sobota, 1 września 2018

Ostatni kosynierzy - "Czerwoni" lub nie, po prostu bohaterzy

Na skraju lasu panował względny spokój. Nagle kilkadziesiąt postaci z biało-czerwonymi przepaskami na ramieniu przemknęło chyłkiem między drzewami. Prawie nie było ich widać, gdyby nie odbite słońce w srebrzystym metalu kos i "szpic" zatkniętych na drzewcach. Między krzakami i drzewami czaił się wróg, ale Polacy nie czuli lęku. Przyczajeni czekali. Z prawej rozległy się salwy z broni palnej do których dołączyła kanonada z lewej. Nieprzyjaciel poderwał się z bronią gotową do strzału. Było widać nerwowość i niepokój w ich ruchach. Kiedy wróg skupił swą uwagę na zgiełku, z zarośli i krzaków poderwali się kosynierzy.
- Hurrrraa!
Rozległ się gromki okrzyk. Nim Niemcy zdołali się zorientować w sytuacji, polskie kosy i piki cięły i kuły ich ciała, które padały w drgawkach na ziemię. Część z nich próbowało, w gęstwinie leśnej, podjąć walkę na bagnety, jednak kosy okazały się skuteczniejsze. 
Broń zdobyta na Niemcach choć częściowo pokryła potrzeby kompanii kosynierów.
Był wrzesień 1939 roku...
*Sfabularyzowany tekst na podstawie książki Tomasza Bieleckiego "Krótka historia mafii sycylijskiej".
Andrzej Skibiński i jego syn Janusz. Kosynierzy z Gdyni. Wrzesień 1939 roku.

Kosynier to ikona polskiej walki o wolność i tożsamość narodową. Wizytówka powstań niepodległościowych i bitew takich jak ta pod Racławicami. Każdy potrafi sobie wyobrazić chłopa w kościuszkowskiej czapce, białym lub szarym płaszczu i kosą zatkniętą na sztorc. Ten romantyczny obraz maluje się pod powiekami niemalże każdemu Polakowi na dźwięk słowa "kosynier". Komu przyszłoby jednak do głowy, że kosynierzy, choć inaczej umundurowani ale jednak z kosami na sztorc, wzięli udział w walkach o ojczyznę we wrześniu 1939 roku. Dodać należy, że wykazali się zarówno dużym męstwem jak i wyjątkową skutecznością. Niemcy panicznie bali się tych mężczyzn z kosami, czatujących na nich w lasach polskiego wybrzeża. Nadali im nawet nazwę: "czarne diabły". Poniżej krótka historia ostatnich kosynierów, którzy oddawali życie za wolną Polskę.


