzić sklep spożywczy, czynny 12 godzin dziennie. Nie przeszkodziło im to jednak w tym by spłodzić pięcioro dzieci. Jako trzeci, 28 stycznia 1919 roku, na świat przyszedł Franciszek. Rodzice wychowywali go w polskiej tradycji, jego pierwsze słowa były również po polsku. Sam "Gabby" wspominał po latach, że nawet w Collage`u lepiej mówił po polsku niż angielsku. Wynikało to również z faktu, iż jego matka aż do śmierci nie nauczyła się angielskiego. Przyszły pilot od najmłodszych lat uczył się, że nic samo nie przychodzi. Syn Francisa, Don Garbeski wspomina:
"W rodzinie taty wszyscy ciężko pracowali. Jeśli ktoś chciał zrobić karierę, musiał na to zapracować".

Rodzice Franciszka, Stanisław i Józefa Gabryszewscy

Gdy w 1938 roku Franciszek ukończył szkołę średnią, jego starszy o 6 lat brat Ted, namówił go by rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie Notre Dame. W tym czasie, również za namową Ted`ego, rodzice postanowili zmienić nazwisko z Gabryszewski na Gabreski. Miało to ułatwić wymawianie go przez Amerykanów.
Podobno Francis nie był  najlepszym uczniem, ale jego oceny wystarczały by dostać się na uczelnię. Tam też po raz pierwszy zetknął się z lotnictwem. Wymyślił sobie, że zrobi licencję pilota by latać do domu wynajętym samolotem. Rozpoczął więc kurs pilotażu w szkole Homera Stockerta, gdzie zdołał "przelatać" jedynie 6 godzin. Instruktorzy po prostu bali się oddawać mu w ręce samolot z uwagi na jego całkowity brak talentu w pilotażu. Również na studiach robiło się coraz trudniej, na drugim roku Franciszek miał spore problemy by nadążyć z nauką.
W 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, dla rodziny Gabryszewskich, a właściwie już Gabreskich, był to prawdziwy cios. Więc kiedy na uniwersytecie werbowano ochotników do wojska, Francis wypełnił formularz. Ameryka nie brała jeszcze udziału w wojnie, ale armia prowadziła mobilizację. Według Historyka Jamesa Hollanda Młodym Franciszkiem kierowało wychowanie i pamięć o korzeniach:
"Dotknęło go to bardziej niż innych Amerykanów [Niemiecka napaść na Polskę]. Wkrótce potem pojawili się werbownicy z amerykańskich sił powietrznych. Gabby pomyślał, że to jest coś z czego rodzice będą dumni i zaciągnął się".         
Po ukończeniu drugiego roku studiów, Franciszek pojechał do domu na wakacje. Tam zastała go wiadomość z Departamentu Wojny, która informowała o zakwalifikowaniu go do szkolenia na pilota. W czerwcu 1940 roku w Parks Air Collage przystąpił do kursu lotniczego na samolotach Stearman PT-17 oraz Fairchild PT-19, szybko jednak zorientowano się, że ochotnik nie radzi sobie zbyt dobrze w powietrzu. Według instruktorów, za sterami był zbyt sztywny i nie potrafił się rozluźnić. Każde kolejne egzaminy z pilotażu albo oblewał, albo zaliczał z wielkim trudem. Jeden z instruktorów stwierdzając, że spędzone z nim pół godziny w powietrzu, było najgorszym przeżyciem w jego życiu, wytypował go do egzaminu kwalifikacyjnego. Oznaczało to dla młodego pilota, "być albo nie być". Na szczęście dla niego, Gabryszewski trafił na oficera, który potrafił uspokoić jego nerwy i wyciągnąć z niego maksimum możliwości. Mimo to Franciszek nie wypadł zbyt dobrze, ale instruktor zaliczył mu egzamin tym samym otwierając drogę do kariery pilota w wojsku. W listopadzie 1940 roku ukończył początkowe szkolenie i rozpoczął kursy intensyfikacyjne w bazach lotnictwa Gunther w Alabamie i Maxwell. Tam szlifował swoje nadal słabe umiejętności na "poważniejszych" maszynach, takich jak North American AT-6 Texan i Vultee BT-13. Ostatecznie 14 marca 1941 roku otrzymał promocję oraz stopień podporucznika, niestety jego wynik końcowy był jednym z najgorszych. Sam zresztą wspominał szkołę pilotażu jako drogę przez mękę.
Już jako pełnoprawny pilot, otrzymał przydział do 45 eskadry myśliwskiej stacjonującej w bazie Wheeler Field na wyspie Oahu na Hawajach, niedaleko Pearl Harbor. Jednostka dysponowała samolotami Curtiss P-36 Hawk i P-40 Warhawk, Gabryszewski zdecydowanie preferował pierwszą z maszyn. Miesięcznie spędzał w powietrzu około 30 godzin, wykonując loty ćwiczebne. Przez 8 miesięcy poza chwilami w kokpicie nie miał wiele do roboty. Jak inni piloci odwiedzał więc okoliczne bary i uganiał się za dziewczynami.

Francis Gabreski (pierwszy z lewej) z kolegami pilotami w kasynie oficerskim w bazie Wheeler Fieeld. Hawaje 1941 rok.

