wtorek, 1 września 2015

1 wrzesień 1939 - Chwała pokonanym...

4:40

13 letni Jan Kamiński, wraz z ojcem stali na wieluńskim rynku, gdzie zebrała się grupka mężczyzn z kartami mobilizacyjnymi. Tłumek czekał na transport do swoich jednostek przydziałowych, po tym jak okazało się, iż pociąg wyznaczony dla poborowych nie przyjedzie. Chłopiec chciał bardzo odprowadzić tatę i pożegnać go kiedy będzie odjeżdżał z miasta. Matka i dwie siostry spały jeszcze w domu zmęczone rzewnym pożegnaniem. Jan spojrzał na ojca, który uśmiechnął się do niego i dłonią zburzył mu włosy na głowie. Syn zastanawiał się dlaczego jego 40 letni tatuś, oficer łączności i weteran wojny z bolszewikami, znów został zmobilizowany. Z nudów wyciągnął zegarek kieszonkowy ojca i licząc sekundy wsłuchiwał się w odgłosy świtu. W pewnym momencie od strony Praszki usłyszał dziwny dźwięk, zaczął nasłuchiwać i rozglądać się. Nikt w około nie zwrócił uwagi na monotonny szum. Jaś uniósł głowę i krzyknął: "Tato... ja słyszę odgłosy! Tato, ja widzę samoloty z czarnymi krzyżami...! Toto, lecą bomby!" Reszta potoczyła się błyskawicznie, ogłuszający ryk nurkujących samolotów i przenikliwy świst spadających bomb, wywołał panikę. Chłopiec ściskając nadal w ręku zegarek, który wskazywał 4:40 Widział jak pierwsze bomby trafiają w szpital, kościół katolicki i synagogę...


Ju 87 "Stuka" w szyku bojowym przed zrzuceniem bomb.
 
Były to pierwsze bomby które zostały zrzucone na polskie miasto w trakcie II Wojny Światowej.

 29 najnowszych samolotów z fabryki Junkersa, Ju 87B "Stuka", I Dywizjonu 76 Pułku Luftwaffe pod dowództwem kapitana Waltera Siegela, zrzuciło 380 bomb o sile wybuchu 46.000kg, na pogrążony we śnie 15 tysięczny Wieluń. Zginęło ponad 1200 osób, a zniszczeniu uległo ponad 70% zabudowy miasta. Napaści dokonano o godzinie 4:40, czyli 7 minut przed pierwszą salwą oddaną w stronę Westerplatte. Naloty trwały do godziny 14. Naziści skrupulatnie przygotowali się do zadania. Atakując w ten sposób by spowodować jak największe zniszczenia. Bomby trafiały w składy opału i olejów, oraz w skupiska ludzi i cele cywilne, jak szpital imienia Wszystkich Świętych. Był on dobrze oznakowany czerwonym krzyżem na dachu, a pomimo to stał się pierwszym celem w Wieluniu. Naoczny świadek, Jan Kamińsk, opisuje uciekających pacjentów. Zginęło 39 osób, spośród chorych i personelu.


Gruzy szpitala imienia Wszystkich Świętych w Wieluniu. Wrzesień 1939.

Zygmunt Adamski, wtedy uczeń gimnazjum w Wieluniu, wspomina jak w 1938 roku na stancję do państwa Moszów przyjęto niejakiego Horsta Scholle. Zygmunt zaprzyjaźnił się z nim i wspólnie założyli duet muzyczny, biorąc czynny udział w życiu towarzyskim i "zwiedzając" miasto. Horst był nieco wyrośnięty jak na gimnazjalistę, elokwentny i miły, błyszczał w środowisku młodzieżowym. Wielkie było zdziwienie, kiedy nie powrócił do szkoły po Świętach Wielkiejnocy. We Wieluniu zjawił się dopiero w pierwszych dniach listopada 1939 roku w mundurze sierżanta Luftwaffe. Okazało się, że był naprowadzającym w trakcie nalotów na miasto, co miało istotne znaczenie na wynik operacji.

Zbombardowane centrum Wielunia. Wrzesień 1939


Dlaczego Wieluń? Miasto we wrześniu ´39 zupełnie pozbawione garnizonu wojskowego i obrony przeciwlotniczej, położone 20 km od granicy z III Rzeszą. Najprawdopodobniej Niemcy celowo wybrali bezbronne miasto, w celu sprawdzenia nowych bombowców nurkujących "Stukasów" (Ju 87B) i bomb burzących w zmasowanym ataku. W nalotach brali udział piloci Legionu Condor. Ci sami, którzy podczas wojny w Hiszpanii zbombardowali Guernice w 1937 roku. W listopadzie Luftwaffe dokonało drobiazgowej inspekcji zniszczeń, fotografując każdy trafiony obiekt w kilku ujęciach. Niemcy w trakcie kampanii wrześniowej zbombardowali 158 bezbronnych miast i osiedli.    