Przed wybuchem wojny w 1939 roku siły wojskowe obrony wybrzeża liczyły zaledwie 15 tysięcy ludzi. W skład ich wchodziły dwa morskie pułki strzelców przekształcone z morskich batalionów strzelców, łącznie 4 bataliony. Cztery bataliony Morskiej Brygady Obrony Narodowej, morski dywizjon artylerii przeciwlotniczej, dwie kompanie saperów oddziały policji i straży granicznej. Z tego powodu już przed napaścią Niemiec na Polskę, w gdyńskich kręgach poruszana była sprawa oddziałów ochotniczych. Dodatkowym czynnikiem był entuzjazm i poczucie patriotyzmu samego społeczeństwa. Inicjatywa utworzenia takowych oddziałów wyszła ze środowisk organizacji rezerwistów i była pozytywnie oceniana przez pułkownika Stanisława Dąbka. Pomysł nabrał kształtu po reorganizacji Dowództwa Obrony Wybrzeża, na Dowództwo Morskiej Obrony Wybrzeża i Dowództwo Lądowej Obrony Wybrzeża, oraz aprobacie Dowództwa Okręgu Korpusu VIII w Toruniu przy zgodzie Dowództwa Floty. Oddziały ochotnicze miały być tworzone po ogłoszeniu mobilizacji, planowano zorganizować trzy bataliony Morskiej Brygady Ochotniczej pod rozkazami podpułkownika piechoty Mariana Hyli.
Cały plan miał jednak jeden mankament. Problemem było uzbrojenie, którego brakowało nawet dla regularnego wojska. Z tego też powodu, kiedy 24 sierpnia 1939 roku ogłoszono mobilizację, wysłano ochotników do budowy umocnień i kopania rowów strzeleckich oraz przeciwczołgowych. W tych pracach miało wsiąść udział około 2 do 2,5 tysiąca ludzi. 1 września podpułkownik Hyla, zgodnie z planem, przystąpił do tworzenia oddziałów ochotniczych. Już tego dnia, w punkcie werbunkowym przy ulicy Zgoda 4 w Gdyni miało się zgromadzić około tysiąca osób. Do punktu zgłaszali się również byli żołnierze jak i oficerowie, którzy albo nie zdążyli do swoich oddziałów albo nie otrzymali kart poborowych w ogóle. Z pierwszych kilku setek wolontariuszy utworzono Pierwszą Kompanię Ochotników. Ludzi umundurowano i uzbrojono w broń wszelkiej maści, to co akurat było pod ręką. Pod rozkazami porucznika Wincentego Spyrlaka, kompania ruszyła w okolice Redłowa by wesprzeć 2 Morski Pułk Strzelców.
Tego dnia utworzono również drugą kompanię pod rozkazami porucznika Władysława Cieślaka, jednak z powodu braku uzbrojenia ludzi odesłano do Redłowa. Kompania pozostawała do dyspozycji 2 Baterii Przeciwlotniczej, jednak udziału w walkach nie brała. Pozostałych ludzi pogrupowano w teoretyczne bataliony i ulokowano w okolicznych hotelach i budynkach publicznych, takich jak ZUS. Z powodu braku uzbrojenia i rozgoryczenia ochotników, którzy bronili się przed rozformowaniem, zdecydowano się wysłać ich do kopania rowów na tyłach oddziałów właściwych. Inicjatywę  pochwyciła gdyńska PPS, która już od pierwszego dnia wojny skupiała robotników wykonujących prace umoicnieniowe w bataliony pracy przy nowo powstałej Komendzie Drużyn Robotniczych. Na czele tej inicjatywy stanął gdyński radny i działacz PPS Kazimierz Rusinek, który wystosował odezwę:
"Towarzysze! Zanim dostaniemy broń, dajmy osłonę naszym żołnierzom!"
      Ludzie stali się jednak coraz bardziej niecierpliwi i nalegali na przydzielenie ich do walki. Kiedy natrafiono na magazyn kos, przeznaczonych na eksport do Danii narodził się pomysł by użyć ich jako broni. 7 września, Rusinek na zebraniu w Komisariacie Rządu, zaproponował by przy braku karabinów użyć przekutych na sztorc kos. Szalony pomysł, o dziwo, spotkał się z aprobatą władz wojskowych.
Przygotowaniem kos, zależnie od źródeł, zajmowali się sami kosynierzy, robotnicy Warsztatów Żeglugi Polskiej lub kobiety zrzeszone w Przysposobieniu Wojskowym Kobiet. Prawdopodobnym wydaje się jednak, że każda z tych relacji jest prawdziwa, a kosy przekuwano nawet w małych prywatnych warsztatach. Należy nadmienić, że magazyn eksportowy nie był jedynym źródłem tej broni. Ostrza rekwirowano również w sklepach żelaznych, a gdy ich zabrakło na drzewcach osadzano metalowe szpikulce.

Pismo Franciszka Sokoła, komisarza Rządu do dyrekcji Żeglugi Polskiej o przygotowanie kos do działań bojowych