Poznał w końcu dziewczynę, która zawładnęła jego sercem, Katherine „Key” Cochran, miała ona zostać jego przyszłą żoną. Sielankowe chwile jednak nie trwały zbyt długo. 7 grudnia 1941 roku Franciszek wybierał się do kościoła. Gdy oddawał się porannej toalecie usłyszał szum silników przelatujących samolotów. Nieco zdziwiony tym niecodziennym przelotem właśnie zamierzał podejść do okna, kiedy odgłosy eksplozji wstrząsnęły jego kwaterą. To japońskie bombowce nurkujące Aichi D3A atakowały Pearl Harbor. Gabryszewski jako jeden z pierwszych pilotów wybiegł na lotnisko starając się ocalić stojące na pasie myśliwce. Większość z nich już płonęła. Piloci próbowali oddzielić zniszczone maszyny od tych które były jeszcze nienaruszone. "Gabby" wraz z kilkoma innymi pilotami zdołał wystartować w P-36, jednak było już za późno. Japończycy tak szybko jak się pojawili tak też zniknęli, pozostawiając po sobie prawdziwe inferno. Zginęło 2.403 żołnierzy i cywilów. Amerykańskim lotnikom udało się zestrzelić jedynie dwa japońskie bombowce torpedowe Nakajima B5N, ale Franciszek nie miał w tym udziału.
Następnego dnia USA przystąpiły do wojny a Gabryszewski myślał, że teraz będzie wreszcie mógł choć pośrednio zrewanżować się za kraj swoich rodziców. Oświadczył się Katherine i czekał na zadania bojowe. Amerykanie jednak najpierw musieli odrobić straty jakie zadali im Japończycy, więc młody pilot nadal odbywał loty szkoleniowe i patrolowe. 1 marca 1942 roku został awansowany na porucznika. Stawał się jednak coraz bardziej niecierpliwy, tym bardziej, że słyszał o wyczynach polskich pilotów RAFu, polskie dywizjony wykazały się niezwykłą skutecznością w trakcie Bitwy o Anglię. Historyk James Holland sugeruje, że chciał znaleźć się w Europie by walczyć za Polskę jak rodacy jego rodziców w brytyjskim lotnictwie:
"Wydaje się, że najwięcej dzieje się nad Europą. Gabby chciał się tam znaleźć z powodu swoich polskich korzeni." 
Utożsamiał się z polskimi pilotami i marzył by latać razem z lotnikami z dywizjonu 303. To w końcu zrodziło w nim pewien pomysł. Nie zastanawiając się poszedł do dowódcy dywizjonu aby poprosić o przeniesienie do Anglii, do 8 Armii Powietrznej. Argumentował swoją inicjatywę faktem, że posiada polskie korzenie, mówi płynnie w tym języku, oraz może się przydać gdyby Ameryka zdecydowała się wkroczyć na europejski teatr działań wojennych. O dziwo otrzymał zgodę swoich przełożonych i we wrześniu 1942 roku jako świeżo awansowany kapitan udał się do Wielkiej Brytanii, gdzie przybył na początku października. Zgłosił się niezwłocznie do dowództwa 8 Amii Powietrznej, tam jednak okazało się, że nie ma dla niego żadnych rozkazów. Anglicy nie zawracali sobie głowy amerykańskim żołnierzem, który nie wiadomo po co przybył na front, którym jego kraj prawie się nie interesował.
Starał się o przyjęcie go do polskiego Dywizjonu 303, o którym tyle słyszał i marzył. Niestety, po zaciętych walkach nad angielskim niebem dywizjon został wycofany z działań by piloci mogli wypocząć i nabrać sił. Gabreski nudził się okropnie i w pewnym sensie tej nudzie zawdzięcza swoją dalszą karierę.
Pewnego wieczoru nie mogąc bezczynnie wysiedzieć w swojej kwaterze, postanowił wyjść na piwko. Swoje kroki skierował do londyńskiego klubu Embassy, gdzie często przesiadywali piloci. Samotnie z kuflem w dłoni chodził z kąta w kąt rozmyślając nad swoimi możliwościami. Kiedy nagle, szczęście niespodziewanie uśmiechnęło się do niego. W końcu sali usłyszał rozmowę prowadzoną po polsku. Nie zastanawiając się długo podszedł do grupki pilotów w niebieskich mundurach RAFu z naszywką "POLAND" na rękawie. Od razu się przedstawił i przyłączył do rozmowy. Okazało się, że byli to piloci z Dęblińskiego 315 Dywizjonu, dyskutujący o swoich przygodach w trakcie walk z Niemcami. Gabryszewski opowiedział im swoją historię i zawód jaki go spotkał po przybyciu do Europy. Wtedy Polacy spytali, czy nie miałby ochoty "polatać" z nimi. Franciszek niemalże "zwalony z nóg" zdołał jedynie odrzec, że było by świetnie. Dzięki staraniom Polaków, już w listopadzie załatwiono wszelkie formalności i kapitan Francis "Gabby" Gabreski stał się pełnoprawnym pilotem Dywizjonu 315.
Franciszek, tak naprawdę nigdy jeszcze nie brał udziału w locie bojowym a teraz miał zmierzyć się z doświadczonymi pilotami Luftwaffe w świetnych myśliwcach Focke-Wulf Fw 190. Jego nowi polscy koledzy nie przejmowali się tym zbytnio. Na początku Amerykanin musiał nauczyć się latać na nowoczesnych samolotach Spitfire Mk.IX. Był to bardzo szybki i zwrotny myśliwiec a przesiadka na niego z przestarzałych amerykańskich Curtissów była jak ze zdezelowanego auta do samochodu sportowego. Gabryszewskim zainteresował się zdolny pilot trzysta-piętnastki Tadeusz Andersz, późniejszy jej dowódca i postanowił wziąć go pod swoja opiekę. Pierwszą i właściwie najważniejszą lekcją dla "Gabbyego" było to, że musiał zapomnieć wszystkiego czego nauczył się do tej pory o lataniu. Jeśli chciał walczyć z Polakami musiał to robić tak jak oni. A "orły z nad Wisły" wypracowały swój własny kunszt podniebnych batalii i właśnie może dlatego Polacy byli tak skuteczni. Gabreski uczył się, że do wroga strzela się z odległości 700 - 600 m, jednak jego nowi przyjaciele otwierali ogień dopiero od 300 m a niekiedy zdarzało się nawet, że było to 50 m. Polacy uczyli go jak zachowywać się w szyku i osłaniać nawzajem.
John C. McManus, historyk opisał początki Franciszka w 315 Dywizjonie:
"Gabby uczy się jak być myśliwcem, jak latać i jak się skupić na głównym zadaniu. Strącaniu maszyn wroga."

"Gabby" w kokpicie samolotu Spitfire Mk.IX. w 315 dywizjonie "Dęblin" Na maszynie widoczne godło "Dębliniaków" - walczący czarny kogut.

Na początku stycznia 1943 roku Gabryszewski wreszcie brał udział w lotach bojowych. Był jednak załamany, ponieważ w trakcie patrolowania kanału La Manche nie napotkał Niemców. Pierwszy kontakt z wrogiem udało mu się uzyskać 3 lutego 1943 roku. 315 Dywizjon eskortował bombowce wykonujące nalot nad Francją. Gabryszewski leciał jako skrzydłowy Andersza, na wysokości 6.000 m, gdy nagle usłyszał w słuchawkach głos jednego z kompanów:
- "Niemcy! Niemcy!".           
Eskadra Focke-Wulf 190 zaskoczyła Polaków wykorzystując słońce. Andersz natychmiast zanurkował przez skrzydło wykonując ciasny zwrot. Franciszek całą swoją uwagę skupił by nadążyć za swoim prowadzącym. Polski dywizjon szybko jednak przejął inicjatywę i teraz Spitfire były w ofensywie. W pewnym momencie Gabryszewski usłyszał w słuchawkach głos Andersza:
- "Gabby, strzelaj! Strzelaj!"
Ten jednak nie widział celu. Wytężał wzrok, kiedy jego prowadzący ciągle powtarzał by ten otworzył ogień. W końcu na niebie dostrzegł kilkanaście punkcików i zaczął do nich strzelać. Nic się jednak nie stało, samoloty były zbyt daleko, zupełnie poza zasięgiem ognia.
Po powrocie do bazy, wieczorem piloci oglądali zdjęcia z fotokarabinów umieszczonych w skrzydłach samolotów. Dywizjon 315 uzyskał tego dnia 3 potwierdzone zestrzelenia przy braku strat własnych. Kiedy Gabryszewski wraz z innymi zobaczył swój film nie mógł uwierzyć w to co widzi. Jeden z niemieckich Focke-Wulfów przez kilkanaście dobrych sekund znajdował się przed samym nosem samolotu "Gabbyego". On jednak go nie widział a kiedy Andersz kazał strzelać, szukał celów gdzieś na horyzoncie.                             
James Holland trafnie ocenił sytuację w jakiej znalazł się młody pilot:
"Podczas tej pierwszej akcji spanikował. Wiedział co powinien zrobić, ale nagle znalazł się w ogniu walki. Zobaczył prawdziwe maszyny wroga ze swastykami, pociski leciały w jego stronę, był oszołomiony. [...] Zatkało go bo okazało się, że miał 190kę przed samym nosem. Przeciwnik tylko czekał żeby go zestrzelić. Właśnie wtedy Andersz kazał mu otworzyć ogień, ale Gabby nie widział wroga."
Francis Gabreski wykonał 20 lotów bojowych wraz z Dywizjonem 315. Nie udało mu się zestrzelić żadnej wrogiej maszyny, jednak nabył niezbędnego doświadczenia. Po tym krótkim epizodzie między pilotami, których podziwiał odkąd usłyszał o "tych cholernych Polakach", latał zupełnie inaczej niż kiedy przybył do Anglii. Zawsze powtarzał że polscy piloci byli najlepszymi myśliwcami i że to dzięki nim stał się tak dobrym pilotem. Ekstrawagancja i odmienny styl pilotażu oraz walki Polaków okazał się idealny dla Gabryszewskiego. Nagle zaczął rozumieć na czym polega latanie i czuł się w powietrzu swobodnie. Zaledwie 4 miesiące wśród rodaków zrobiły z niego lepszego myśliwca niż szkolenia i praktyki w amerykańskim lotnictwie. Być może to właśnie "orły z nad Wisły" obudziły w nim to co tkwiło uśpione w jego genach - ułańską fantazję.  