"O jeden most za daleko..."

Jednocześnie, a nawet wcześniej bo o 4:34 biorąc pod uwagę część opracowań, Niemcy rozpoczęli operację "Aktion Zug". Plan przewidywał zajęcie mostów na Wiśle (drogowego i kolejowego) w Tczewie. Mosty stanowiły część trasy tranzytowej z III Rzeszy do Prus Wschodnich i umożliwiał szybkie przerzucanie wojsk. Strona polska zdawała sobie sprawę z zagrożenia i pomimo, że chciała utrzymać most w nienaruszonym stanie, to został on zaminowany. Gdyby Niemcy mieli go zająć, rozkaz brzmiał: Wysadzić! Granica Polski z Wolnym Miastem Gdańsk biegła przez środek rzeki, jednak most kolejowy w całości należał do Polski. Wjazd został zabezpieczony opuszczaną kratownicą. Dla hitlerowców było sprawą najwyższej wagi, by zdobyć nieuszkodzony most.

Most Lisewski przez Wisłę, 1939 rok.



 Plan przewidywał przechwycenie go podstępem...
Przez Tczew przejeżdżały regularnie niemieckie pociągi z Prus Wschodnich, nie podlegały one kontroli Polaków. Były awizowane w placówce celnej w Gdańsku. Wykorzystując ten fakt, Niemcy zawiadomili dyżurnego ruchu w Tczewie, że w nocy 31 sierpnia, będą przejeżdżać dwa pociągi tranzytowe z bydłem o numerach 963 i 965. Poprosili, zgodnie z porządkiem o dwa parowozy z polską obsługą. Kiedy lokomotywy dotarły do Malborka, kolejarze zostali obezwładnieni, a hitlerowcy przebrali się w ich mundury. W wagonach zamiast bydła, znajdowali się saperzy dowodzeni przez porucznika Hackena. Po załadowaniu pozostałych żołnierzy i ekwipunku, o godzinie 4 pociągi ruszyły w stronę Tczewa. Za nimi wyruszyły dwie pancerne drezyny, oraz żołnierze w samochodach. Jednocześnie bojówki SA zajęły polskie stacje kolejowe na trasie przejazdu. Kałdowo pod Malborkiem i Szymankowo. Akcja bojówkarzy zakończyła się jednak fiaskiem. W momencie gdy pociąg nr. 963 przejeżdżał przez stację, inspektor celny Stanisław Szarek, wystrzelił czerwoną racę. Rakieta zaalarmowała kolejarzy w Szymankowie i zawiadowca stacji przestawił nastawnię, w samą porę by skierować niemieckiego "konia trojańskiego" na boczny tor, co spowodowało półgodzinne opóźnienie. Z kolei dyżurny ruchu Alfons Runkowski, niepilnowany chwilę przez bojówkarza SA, zdołał zadzwonić do zawiadowcy ruchu w Tczewie: "Miejcie się na baczności dzisiejszej nocy, więcej nie mogę powiedzieć bo mam tu niemieckiego strażnika, który akurat wyszedł..." W odwecie za nieudaną operację i znaczące opóźnienie, naziści wymordowali kolejarzy z Szymankowa razem z ich rodzinami. Ciała wrzucono do przydrożnego rowu i umieszczona tabliczkę z napisem: "Tu spoczywa polska mniejszość narodowa."

Dokonana po wojnie ekshumacja pomordowanych kolejarzy i celników z Szymankowa.

Jak podają niektóre źródła o godzinie 4:32 nadleciały trzy "Stukasy", bombardując nasyp kolejowy, na którym miały znajdować się przewody odpalające ładunki wybuchowe na moście. Według niemieckich źródeł, bombardowanie zakończyło się sukcesem i przewody zostały uszkodzone. Eskadra Ju 87, którą dowodził porucznik Dilley, zrzuciła jeszcze bomby na Tczewski dworzec kolejowy i koszary, gdzie zginęło 5 żołnierzy. Polscy saperzy zdołali naprawić przerwane przewody, nim przed mostem pojawił się spóźniony pociąg z Malborka o 4:45. Kratownica zagradzająca wjazd była zamknięta. Z wagonów wyskoczyli żołnierze Wehrmachtu, a z tyłu podjechał pociąg pancerny wyposażony w lekką artylerię. Polacy otworzyli ogień. Jednak w obliczu przewagi broni ciężkiej i lotnictwa wroga, sytuacja obrońców stawała się coraz bardziej dramatyczna. Walki toczyły się również w mieście. O godzinie 6:10, na rozkaz podpułkownika Stanisława Janika, został wysadzony wschodni przyczółek mostu. Spowodowało to również znaczne straty po stronie niemieckiej.