Pierwszą kompanię nowego batalionu utworzono 8 września. Miał nim dowodzić podpułkownik w stanie spoczynku Stanisław Wężyk. Komisarz Franciszek Sokół dodaje, że ewidencję kosynierów prowadził major Adolf Dzierżyński ze sztabu Lądowej Obrony Wybrzeża. Zdecydowano aby kosynierzy posiadali karty mobilizacyjne, jako dokument formalnego wcielenia ich w szeregi wojska, tak aby figurowali jako regularni żołnierze, a nie „uzbrojeni bandyci”. Sam Rusinek nie pełnił żadnej funkcji wojskowej, jak po wojnie wraz z PRLowska propagandą starał się rozpowszechnić. Próbowano nawet insynuować jakoby Kazimierz Rusinek dowodził obroną całego wybrzeża. Pełnił on natomiast funkcje sztabowe przy sztabie batalionu i kierował cywilnymi oddziałami robotniczymi. Najprawdopodobniej sprawował również funkcję drugiego adiutanta podpułkownika Wężyka. Nie można mu jednak odmówić ogromnego wkładu i zaangażowania w sprawę. Jak wspomina ksiądz Józef Szarkowski, wówczas nauczyciel męskiego gimnazjum:
"Dużą rolę w akcji pomocniczej wojsku spełniają związki robotnicze z przywódcą K. Rusinkiem na czele. Ma on jakby swój sztab w blokach tzw. Spółdzielni Mieszkaniowej na Grabówku, obok mleczarni, w odległości kilkuset metrów od naszego liceum, mgr A. Babiński, jeden z kolegów, u którego bywam, mieszka w tych blokach. Dzięki temu obserwuję bezpośrednią akcję organizacyjną Rusinka, obecnie już ppor. wojsk polskich. W porozumieniu z dowództwem organizuje brygady pomocnicze a około 10 września formalne oddziały "Gdyńskich Kosynierów" wobec braku broni."  

Kazimierz Rusinek, komendant Drużyn Robotniczych przy PPS oraz organizator kosynierów.

      Po utworzeniu pierwszej kompanii, 10 września zaczęto formować drugą, pod rozkazami porucznika rezerwy Stanisława Raucha. PPS wydała również odezwę do robotników by wstępowali w szeregi "Czerwonych Kosynierów".
"Towarzysze! Robotnicy Gdyni! Obok ludzi z łopatami stanie batalion kosynierów z bronią. Zrzućmy cywilne ubrania i przywdziejmy mundury naszej dzielnej Armii. Dziś w niedzielę, dnia 10 września wszyscy stawią się na ulecę Morską 98, bloki Gdyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, przy Komendzie Drużyn Robotniczych".
      Odezwa miała na celu tworzenie dalszych oddziałów. Ponieważ pierwsza kompania została wyposażona w kosy i oddana do dyspozycji wojska 8 września. Choć nawet już dzień wcześniej na rozkaz pułkownika Dąbka, o godzinie 13 ruszyła do miejscowości Witomino przeprowadzając rewizję zabudowań w poszukiwaniu broni palnej i dywersantów. Na miejscu okazało się, że wszyscy mieszkańcy opuścili swoje domy, jednak w wyniku rewizji znaleziono 17 francuskich karabinów. Akcję bez incydentów zakończono o godzinie 18. W tamtym czasie kompania składała się z 1 oficera podporucznika rezerwy Józefa Kąkolewskiego, 9 podoficerów i 128 szeregowych, którzy nigdy nie służyli w wojsku.
Do 8 września kosynierzy pełnili funkcje wartownicze przy sztabie Lądowej Obrony Wybrzeża, wtedy to również otrzymali kosy jako broń. Pewnej nocy do podpułkownika Hyli przyszedł pułkownik Dąbek z rozkazem oddelegowania 200 uzbrojonych w kosy i piki żołnierzy, którzy po przełamaniu linii nieprzyjaciela przez regularne wojsko mają ścigać wroga. Podpułkownik nie dysponując taką liczbą ludzi zwrócił się o pomoc do Kazimierza Ruskinka, który jak wspomina Hyla:
"[...]uczynił zadość mojej prośbie."
      11 Września o godzinie 3 rano kosynierzy wyruszyli na swoją pierwszą akcję bojową. Rozkazem pułkownika Dąbka zostali oddani do dyspozycji dowódcy 1 Gdyńskiego Batalionu Obrony Narodowej majora Stanisława Zauchy. Kompanię podwieziono autobusami na drogę Chylonia-Kołeczkowo i o 7 rano rozlokowano na pozycjach. Major Zaucha przywitał nowo przybyłych, podniosłą przemową nawiązując do tradycji kościuszkowskich, kosynierów racławickich i powstańców z lat 1863 / 64. Zaznaczając, że terenem ich działań będą lasy, gdzie liczą się raczej bagnety a nie broń palna. Kompanię przerzucono w okolice Łężyc, dwa plutony kosynierów przyłączono do 2 Kompanii Obrony Narodowej, trzeci pozostawiono w odwodzie. Plan przewidywał atak ze wschodniego skraju lasu i odparcia Niemców z Łużyc oraz opanowania miejscowości. Koło godziny 13:30 Polacy zajęli pozycje na północno-wschodnim skraju polany. Trzeci pluton ON wraz z kosynierami i 2 CKMami natarł skrajem lasu, 2 pluton  i CKM uderzył przez otwarty teren po prawej stronie. Efektem było wycofanie się Niemców z lasu a polskie wojsko zajęło pozycje na wschodnim jego skraju. Niemcy próbowali kontratakować na pozycje 2 plutonu ON ale zostali odparci. W efekcie cofnęli się i pokryli pozycje Polaków ogniem artyleryjskim. Przez resztę nocy trwała wymiana ognia. Tego dnia kosynierzy odnotowali straty 3 zabitych i 8 rannych. Łączne straty związku bojowego, według majora Zauchy, wynosiły 15 zabitych i 20 rannych. Tej nocy do kosynierów przyszedł porucznik Wincenty Spyrlak z oddziału Krakusów. Spotkanie to wspominał w następujący sposób:
"Spotkałem się z grupkami autentycznych kosynierów, pełniących służbę patroli ubezpieczających i łącznikowych. Kosynierzy – wśród nich robotnik portowy Jasiewicz – opowiadali mi że poprzedniej nocy mieli wypad na Łężyce (…) Sprzęt bojowy istotnie stanowiły wybrakowane kosy, mające za sobą niejedne żniwa i prymitywne, kowalskim sposobem wykute noże, osadzone na drzewcach. Postawa i zachowanie tych wojowników zadziwiła mnie, wzbudzając różne refleksje na temat nowoczesnych środków walki..."