27 lutego 1943 roku Amerykanie upomnieli się o swojego pilota. Gabryszewski został przeniesiony do 56 Grupy Myśliwskiej z Kings Cliffe w Anglii. Został przydzielony do 61 Dywizjonu Myśliwskiego, jako dowódca eskadry. Nie został tam jednak zbyt ciepło przyjęty. Jego amerykańscy rodacy traktowali z rezerwą pilota, który nagle pojawił się znikąd i do tego zachowywał się jak gdyby chciał ich pouczać. Jeden z pilotów 56 Grupy Myśliwskiej Less Smith wspomina:
"Był zadziorny. Wydawało mu się, że trafił do dywizjonu w którym może być nauczycielem. Był zarozumiały, sporo latał i był już kapitanem. Był bardzo pewny siebie."
W moich oczach Franciszek nie zamierzał stawiać się ponad swoich kolegów, był raczej przekonany, że to Polacy i ich styl walki powietrznej zrobiły z niego prawdziwego myśliwca. Myślę, że chciał jedynie przekazać tę wiedzę dalej i zrobić ze swoich towarzyszy jeszcze lepszych pilotów. Sam jednak musiał najpierw przesiąść się ze Spitfire na amerykańskiego P-47 Thunderbolta. Była to dosyć drastyczna zmiana, z finezyjnego i zwrotnego samolotu do masywnej, nieco topornej i o potwornej mocy maszyny. Piloci mający okazję latać na Thunderboltach, często żartowali, że to tak jak gdyby latało się czołgiem lub lokomotywą. Szybko okazało się, że "Gabby" doskonale radzi sobie z P-47, miał to być jego ulubiony samolot.
W kwietniu 1943 roku, 61 Dywizjon został przeniesiony do bazy RAF Horsham St Faith w Norfolk i rozpoczął zadania bojowe. Polegały one na eskortowaniu bombowców. Tego samego miesiąca, za loty bojowe, Gabryszewski został odznaczony Medalem Lotniczym. Miała wtedy miejsce jeszcze jedna sytuacja, o której nie wspomina się powszechnie. Mianowicie, rząd polski na uchodźstwie odznaczył go Krzyżem Walecznych, medal otrzymał z rąk generała Władysława Sikorskiego.

Zastępca dowódcy Polskich sił Powietrznych, generał Stanisław Ujejski w rozmowie z Franciszkiem Gabryszewskim, po udekorowaniu go Krzyżem Walecznych.

W maju podczas jednej z pierwszych misji, Gabreski prowadził trójkę myśliwców nad Holandią. Gdy nagle pojawiła się niemiecka grupa myśliwców Bf 109, Franciszek postanowił zaatakować. Tym razem zachował zimną krew i wykorzystał umiejętności nabyte w 315 Dywizjonie. Ustawił się tak by mieć słońce za plecami i przewagę wysokości. Kiedy doszło wreszcie do walki, "Gabby" zanurkował i puścił serię w stronę Niemca. Co prawda nie udało się go zestrzelić, ale Messerschmitt został poważnie uszkodzony i wraz z pozostałymi opuścił pole walki. Przełożeni stwierdzili, że udało mu się stosunkowo wcześnie uszkodzić wrogą maszynę, biorąc pod uwagę, iż dywizjon dopiero od miesiąca brał czynny udział w walkach. Zaowocowało to awansem na majora i powierzeniem mu 9 czerwca 1943 roku dowództwa nad 61 Dywizjonem. Pełnił również funkcję zastępcy dowódcy całej 56 Grupy Myśliwskiej. Cała ta sytuacja dolewała oliwy do ognia, który płonął między nim a pozostałymi pilotami. Tym awansem "przeskoczył" dwóch bardziej doświadczonych pilotów, więc negatywne emocje w stosunku do jego osoby przybrały na sile. 26 czerwca owi "starsi" piloci zostali strąceni w walce i ponieśli śmierć, pośrednio więc jego ludzie obwiniali za to Gabryszewskiego. 
24 sierpnia 1943 roku, dywizjon Gabreskiego eskortował bombowce nad Francją w rejonie Dreux. Franciszek zauważył w znacznej odległości poniżej swojego samolotu, 7 Focke Wulfów Fw 190. Po krótkiej ocenie sytuacji, zdecydował się na atak. Z przewagą wysokości i słońcem za plecami opadł na niemieckie maszyny. Jego reakcja była tak gwałtowna i szybka, że skrzydłowi nie nadążyli za nim. Z resztą często skarżyli się, że jest bardzo narwany a wręcz pochopny, tak że niejednokrotnie nie mają szans na włączenie się do działań na czas. Gabryszewski robi coś co jego pilotom wydaje się dziwne. Nurkuje w stronę wrogiej maszyny ale nie strzela. Kiedy oni już dawno otwierają ogień on dopiero z bardzo bliska puszcza serię w stronę Fw 190. Osiem działek 12,7 mm pluje pociskami w niemiecki samolot. Płonąca maszyna od razu przewróciła się na grzbiet i spiralą zanurkowała w stronę ziemi. "Gabby" odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. Było to dla niego bardzo ważne, ponieważ był to niejako punkt zwrotny w jego karierze. Dzięki temu zestrzeleniu zyskał pewność siebie przełamując swoje ostatnie bariery. Jego piloci zaczęli nagle traktować go w przychylny sposób. Mogli się przekonać, że taktyki które starał się im tłumaczyć są naprawdę skuteczne. Thunderbolt posiadał 8 działek 12,7 mm wystrzeliwujące po 600 pocisków na minutę każde, była to niesamowita siła ognia. Jednak gdy pilot naciskał spust energia którą wyzwalała broń pokładowa trzęsła całą maszyną. Obraz zacierał się a celownik skakał po całym horyzoncie. Im bardziej więc udało się zbliżyć do wroga tym bardziej zabójcze stawały P-47. Już wkrótce miało się okazać, że 61 dywizjon stał się jednym ze skuteczniejszych amerykańskich dywizjonów walczących nad Europą i śmiało można wysunąć tezę, że jedną z przyczyn była technika, którą swoim ludziom wpajał Franciszek Gabryszewski.               
Po latach Gabryszewski opisał swoje odczucia dotyczące pierwszego zestrzelenia:
"Tego wieczoru, zanim poszedłem spać, rozmyślałem nad tym co się tego dnia wydarzyło. Zabiłem człowieka, byłem tego pewien. Teraz nie czuję wyrzutów sumienia. To nie tak, że chciałem zabijać ludzi, Niemców czy kogokolwiek innego. Ale była wojna i przez trzy lata przygotowywałem się mentalnie i fizycznie do tego dnia, kiedy będę musiał strącić wrogi samolot. Tak w kabinie Fw 190, który zniszczyłem, był człowiek, ale nigdy go nie widziałem, nie słyszałem, nie wiedziałem jak ma na imię, nie wiedziałem jak wyglądał."

Franciszek Gabryszewski w kokpicie Thunderbolta. 27 kwiecień 1943 rok.