Podpis pod zdjęciem: Most Lisewski w momencie wysadzenia go przez Polaków. Tczew 1 września 1939 roku.


Około godziny 6:45, wysadzono betonowe filary na zachodnim końcu mostu. Niemcy próbowali forsować Wisłę na pontonach, ale CKMy broniących się, skutecznie im w tym przeszkodziły. Sytuacja w mieście pogarszała jednak się z każda minutą. Od godziny 17:00 zaczęto wycofywanie Polskich wojsk z Tczewa, Niemcy wkroczyli do miasta o 22:00. W trakcie walk stracili 160 żołnierzy, po polskiej stronie było ich 20. Ruch na moście przywrócono dopiero 16 października 1939 roku, już po zakończeniu Kampanii Wrześniowej. Szef sztabu niemieckich wojsk lądowych generał Franz Halder zapisał w swoim dzienniku:  "Tczew. Wyraźnie nie udało się. Nalot nie był skuteczny... Most wyleciał w powietrze..."        


Niemcy oglądają zniszczone mosty na Wiśle. Tczew, wrzesień 1939.

   Symbol.

Pierwsza eksplozja na terenie Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte nastąpiła o 4:48. O tej godzinie dla żołnierzy polskiego garnizonu zaczęło się piekło. 
W rozkazie Hitlera dla pancernika szkoleniowego Schleswig-Holstein, godzina ataku była wyznaczona na 4:45. Te porę przyjęto powszechnie jako początek ostrzału i wybuch wojny. Dlaczego to opóźnienie więc? 
Otóż w nocy pancernik został przeholowany z pod Twierdzy Wisłoujście na Zakręt Pięciu Gwizdków. Problem polegał na tym, iż okręt ledwo mieścił się w kanale i ustawienie go w dogodnej pozycji zajęło więcej czasu niż przewidziano. Dopiero o 4:47 Kapitän zur See Gustav Kleinkamp dał rozkaz do otwarcia ognia. Działa 280mm zagrzmiały w odległości 500m od składnicy, podmuch wystrzałów był tak silny, że uszkodził kilka domów w Gdańsku, stojących tuż nad kanałem.

Pancernik szkoleniowy Schleswig-Holstein prowadzi ostrzał polskiej placówki na Westerplatte. 1 Wrzesień 1939.


 Polska załoga była jednak dobrze przygotowana. Kilka dni wcześniej zaczęto nocą, aby Niemcy nic nie spostrzegli z budynków leżących po przeciwnej stronie kanału, budowanie umocnień i okopów. Właśnie z tych budynków zaczęto teraz ostrzeliwać z ciężkich karabinów maszynowych polską placówkę, której obiekty było widać jak na doni. Kanonada ze wszystkich dział trwała do 4:55. Podobno nie wszystkie pociski trafiły w placówkę, ponieważ Schleswig-Holstein stał zbyt blisko i ogień z dział pod takim kontem nie był do końca skuteczny. Nie mniej jednak przez te piekielne 8 minut pancernik wystrzelił 8 pocisków 280mm, 59 pocisków 150mm i  600 z dział artylerii pomocniczej. Kiedy ostrzał ucichł, niemiecka piechota morska ruszyła do ataku przez bramę kolejową, uprzednio wysadzając ją w powietrze. Żołnierze spodziewali się, że po takim ostrzale na terenie Westerplatte zastaną co najwyżej kilku oszołomionych niedobitków. 

Westerplatte w ogniu. Widok z pancernika Schleswig-Holstein.


Podczas ostatniej zmiany załogi Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Polacy zwiększyli ją potajemnie w brew ustaleniom międzynarodowym do niewiele ponad 200 żołnierzy. Byli to sami wybitni wojskowi. Dowódca, Major Henryk Sucharski, weteran wojny z bolszewikami, odznaczony orderem Virtut Militari i Krzyżem Walecznych, był znakomitym żołnierzem, podobnie jak jego zastępca kapitan Franciszek Dąbrowski. Który powszechnie był uważany, za młodego ambitnego i doskonałego oficera. Reszta żołnierzy nie była również przypadkowo dobrana. Każdy miał na swoim knocie jakieś sukcesy. Czy to w zawodach strzeleckich, czy na innych płaszczyznach wojskowych. Nawet cywilni pracownicy placówki składali się z byłych żołnierzy i brali czynny udział w jej obronie.
Niemcy wbiegli na teren składnicy, Polacy podpuścili ich bardzo blisko pod lufę karabinu maszynowego, który pierwszą serią położył kilkunastu napastników. Niestety karabin zaciął się i żołnierze byli zmuszeni nieco się cofnąć. Po chwili jednak odezwały się ciężkie karabiny maszynowe z placówki "Prom", świetnie zamaskowanej, o której Niemcy nie wiedzieli. Celny ostrzał obrońców zmusił hitlerowców o 6:22 do wycofania się. Po pierwszym szturmie niemiecka piechota morska straciła ponad 40 ludzi.