Żołnierze oddziałów kosynierskich po zdobyciu broni palnej

      Nazajutrz oddział cyklistów zaatakował Niemców i odrzucił ich na południe. Kosynierzy wraz z oddziałami ON zabezpieczyli teren i przesunęli się w kierunku północno-wschodnim w stronę Rumi, która była atakowana przez wroga. 12 września o godzinie 17 oddziały zajęły pozycje na skraju lasu. Prawe i lewe skrzydło stanowiły oddziały Obrony Narodowej wraz z oddziałem CKM. Kosynierzy ulokowali się około 200 m za lewym skrzydłem. Patrol wysłany do zabudowań został ostrzelany przez Niemców z przeciwległych zalesionych wzniesień. Jednak Polakom udało się zdobyć część wrogiego taboru. Około godziny 18 rozległ się ogłuszający ostrzał 5 polskich CKMów i plutonu moździerzy. Pod ich osłoną kompanie ruszyły do ataku na niemieckie pozycje. Doszło do walki na bagnety i nieprzyjaciel został wyparty w głąb lasu. Kosynierzy cały czas dozbrajali się na broni zdobycznej lub po zabitych i rannych, tak, że 13 września większość oddziału była już w posiadaniu broni palnej. Część jednak nadal uzbrojona była w kosy i posługiwała nimi aż do ostatnich dni walki.
Podporucznik Józef Przygoński z 1 Kompanii 1 Batalionu ON wspominał:
"Nadmienić muszę o pomocy jaką otrzymaliśmy od robotników zorganizowanych w grupy tzw. kosynierów. Do kompanii naszej został przydzielony pluton ludzi, dla których nie starczyło w magazynach mob. broni ani mundurów. Umundurowani byli w kombinezony robocze, co niewiele różniło nas od nich. Uzbrojeni byli w broń, jaką potrafili zorganizować sobie". 
      12 września zapadła decyzja o opuszczeniu Gdyni, by uchronić ją przed zniszczeniem. Wtedy oddziały polskie opuściły front i przeszły na Oksywie. Pozostawiono tylko oddział wartowniczy oraz trzy drużyny strzeleckie z 2 Morskiego Pułku Strzelców. W nocy na 13 września wysadzono most. Niemcy zaatakowali 13 września, ale miasto zdobyli dopiero rano 14. Co do kosynierów to narosło wiele legend i sprzeczności. Relacja Rusinka mówi o tym, że kosynierzy byli ostatnim wojskiem polskim, które opuściło Gdynię 14 września. Uprzednio wytrzymując kolejne natarcia nieprzyjaciela i powstrzymując go ogniem. Nie odnajduje to jednak potwierdzenia w żadnych dokumentach, meldunkach czy innych relacjach a biorąc pod uwagę powojenną karierę i retorykę Kazimierza Rusinka, można tę historię włożyć między bajki. Najbardziej prawdopodobną i choć częściowo udokumentowaną wersję wydarzeń przedstawił pisarz i dziennikarz Edmund Kosiarz:
"O godzinie 18.00 pierwsze patrole konne hitlerowców dotarły do wylotu ulicy Świętojańskiej. Tam zostały powitane ogniem z placówki obsadzonej przez Kosynierów i grupę artylerzystów z 3 baterii artylerii przeciwlotniczej. Ogień nie był silny, ale powstrzymał hitlerowców przed wkroczeniem do Gdyni. W nocy drużyny osłonowe wraz z Kosynierami przedostały się do portu handlowego, a stamtąd przez kanał portowy przeprawiły się na Kępę Oksywską. Rano do opuszczonej przez oddziały polskie Gdyni wkroczyły wojska hitlerowskie".
      Poparcie tej tezy daje relacja komandora podporucznika Stanisława Jabłońskiego, mówiąc o wypadzie na rozkaz pułkownika Dąbka 2 i 3 spieszonej baterii przeciwlotniczej w kierunku dworca.
Na kępę Oksywską z opóźnieniem przedzierały się oprócz oddziałów do których nie dotarły rozkazy, również niezorganizowane w ogóle lub częściowo, oddziały ochotników. Ochotnicy ulokowali się w koszarach Marynarki Wojennej a dowództwo nad nimi przejął podpułkownik Wężyk.