Kolejne dwa Fw 190 zostały zestrzelone 3 września i 11 listopada 1943 roku. Do tego czasu w 56 Grupie Myśliwskiej wyróżniało się trzech pilotów. Robert S. Johnson, Jerry Johnson i dowódca grupy Hubert Zemke, wszyscy mieli po 5 potwierdzonych zwycięstw i zaliczano ich do asów. "Gabby" chciał im dorównać i również dołączyć do nieoficjalnego "klubu asów myśliwskich". Okazja nie kazała na siebie długo czekać. 26 listopada 56 Grupa Myśliwska otrzymała zadanie osłony wracających z bombardowania Bremen bombowców B-17 "Latająca Forteca". Gabryszewski koniecznie chce wziąć udział w akcji. Dowodzone przez niego myśliwce, spotkały się z bombowcami w okolicach Oldenburga. Na miejscu okazało się, że B-17 są zaciekle atakowane przez niemieckie Messerschmitty, P-47 włączyły się od razu do walki. Franciszek "usadowił" się za jednym z Bf 110 i otworzył ogień. Niemiecka maszyna po miażdżącej salwie, niespodziewanie eksplodowała. Części samolotu poszybowały w różnych kierunkach. Jeden z większych fragmentów uderzył w maszynę Gabreskiego, trafiając ją w prawe skrzydło. Na szczęście masywny Thunderbolt wytrzymał kolizję a Gabryszewski, który właśnie odniósł swoje 4 zwycięstwo nie zamierzał rezygnować z walki. Poderwał samolot i po nabraniu wysokości ponownie opadł na niemieckie Messerschmitty, odnotowując 5 zestrzelenie. Tego dnia 56 grupa zapisała na swoim koncie 23 zestrzelenia a Francis Gabreski dołączył do amerykańskich asów myśliwskich, walczących nad Europą. Odznaczono go również Krzyżem za Wybitną Służbę.

11 grudnia 1943 roku zapadł Gabryszewskiemu, który miał już na koncie 7 zestrzeleń, szczególnie w pamięci. Misja znów polegała na pilnowaniu bombowców, lecących tym razem nad Emden. 61 Dywizjon był częścią eskorty liczącej 200 myśliwców. Po starcie z Wysp Brytyjskich, samoloty nieustannie wznosiły się aż do pułapu 6.700 metrów gdzie spotkały bombowce. Nad celem rozpętało się piekło. Niemieckie Messerschmitty Bf 109 i dwusilnikowe Bf 110, które były wyposażone w rakiety do zwalczania bombowców, zaatakowały Amerykanów. Kiedy Thunderbolty rzuciły się na niemieckich napastników, dwie 110 zderzyły się ze sobą wywołując sporą eksplozję. Części trafiały zarówno w hitlerowskie myśliwce jak i amerykańskie bombowce, te mimo wszystko starały trzymać szyk. Franciszek skupił się na 3 Messerschmittach Bf 110, razem z dwoma innymi P-47 zaatakował uciekającą trójkę. Zajął dogodną pozycję i lotem nurkowym zbliżył się do Niemca. Krótka seria wystarczyła by ten rozpoczął swoją ostatnią podróż w stronę ziemi. Jego towarzysze zajęli się pozostałą dwójką, która szybko uciekała. Gabryszewski patrzył jak jego ofiara spada w dół, gdy tamten w końcu rozbił się o ziemię zdał sobie sprawę, że nie widzi amerykańskich samolotów. W pewnym momencie o mało nie popełnił śmiertelnego błędu, przez pomyłkę wziął grupę Focke Wulfów Fw 190 za maszyny swojego dywizjonu. Dostrzegł jednak w porę swój błąd i odskoczył od nieprzyjaciela. Wtedy najprawdopodobniej (nie wszystkie źródła podają tę informację) dostał się pod ostrzał artylerii przeciwlotniczej a jeden z 20 mm pocisków FlaK 38 trafił silnik jego maszyny. Miał jednak na tyle dużo szczęścia, że nie doszło do eksplozji. Została jednak zniszczona turbosprężarka i doszło do wycieku paliwa, którego mogło nie starczyć na powrót do Anglii. Do tego na "trzeciej" pojawił się samotny Messerschmitt Bf 109. Z "krztuszącym" się silnikiem i brakiem paliwa nie mogło być mowy o jakiejkolwiek walce. Niemiec zajął pozycję za Thunderboltem i otworzył ogień, Gabryszewski dwukrotnie zdołał ostrym manewrem ujść spod jego kul. Trzecia seria była celna i zabębniła w poszycie P-47, pociski podziurawiły kabinę uszkadzając pedał sterownicy nożnej a jeden z nich utkwiła w bucie Franciszka. Można znaleźć twierdzenia, że dopiero wtedy doszło do uszkodzenia silnika i sprężarki, natomiast Gabreski nie podejmował walki, ponieważ przez nieuwagę wcześniej zużył zbyt dużo paliwa i za wszelką cenę chciał dolecieć nad Anglię.
Tak czy tak, w niesprawnym samolocie i z niemiecką kulą w obcasie buta, która o centymetry ominęła jego stopę, "Gabby" postanowił oszukać Niemca. Wyłączył nierówno pracujący silnik i pozwolił maszynie spadać, sam jednak nie zamierzał z niej wyskakiwać. Pilot Luftwaffe najwidoczniej przez kilka sekund wahał się, jednak ostatecznie postanowił dobić swojego przeciwnika i zanurkował za Amerykaninem. Na szczęście Franciszek pikując schował się w niżej płynących chmurach i uruchomił silnik Thunderbolta. Pod osłoną gęstych Cumulusów uciekł swojemu oprawcy. Na niższym pułapie nie potrzebował turbosprężarki a silnik pracował znacznie spokojniej. "Gabby" zmienił proporcje mieszanki paliwa tak by starczyło go na dłużej i modląc się odleciał na zachód.           
Gabryszewski wysiada z kokpitu "Thunderbolta" 25 stycznia 1944 roku, zaraz po swoim 11 zestrzeleniu.

Na początku 1944 roku, Amerykanie zmienili swoją taktykę. W ramach przygotowań do ofensywy we Francji, starali się zdobyć absolutną przewagę w powietrzu i zniszczyć jak najwięcej niemieckich samolotów. Dywizjony myśliwskie nie były już wykorzystywane jedynie do eskortowania bombowców, teraz wylatywały również w stronę Francji i Niemiec na łowy. To sprzyjało oczywiście gromadzeniu zestrzeleń i wzmagało rywalizację między pilotami, którą dodatkowo podsycały media. Gabryszewski, który w międzyczasie zrezygnował z dowództwa 61 Dywizjonu, latał teraz z 56 Grupą Myśliwską Kwatery Głównej. Do końca stycznia "Gabby" dopisał do swojej listy kolejne 3 zestrzelenia, Me 110, Me 109 i Me 410. W lutym dowództwo zintensyfikowało loty bojowe myśliwców i naloty na niemieckie zakłady lotnicze, nadając operacji kryptonim "Big Week". W ciągu 6 dniowej operacji samoloty amerykańskie wykonały 3.800 lotów, atakując zakłady w Bernburgu, Brunszwiku, Gotha, Regensburgu, Stuttgarcie, Schweinfurcie, Rostocku i Halberstadt. Franciszek strącił kolejne 3 niemieckie maszyny osiągając wynik 14 potwierdzonych zwycięstw. Wówczas to Gabryszewskiemu przyszła do głowy pewna myśl. Amerykanie mieli system kolejkowy co oznaczało, że jeżeli pilot osiągnął odpowiednią ilość godzin lotów bojowych, w VIII armii było ich 300, powinien odejść na dłuższy czas z czynnej służby. Tak więc w 1944 roku w szeregach US Air Force zaczynały tworzyć się wakaty dla doświadczonych pilotów. "Gabby" przypomniał sobie o swoich polskich kolegach z czasów gdy latał razem z Dęblińskim 315 Dywizjonem. Postanowił więc ściągać Polaków do 56 Grupy, by teraz oni mogli "polatać" z nim. Przede wszystkim skupił się na pilotach, którzy zostali "uziemieni" na skutek przepychanek politycznych lub innych niesnasek. Już w lutym 1944 roku latało z nim dwóch Polaków. Jednym z nich był, odsunięty od czynnej służby za omyłkowy atak na samolot, którym podróżował premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, Bolesław Gładych. Dzięki Gabreskiemu swoje miejsce u Amerykanów znalazło jeszcze wielu innych polskich wybitnych pilotów, takich jak na przykład: Tadeusz Andersz, Witold Łanowski, Kazimierz Rutkowski, Zbigniew Janicki, Tadeusz Sawicz, czy skonfliktowany z polskim dowództwem i "uziemiony" Witold Łanowski. Przy 56 Grupie Bojowej utworzono nieoficjalne "Polskie Skrzydło" składające się z 5 eskadr.

Polscy piloci, ściągnięci przez Gabryszewskiego do VIII Armii Powietrznej. Od lewej: Bolesław Gładych, Tadeusz Sawicz, Franciszek Gabryszewski, Kazimierz Rutkowski, Tadeusz Andersz i Witold Lanowski.

Do 27 marca Francis Gabreski miał na kocinie 18 zestrzeleń w 12 lotach bojowych, co dawało mu 3 miejsce wśród asów myśliwskich VIII Armii Powietrznej. W maju 1944 roku do domu został odesłany czołowy amerykański pilot, Robert S. Johnson z 27 zestrzelonymi niemieckimi maszynami. Franciszkowi, który w kwietniu otrzymał awans na podpułkownika, pod koniec maja brakowało do jego wyniku 7 zwycięstw. Jego kolejka jeszcze się nie kończyła więc nie zamierzał rezygnować z dalszej rywalizacji. Od maja znów objął dowództwo 61 Dywizjonu i starał się wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję by strącić kolejny samolot. 22 maja podczas jednego lotu udało mu się zestrzelić 3 niemieckie Focke Wulf Fw 190.
Dzień po tym gdy alianci wylądowali na normandzkich plażach, Gabreski szukał na niebie kolejnych ofiar. W czerwcu dopisał do swojej listy kolejnych 5 zwycięstw. Był bardzo agresywny i zawzięty, często strzelał dopiero z najbliższej odległości. Pewnego razu po powrocie do bazy, jego Thunderbolt był cały poobijany przez szczątki niemieckiej maszyny. Po bliższych oględzinach "Gabby" znalazł powciskane w swój samolot fragmenty munduru pilota Luftwaffe. 27 czerwca 1944 roku zrównał się z Robertem Johnsonem, zestrzeliwując 27 maszynę. Jego kolejka dobiegała powoli końca a wyczerpani Niemcy stawiali coraz słabszy opór. Alianci panowali już niemal zupełnie na niebie i coraz trudniej było o kolejne strącenie.

Franciszek Gabryszewski w swoim P-47 Thunderbolt. Pod kabiną widoczne 27 znaków, jeden za każde zestrzelenie. Lato 1944 rok

5 lipca Gabryszewski wraz z dowodzoną przez siebie eskadrą eskortował grupę bombowców lecącą nad Évreux we Francji. Kiedy B-17 zajęły się zrzucaniem bomb, on zwiększył pułap i obserwował okolicę. W pewnym momencie zauważał pod sobą 3 Messerschmitty Me 109. Nie czekając na swoich skrzydłowych zanurkował w kierunku wroga, jednak źle obliczył odległość i minął się ze swoim celem. Teraz to on miał na ogonie trzech Niemców, na szczęście zaskoczeni przeciwnicy spóźnili się z reakcją i zostali nieco z tyłu. Franciszek zauważył, że dwóch z nich schodzi niżej a trzeci nabiera wysokości. Postanowił więc przyczepić się do tego ostatniego i wymanewrować go. Niemiec popełnił poważny błąd, próbując lotem nurkowym zwiększyć swoją przewagę nad Thunderboltem. Amerykański P-47 był ciężkim samolotem, więc grawitacja przy pikowaniu działała na jego korzyść. "Gabby" bez większego problemu dopadł swojego oponenta i puścił serię w jego stronę. Skrzydła i silnik stanęły w płomieniach, niemiecki pilot zdołał się uratować wyskakując z maszyny, która roztrzaskała się o ziemię. Było to 28 i zarazem ostatnie zestrzelenie Franciszka Gabryszewskiego w tej wojnie. Został najlepszym amerykańskim asem walczącym nad Europą a jego rekordu nie udało się już nikomu pobić. Tego dnia jego dywizjon zaliczył 5 zestrzeleń i tym samym stał się najskuteczniejszym amerykańskim dywizjonem w Europie o łącznej sumie 248 strąconych maszyn i 67 zniszczonych na ziemi. Tak więc człowiek, nieposiadający talentu do latania stał się jednym z najlepszych myśliwców II Wojny Światowej. Dzięki jego technice walki, którą przyswoił sobie od Polaków, dowodzony przez niego dywizjon uzyskał tytuł najlepszego w VIII Armii Powietrznej.
Wspominając tamte chwile, Gabryszewski mówił:
"Nie miałem zbyt wiele czasu do tego co robiłem w Anglii. Czyli do latania samolotem. Czułem że mam obowiązek, jak inni na wojnie. Nagle zostałem wyrwany z tego środowiska i postawiony na piedestale. Czułem się z tym niezgrabnie, nigdy nie pasowałem do tej roli [bohatera]." 

Francis "Gabby" Gabreski i jego samolot P-47 Thunderbolt w ciekawej perspektywie. 7 luty 1944 rok.