Podpułkownik Stanisław Wężyk

Było tam około 1.000 ludzi. Kosynierzy, marynarze i żołnierze z rozbitych oddziałów. Nawet w tej końcowej fazie walk, część wolontariuszy uzbrojona była w kosy. Podporucznik saperów Jan Żelewski wspominał wydarzenie z 14 września:
"W czasie obiadu ujrzałem zjawisko, które w pierwszej chwili wydawało mi się snem. Oto od strony Podgórza zdążała ku mnie grupka młodzieży około dwudziestu. Zamiast broni mieli koszy przekute pionowo po racławicku. Słyszałem już o tej robotniczej młodzieży pod wodzą Rusinka. Chcieli się bić, ale zabrakło dla nich mundurów i karabinów. Zbliżyli się. Jeden z nich zasalutowawszy zapytał czy mogą dostać obiad. Okazało się, że w kuchni coś jeszcze jest, pobiegli wiec ochoczo do kotła."
      2 Kompania Kosynierów wraz z regularnym wojskiem brała udział w walkach na Oksywiu. 15 Września brała udział w udanym ataku na Dębogórze. Udało się odrzucić Niemców aż do drogi na Rumię, tam jednak pod silnym ogniem artylerii i broni maszynowej musiała się cofnąć do lasu i opuścić wcześniej zdobyte Dębogórze. Kompania licząca około 160 ludzi była w 30% uzbrojona w kosy i walczyła do 18 września, kiedy to miała osłaniać odwrót przy szosie Suchy Dwór. Tam dostała się jednak pod silny ogień CKMów, szosę udało się przekroczyć jedynie grupce oficerów i 30 - 40 żołnierzom. Wówczas  kompania kosynierów przestała istnieć, żołnierze ulegli rozproszeniu albo dostali się do niewoli.
1 Kompania Kosynierów, pierwotnie przewidziana do wsparcia ataku na Dębogórze, z niewiadomych przyczyn nie wzięła w nim jednak udziału. Żołnierze całkowicie uzbrojeni w broń palną 18 września w składzie 1 oficer, 2 sierżantów, 4 plutonowych i 141 szeregowców, broniła szkoły im. Piłsudskiego w kolonii Oksywie i 19 Września została wzięta do niewoli.
Ostatnie związki zwane kosynierami walczyły w obronie koszar Marynarki Wojennej. 18 września w ataku kombinowanych oddziałów udało się opanować kotlinę Obłuże i połączyć z siłami polskimi w samym Obłużu. Podpułkownik Wężyk wysłał na pierwszą linię niesformowane do końca oddziały kosynierów w sile 90 ludzi, którzy walczyli całą noc z 18 na 19 września. 19 rano wysłano dwa plutony kosynierów, około 140 ludzi do Obłuża, celem wzmocnienia oblężonych żołnierzy pułkownika Słodkowskiego. Kosynierom nie udało się niestety przebić. Polacy w ostatnim etapie bronili się na skrawku ziemi o wymiarach 5 km na 2 km. Po ostrzale artyleryjskim i dwugodzinnych walkach, Niemcy  ostatecznie zajęli koszary. Wtedy też ostatecznie kończy się historia ostatnich polskich kosynierów. Człowiek, który po wojnie nazywał się "ojcem Czerwonych Kosynierów", Kazimierz Rusinek, wmieszał się w tłum jeńców z dokumentami wystawionymi na "porucznik Rusin". Bał się represji jakie spotykały każdego podejrzanego o bycie kosynierem. Niemcy nazywali ich przestępczymi bandami i skazywali na śmierć. Wielu mieszkańców Gdyni spotkało się właśnie z takim traktowaniem. Po zajęciu miasta przez Wehrmacht aresztowano około 4.000 osób w poszukiwaniu "Rote Hunde" (czerwonych psów).