Gabryszewski stał się żywą legendą, a jego służba dobiegła końca. W rodzinnym Oil City przygotowywano się na powrót ich bohatera. Miała być parada, przemówienia, oklaski i kwiaty. Franciszek powiadomił swoją narzeczoną Katherine, że zamierza dotrzymać obietnicy, którą złożył w dniu zaręczyn i wyznaczył datę ślubu. Mieszkańcy miasteczka przekazali w podziękowaniu za zasługi, 2.000 dolarów na ten cel. Wszystko było dopięte na ostatni guzik a on był już spakowany. 20 lipca 1944 roku, w dniu w którym miał wejść na pokład samolotu lecącego do stanów, "Gabby" spacerując po raz ostatni po bazie i niejako żegnając się z nią, dostrzegł wolne miejsce w grafiku. Brakowało jednej maszyny do eskortowania misji bombowej nad Rüsselheim koło Mainz (Moguncji). Gabryszewski nie potrafił się oprzeć pokusie. Samolot do domu miał wylecieć wieczorem, było więc wystarczająco dużo czasu by polecieć ten ostatni raz i wrócić na czas do bazy. Poprosił o pozwolenie na wzięcie udziału w misji i otrzymał je. Pytając o nie miał powiedzieć:
"...aby zakończyć moją kolejkę z hukiem."
Zadanie było jednak banalne, żadna niemiecka maszyna nie pojawiła się na niebie. Gabreski był nieco zawiedziony, skrycie liczył na ostatnią walkę powietrzną. Wracając w stronę Anglii, nad Bassenheim zauważył lotnisko. Na jego pasie obok hangaru stały równiutko zaparkowane 3 bombowce Heinkel He 111. Nie zastanawiając się oraz ulegając impulsowi, wyłamał się z szyku i zanurkował w stronę niemieckich samolotów. Przelatując nad lotniskiem ostrzelał je ze swoich działek 12,7 mm, nie do końca zadowolony z efektu postanowił powtórzyć akcję. Było to pogwałceniem wszelkich zasad, nie atakowało się samotnie dwa razy tego samego lotniska. Zaskoczona przy pierwszym razie obrona przeciwlotnicza, miała czas się przygotować i dokładniej celować. Gabryszewski jednak, niczym "Czerwony Baron" Manfred von Richthofen, widział jedynie cel, który chciał za wszelką cenę osiągnąć. Nabrał ponownie wysokości i wykonując zwrot zaczął pikować w dół. Z lotu nurkowego wyszedł niecałe 3 m nad ziemią, chciał w ten sposób utrudnić zadanie artylerii przeciwlotniczej. Gdy zaczął strzelać do ostatniego ocalałego samolotu, jego kule szły ponad zaparkowaną maszyną. By to skorygować "Gabby" delikatnie popchnął drążek, "dziób" P-47 poszedł nieco w dół a pociski zaczęły trafiać w cel. Nagle poczuł szepnięcie a Thunderbolt zaczął cały wibrować. Samolotem trzęsło i wydawało się, że za chwilę maszyna rozpadnie się na kawałki a silnik wyskoczy z kadłuba. Olej zachlapał szybę owiewki zasłaniając widok.
Lecący wtedy z Gabreskim Billy Edens wspomina:
"Działa przeciwlotnicze strzelały do niego z obu stron. Schodził coraz niżej, żeby artyleria nie mogła w niego trafić.[...] Zbliżałem się do niego, byłem na wysokości ponad 300 m. Nagle w dole zobaczyłem chmurę kurzu. Jego samolot zatrzymał się dopiero 3 km dalej, tak długo ślizgał się po ziemi."
Gabryszewski opuszczając przód samolotu, by skorygować trajektorię lotu swoich pocisków, znalazł się zbyt nisko i minimalnie zahaczył śmigłem o ziemię. To wystarczyło by łopaty się wygięły, maszyna straciła moc a śmigła pracowały niespokojnie szarpiąc całym samolotem. Franciszek musiał awaryjnie lądować, tuż obok lotniska, które przed chwilą ostrzelał. Gdy Thunderbolt w końcu zastygł w bezruchu, "Gabby" wyskoczył z kabiny i zaczął uciekać. Ukrywał się w lasach, ale znajdował się na terytorium Niemiec więc nie mógł liczyć na przychylność ludności cywilnej. Po pięciu dniach w końcu go schwytano i umieszczono w Stalag Luft I, obozie jenieckim dla pilotów znajdujących się w Barth nad Bałtykiem, w północno wschodnich Niemczech. Okazało się, że przebywają tam jego koledzy, Gerald W. Johson i wcześniejszy dowódca 56 Grupy Myśliwskiej, Hubert Zemke.

Niemcy oglądają samolot P-47 Franciszka Gabryszewskiego, po awaryjnym lądowaniu przy wojskowym lotnisku nieopodal Bassenheim. Lipiec 1944 rok.

Na pierwszym przesłuchaniu, niemiecki śledczy Hans Scharff przywitał go słowami:
"Hello Gabby... Czekaliśmy na ciebie od dłuższego czasu".        
Głównym wspomnieniem, jakie Franciszek zachował z obozu, był głód. Pod koniec 1944 roku sytuacja III Rzeszy była katastrofalna i do Stalagu przestały docierać dostawy z Czerwonego Krzyża. Franciszek przebywał w niewoli aż do kwietnia 1945 roku, kiedy obóz został wyzwolony przez żołnierzy Armii Czerwonej. Otworzyli oni bramę i kazali opuścić placówkę. Zemke jednak przekonał byłych jeńców by pozostali i zaczekali na aliancki samolot, który zabrał ich do Anglii.

Gabryszewski wrócił w końcu do Oil City jako bohater i as asów, wziął ślub z "Kay" a po 90 dniach urlopu otrzymał stanowisko szefa Sekcji Testów Myśliwskich w Wright Field.
W trakcie służby nad Europą wziął udział w 166 misjach bojowych w których oficjalnie zniszczył 28 samolotów w powietrzu i 3 na ziemi. W 56 Grupie Myśliwskiej latał na 5 samolotach P-47 Thunderbolt, żadnemu nie nadał nazwy ani nie ozdobił go żadnym logiem. Jedynym oznaczeniem które znajdowało się na kadłubie każdej maszyny był kod identyfikacyjny "HV:A", no i oczywiście symbole za każdy strącony samolot.
W kwietniu 1946 odszedł z armii i zatrudnił się w firmie Douglas Aircraft, dla której sprzedawał samoloty DC-6.

Franciszek i Katherine "Kay" w dniu ślubu.

Na tym można by zakończyć historię, amerykańskiego asa II Wojny światowej, którego latać nauczyli Polacy. Ale, że Franciszek Gabryszewski przez całe swoje życie był postacią pełną zwrotów akcji i interesujących zrządzeń losu, było by to zakończenie niegodne jego osoby.
Na początku 1947 roku rodzina "Gabbyego" miała rozrosnąć się do 4 osób a praca dla koncernu lotniczego wymagała ciągłego podróżowania po świecie. Franciszek zrezygnował w kwietniu z posady by móc spędzać więcej czasu z żoną i dziećmi. Zdecydował się na powrót do czynnej służby. Jako podpułkownik lotnictwa został dowódcą 55 dywizjonu myśliwskiego 20 Grupy w Południowej Karolinie, latającego na samolotach North American P-51 Mustang. Gabreski znów był w swoim żywiole i z uśmiechem wspominał swój powrót do latania:
"Cudownie było wrócić znowu do kokpitu. Cudownie było też dowodzić dywizjonem w czasach pokoju. P-51 był pięknym samolotem o dużym zasięgu. Latanie nim było czystą przyjemnością."
Podjął studia politologiczne na uniwersytecie Columbia i ukończył je w 1949 roku, studiował również rosyjski. Następnie trafił do 56 Grupy Myśliwskiej, gdzie po raz pierwszy miał okazję latać na odrzutowcach Lockheed P-80 Shooting Star i North American F-86 Sabre. 11 marca 1951 roku Francis Gabreski otrzymał awans na pułkownika.
Wtedy wybuchł konflikt w Korei i Gabryszewski został przeniesiony do 4 Grupy Operacyjnej stacjonującej w porcie lotniczym Gimpo w Seulu. Tak "Gabby" miał wziąć udział w kolejnej wojnie. Został zastępcą dowódcy skrzydła i mógł sobie sam wybierać dywizjon z którym chce polecieć. 17 czerwca 1951 Franciszek wystartował na swoją pierwszą misję w trakcie wony w Korei, na swoją pierwszą misję bojową w samolocie odrzutowym. Był pełen obaw:     
"Przeczesywałem ciemnoniebieskie niebo w poszukiwaniu wrogich myśliwców i zastanawiałem się czy nadal mam w sobie to coś by walczyć. Miałem 32 lata a mój wzrok mógł już nie być tak ostry jak nad Europą. Czy mój refleks osłabł? Czy nadal miałem ten ogień w tyłku, który pozwalał mi najpierw znaleźć się na ich ogonie zanim zacznę strzelać? Czas pokaże."  

Gabryszewski w kokpicie F-86 Sabre w trakcie konfliktu w Korei.

Pierwsze na co zwrócił uwagę, to to że Mig-15 miał przewagę nad amerykańskimi F-86. Ich bazy znajdowały się znacznie bliżej a same samoloty były lżejsze, mogły więc dłużej pozostawać w powietrzu. Do tego F-86 przy nabieraniu wysokości traciły na stabilności lotu. Patrole odbywały się wzdłuż rzeki Yalu Yang na chińskiej granicy, Amerykanie nie mogli wlatywać w przestrzeń Chińską co sprytnie wykorzystywali piloci przeciwnika, głównie Rosjanie. Po wojnie okazało się, że bardzo wielu pilotów i wszyscy "piloci instruktorzy" byli Rosjanami. Gabreski był również sfrustrowany, że nie mógł atakować Migów na lotniskach.
8 lipca 1951 roku "Gabby" na czele czterech F-86 Sabre wyruszył na patrol wzdłuż "alei Migów", jak nazywano rejon w którym dochodziło do walk powietrznych. W trakcie lotu eskadra natknęła się na kilka Migów toczących bój z F-80s. Samoloty kotłowały się na około 3.000 m. Franciszek i jego grupa znajdowali się nieco powyżej, więc mieli przewagę nad pozostałymi. W tym momencie jeden z samolotów wroga "odskoczył", najwidoczniej chcąc opuścić pole walki. Gabryszewski instynktownie zanurkował i ustawił się za nim, nagle poczuł się znów jak nad Francją czy Niemcami. Cały czas manewrując za uciekającym przeciwnikiem, powstrzymywał się od strzelania. Dopiero gdy był bardzo blisko, w tym odpowiednim ułamku sekundy, "zagrały" jego 12,7 mm działka. To było jego pierwsze strącenie w czasie konfliktu koreańskiego. Po tym zdarzeniu był pewien,  że jeszcze potrafi latać niczym "polski orzeł". Kolejne zestrzelenia nie kazały na siebie długo czekać. 2 września na ziemię spadł kolejny MiG trafiony przez "Gabbyego", trzecią ofiarę mógł zapisać na swoje konto dokładnie miesiąc później. Gabreskiemu, jak i innym pilotom, zdarzało się czasami, w pogoni za wrogiem wlecieć na terytorium Chin. Wywoływało to zawsze napięcie na Lini Pekin - Waszyngton. Mig-i nie musiały się tym przejmować, więc zawsze miały szanse schować się szybko w bezpiecznej przestrzeni powietrznej.
Tymczasem przeciwnik zmienił nieco swoją taktykę w powietrzu, korzystając ze swej liczebnej przewagi zaczął tworzyć formacje nazywaną przez amerykanów "MiG-Train". Były to dwie długie linie po 50 - 60 samolotów lecące po obu stronach chińskiej granicy. "Jankesi" musieli więc reagować i jakoś temu przeciwdziałać. Zaczęli tworzyć nowe liczniejsze grupy, jednym z takich skrzydeł od 6 listopada 1951 roku dowodził Francis Gabreski. 51 Fighter Wing swoją pierwszą misję bojową miało 1 grudnia, "Gabby" leciał praktycznie na każde zadanie razem ze swoimi pilotami. Zwiększono siłę patroli do 16 maszyn oraz zmodyfikowano nieco formacje by dostosować ją do samolotów odrzutowych. Amerykanie zaczęli latać taktyką "fluid four", powiększono nieco odstępy między dwójkami maszyn i różnicę wysokości. W styczniu 1952 roku skrzydło Gabryszewskiego miało na koncie 26 zestrzeleń, w tym jedno należało do niego, przy stratach własnych 7 samolotów. Okazja do uzyskania 5 zwycięstwa i tym samym osiągnięcia tytułu asa myśliwskiego i w tej wojnie nadarzyła się 20 lutego. Franciszek razem ze swoim skrzydłowym, majorem Williamem T. Whisnerem Stoczyli walkę z Migami, "Gabby" poważnie uszkodził jednego z nich jednak i jego maszyna była nieco podziurawiona. Musiał zawrócić do bazy, jeśli chciał dolecieć do niej samolotem a nie w śmigłowcu ratowniczym. Na miejscu zgłosił prawdopodobne strącenie. Whisner jednak leciał za uszkodzonym przez jego dowódcę Migiem-15, był on w takim stanie, że musiał w końcu spaść. Radzieccy piloci robili wszyto by katapultować się dopiero po przekroczeniu chińskiej granicy. Whisner poleciał więc za nim w głąb Mandżurii by potwierdzić zestrzelenie dla Gabreskiego. Niestety paliwo w jego Sabre zaczynało się kończyć, a piętnastka nadal nie miała zamiaru spaść. Dokończył więc dzieło swojego kolegi i krótką salwą posłał wrogą maszynę na ziemię. Po powrocie do bazy zgłosił strącenie dla Francisa Gabreskiego. Kiedy "Gabby" się o tym dowiedział, wściekły kazał mu zmienić raport i napisać prawdę, ten jednak odmówił. W końcu panowie jednak się uspokoili a emocje opadły, postanowili podzielić się zestrzeleniem. Sytuacja zasługuje na uwagę, ponieważ oboje mieli po 4 zwycięstwa, stali więc na progu zdobycia asa na myśliwcach odrzutowych i oboje byli asami z czasów walk nad Europą. Obala to również teorie, jakoby Gabreski nie liczył się z innymi a jedynie dbał o swoje wyniki i sławę. Twierdzili tak niektórzy piloci latający z nim, wynikało to raczej z tego, że "Gabby" był bardzo agresywny w powietrzu i nie wszyscy za nim nadążali. Część z nich odnosiła wrażenie, że nie interesuje się nimi i sam rusza do walki by ich wyprzedzić i zdobyć kolejne punkty, pozostawiając ich samych i bez wsparcia.
W każdym razie 20 lutego, Franciszek miał na swoim koncie 4 i pół strąconego Miga.

F-86 Sabre. W takim samolocie walczył w Korei Franciszek Gabryszewski.

Chciałbym również wspomnieć o drobnym szczególe, który umyka biografiom tego lotnika, publikowanym w internecie. Franciszek Gabryszewski często odwiedzał kaplicę  i rozmawiał z kapelanem jednostki, gdy ten mu opowiedział o zatłoczonym sierocińcu w Suwon, "Gabby" zdecydował się go odwiedzić i pomóc. Zorganizował zbiórkę ubrań i artykułów pierwszej potrzeby. W jego rodzinnym Oil City mieszkańcy zebrali nieprzebrane ilości lekarstw, materiałów budowlanych, przyborów szkolnych i odzieży. 51 Fighter Wing, za sprawą ich dowódcy stało się patronem sierocińca. Francis Gabreski był mimo wszystko współczującą osobą, która nie zatracila swojego człowieczeństwa.

1 kwietnia 1952 roku "Gabby" dowodził patrolem wzdłuż rzeki Yalu. Piloci obserwowali 30 Migów wracających, w bezpiecznej chińskiej przestrzeni powietrznej, do swoich baz. Samoloty leciały po drugiej stronie rzeki, wzdłuż niewidzialnej granicy. Franciszek wiedział, że nie może przekraczać tej umownej linii, jednak słońce było za jego plecami a jeden MiG z ostatniej 15 został nieco z tyłu za swoimi towarzyszami. Instynkt łowcy wziął górę nad nim, szybkim manewrem znalazł się w zakazanej przestrzeni powietrznej i zaczął strzelać. Pociski wbiły się w maszynę przeciwnika, która zaczęła dymić. Pilot momentalnie się katapultował a samolot rozbił po chińskiej stronie. Po powrocie do bazy w obawie przed konsekwencjami, Franciszek uzgodnił wersję wydarzeń ze swoimi pilotami, tak aby w raporcie nie znalazło się słowo o naruszeniu przestrzeni powietrznej. Pomimo ostrej interwencji Chin, nikt nie kwestionował raportów patrolu z 1 kwietnia. A "Gabby" zdobył swoje 5 strącenie i stał się podwójnym asem. Jednym z siedmiu amerykanów którzy zdobyli ten tytuł w dwóch wojnach.
W tym miejscu należy się znów sprostowanie. Często podaje się, że Franciszek Gabryszewski jako pierwszy zdobył 5 zestrzeleń w 51 Skrzydle Bojowym, a nawet w konflikcie koreańskim. Nie jest to jednak prawdą. Pierwszą osobą z 51 Fighter Wing, która strąciła 5 Migów a właściwie 5 i pół był William T. Whisner, ten który chciał przypisać "Gabbyemu" stracenie nad Mandżurią. Swoje zwycięstwo odniósł trzy dni po tym, czyli 23 lutego.