Niemieccy marynarze niosą skonfiskowane kosy i piki. Wrzesień 1939 roku


Kosy znalezione przez Niemców w Gdyni. Zdjęcie pierwotnie opublikowano w niemieckiej gazecie „Der Danzinger Vorposten”


Niestety pamięć o tych ludziach została świadomie nieco zatarta, a to za sprawą Rusinka. Ten, który szczycił się mianem organizatora i dowódcy oddziałów ochotniczych, ten który nazywał ich "Czerwonymi Kosynierami" i na siłę wpisując w narrację PRLowskiej polityki oraz tworząc z nich narzędzie propagandowe oraz dźwignię własnej kariery. Właśnie on zszargał w ten sposób ich imię. To prawda, że PPS było tym katalizatorem, który umożliwił utworzenie kompanii kosynierów, jednak tym ludziom było daleko do polityki, byli to po prostu patrioci, Polacy chcący bronić swojej ojczyzny. Stanisław Wielgucki, jeden z z uczestników walk we wrześniu ´39 po latach wspominał:
"Byłem kosynierem, ale nie czerwonym. Może z 10 procent było czerwonych, reszta to normalni ludzie, którzy chcieli bronić ojczyzny, choć nie byli żołnierzami… Po wojnie zaczęło się mówić „czerwoni”, jakoś nie protestowałem, zresztą co by to dało…"
      Do tego należy dodać, mnożącą się co roku, nieprzebraną ilość bohaterskich czynów i postaw "Czerwonych Kosynierów", dopisywanych w czasach komunistycznych przez Rusinka. Mity i fakty wymieszały się tak bardzo, że trudno czasami oddzielić jedno od drugiego. Nadszarpnęło to tak bardzo reputację tych dzielnych ludzi, że zaczęto wręcz negować autentyczność całości wydarzeń a na to na pewno nie zasłużyli.
Czas by pamięć o nich znów stała się wyraźniejsza.

" Atak Czerwonych Kosynierów podczas obrony polskiego wybrzeża" - Obraz Edwarda Mesjasza






Powiązane artykuły.            

                            
       
     
      
Materiały źródłowe:


Apoloniusz Zawilski - "Bitwy polskiego września"
Cezary Miżejewski - "Gdyńscy czerwoni kosynierzy we wrześniu 1939"
Mariusz Kardas - "Oddziały ochotnicze w obronie Wybrzeża 1939"
Stanisław i Irena Poznańscy - "Ostatni kosynierzy"



2 komentarze:

  1. CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM MAMY BYĆ Z CZEGO DUMNI

    OdpowiedzUsuń
  2. A głupie władze zdekomunizowały ulice ich imienia w Gdyni.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.