Gabryszewski (po lewej) gratuluje Williamowi Whisnerowi piątego zestrzelenia i zdobycia tytułu "asa myśliwskiego" wojny koreańskiej, luty 1952 rok. 

Tuz przed zakończeniem swojej służby, 12 kwietnia, Gabreski odniósł swoje ostatnie zwycięstwo, zapisując na koncie 6 i pół zestrzelenia. Łącznie w swojej karierze posłał na ziemię 34 i pół samolotu, co uplasowało go na trzecim miejscu wśród amerykańskich pilotów, jeśli chodzi o liczbę zestrzeleń.
Gabryszewski po powrocie do domu był witany z wszelkimi honorami. 17 czerwca zorganizowano na jego cześć paradę w San Francisco, której zwieńczeniem było przekazanie mu kluczy do bram miasta przez burmistrza Elmera E. Robinsona. Został również przyjęty przez ówczesnego prezydenta Harry Trumana, w Białym Domu. W swoim pamiętniku zapisał:
"To było dosyć ekscytujące dla polskiego chłopaka z Oil City, który prawie wyleciał ze szkoły dla pilotów."
Po powrocie pozostał w służbie aż do 1987 roku. Był między innymi odpowiedzialny za wyjaśnianie wypadków lotniczych, czy dowódcą 354, oraz 18 Skrzydła Myśliwskiego wyposażonych w samoloty F-100 Super Sabre. Te maszyny mogły być tankowane w powietrzu w czasie lotu. Gabryszewski po jednym z takich tankowań opisał je jako "Dramatyczne przeżycie". Najwidoczniej zaczynała się nowa epoka lotnictwa, która stawał się "Gabbyemu" coraz bardziej obca. O manewrze tankowania wspominał po latach:
"Wolałbym w moim P-47 samotnie zaatakować dywizjon FW-190, niż zmierzyć się ponownie z jednym z tych manewrów. To był koszmar."
Piastował również stanowisko Szefa Operacji Bojowych USAF, a później Generalnego Inspektora Sił Powietrznych na obszarze Pacyfiku.
W trakcie swojej służby został uhonorowany szeregiem medali różnych krajów, jednak ze wszystkich odznaczeń i wyróżnień najbardziej cenił sobie wpisanie go w 1987 roku do Aviation Hall of Fame, czyli na listę zasłużonych dla lotnictwa. Był również dumny, że w 1991 roku lotnisko Suffolk County Airpoirt na Long Island przemianowano na Francis S. Gabreski Airport.
Franciszek Gabryszewski doczekał się dziewięciorga dzieci: trzech synów i sześciu córek. Dwóch synów ukończyło Akademię Sił Powietrznych w Colorado Springs a jedna z jego synowych, żona Donalda, Terry Gabreski została w 2005 roku promowana na stopień Generała Broni i była najwyższą stopniem kobietą w US Air Force do odejścia z Armii w 2010 roku. 6 sierpnia 1993 roku Franciszek przeżył osobistą tragedię. Wracając samochodem z pokazów lotniczych miał wypadek, w którym zginęła jego żona "Kay".

Rodzina Gabreskich w 1959 roku. Od lewej: Debby, Franciszek, Djoni, Donald, Patricia, Katherine "Kay" z synem Robertem na rękach, Frances, Jim, Linda i Mary Ann.

Napisał również swoją autobiografię "Gabby - pilot myśliwski", czytając tę pozycję można zauważyć kilka ciekawych szczegółów. Gabreski nie opisuje dokładnie pojedynków powietrznych, są one opisane w dołączonych do książki raportach z walk. Za to dokładnie opowiada o życiu pilota czasu wojny, podkreśla też zasługi personelu naziemnego, bez którego pracy żaden pilot nie miałby szans. Najważniejsze w jego życiu były, jak wspomina na końcu książki: obowiązkowość, wiara i odpowiedzialność.
Choć nie urodził się w Polsce, czuł się z nią związany i parokrotnie odwiedził kraj swoich rodziców. Ostatni raz był w ziemi nad Wisłą w maju 2001 roku we Frampolu, gdzie spotkał się z młodzieżą. Ci którzy go wtedy spotkali, mogą mówić o prawdziwym szczęściu. Franciszek zmarł na atak serca w Huntington Hospital na Long Island 31 stycznia 2002 roku, kilka dni po swoich 83 urodzinach. Jego pogrzeb przyciągnął prawdziwe tłumy. Obecni byli zarówno zwykli ludzie jak i wysokiej rangi wojskowi. Wielu cywili miało wpięte w klapy marynarek małe biało czerwone flagi. Francis S. Gabreski został pochowany z wszelkimi honorami na jakie zasługuje żołnierz US Air Force. Siedmiu kadetów oddało salwę honorową a po chwili nadleciały 4 myśliwce F-15 Strike Eagle, z formacji w pewnym momencie odłączyła się prowadząca maszyna i "wystrzeliła" w górę. Franciszek w swojej ostatniej woli zapisał, że chce "zabrać" ze sobą tylko dwie rzeczy. Swój kombinezon lotniczy, który ułożono w trumnie u jego stóp. Oraz girlandę malutkich kolorowych kwiatów na szyi. Był to wieniec, który symbolizował jego służbę na Hawajach, gdzie poznał swoją żonę. Pochowano go na Calverton National Cemetery na Long Island.




W hołdzie amerykańskiemu pilotowi, bohaterowi - Polakowi.

Franciszek Gabryszewski po swoim 5 zestrzeleniu w trakcie II Wojny Światowej.

   
                      


Korekta: Raetus

Materiały źródłowe:

Francis S. Gabreski - "Gabby - pilot myśliwski"
Micke Spick - "Asy myśliwskie Aliantów"
Wacław Król - "Dębliniacy z kodem PK"
Roger A. Freeman - "56th Fighter Group"

            

5 komentarzy:

  1. No nareszcie coś nowego. Czekałem już z niecierpliwością. Niby znałem postać, ale u ciebie można, jak zwykle, znaleźć kilka ciekawych mniej znanych szczegółów. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak zawsze jestem wdzięczny za czytanie i komentarz.

      Usuń
  2. Co za niesamowita historia. Historia zycia i dokonan Franciszka Gabryszewskiego to wspanialy material na scenariusz filmu w stylu holywoodzkim. Szkoda ze nikt jeszcze tego nie odkryl.Cieszy,ze bohater jest polakiem z krwi i kosci. "Ulanska fantazja" pomogla mu przezwyciezyc brak pewnosci siebie a wiara,obowiazkowosc i odpowiedzialnosc ,jak piszesz,uczynila z niego Asa Asow no i....oczywiscie zaufanie umiejetnosciom polskich,bohaterskich lotnikow w Anglii. Pieknie zakonczyles ta ciekawa opowiesc.Mysle,ze "Gabby" bylby usatysfakcjonowany takim podsumowaniem jego zycia: "W holdzie amerykanskiemu pilotowi,bohaterowi-Polakowi". Takie proste i takie prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uznanie. Jest jeszcze wieli ciekawych ludzi którzy zasługują na sfilmowanie historii ich zycia. W oczekiwaniu na ekranizację na szczęście można o nich poczytać.

      Usuń
  3. Wspaniale napisany artykuł! Jestem tutaj pierwszy raz i na pewno zostanę, ale proszę, przyciemnij trochę tło tekstu, bo czytanie jest odrobinę męczące.Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.