Jeden z okopów placówki "Prom". Westerplatte 1939


 O 7:40 Działa pancernika Schleswig-Holstein znów się odezwały, kanonada trwała pół godziny.Tym razem w stronę Polaków poleciało 90 pocisków kalibru 280mm i łącznie 4000 pocisków mniejszego kalibru. 
O 8:55 wzmocnione o oddziały SS Heimwehr, siły niemieckiej piechoty morskiej ruszyły do drugiego szturmu. Sytuacja była trudniejsza, gdyż pozycje polskich żołnierzy były już znane. 21 Obrońców wycofało się do wartowni nr1. Pod wszystkimi wartowniami znajdowały się umocnione podziemia, które były otoczone dużą tajemnicą. Każdy schron posiadał dobrze zamaskowane strzelnice dla CKMów. Dzięki temu kolejne ataki krwawo rozbijały się o nie. 1 Września Niemcy nie zdołali zająć ani metra polskiej placówki.
Polacy bronili się do 7 września, o 7 dni dłużej niż planował Hitler. Pomimo ataków z morza, lądu i powietrza, polskie radio codziennie nadawało komunikat: "Westerplatte broni się jeszcze!" W trakcie walk poległo 15 obrońców, Niemcy stracili ponad 300 żołnierzy. Obrona tego polskiego przyczółka stała się symbolem Kampanii Wrześniowej i rozpoczęcia wojny. Gdzie jednak faktycznie rozpoczęły się działania wojenne we wrześniu 1939? O to spory będą się nadal toczyć. Lecz czy w obliczu tak wielkiej tragedii, jest to aż tak ważne gdzie padł pierwszy strzał, lub eksplodowała pierwsza bomba. Dla mnie agresja hitlerowskich Niemiec na Polskę zaczęła się na całej linii frontu. 

Tak właśnie wyglądał poranek przed 76 laty. 1 Września ´39 miało miejsce jeszcze wiele innych wydarzeń:
- Poczta Polska w Wolnym Mieście Gdańsk broniła się przez 14 godzin. Pocztowcy skapitulowali dopiero po podpaleniu budynku.
- Rozpoczęła się bitwa pod Mławą.  
- Wołyńska Brygada Kawalerii starła się pod Mokrą z 4 Dywizją Pancerną, Niemcy stracili około 40 czołgów.
- Pod Krojantami dwa szwadrony 18 Pułku Ułanów dokonały udanego kontrataku na 20 Dywizję zmotoryzowaną.
- Około godziny 18, niemieckie Ju 87 zaatakowały ORP Gryf i kilka innych trałowców. ORP Mazur został zatopiony w porcie gdańskim.
- Brygada Pościgowa w trakcie walk powietrznych nad Warszawą zestrzeliła 14 wrogich samolotów.
- Niemcy w 15 egzekucjach zamordowali 139 Polaków.

Dla mnie podsumowaniem wydarzeń z dnia 1 września 1939 roku był zawsze wiersz Gałczyńskiego i choć odnosi się do walk na Westerplatte, można nim ująć całą wojnę obronną Polski.





Konstanty Ildefons Gałczyński "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte"


Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westerplatte.

( A lato było piękne tego roku ).

I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.

( A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety ).

W Gdańsku staliśmy tak jak mur,
gwiżdżąc na szwabską armatę,
teraz wznosimy się wśród chmur,
żołnierze z Westerplatte.

I ci, co dobry mają wzrok
i słuch, słyszeli pono,
jak dudni w chmurach równy krok
Morskiego Batalionu.

I śpiew słyszano taki: - By
słoneczny czas wyzyskać,
będziemy grzać się w ciepłe dni
na rajskich wrzosowiskach.

Lecz gdy wiatr zimny będzie dął,
i smutek krążył światem,
w środek Warszawy spłyniemy w dół,
żołnierze z Westerplatte. 



Powiązane artykuły

2 komentarze:

  1. To takie ważne by pamiętać. To takie ważne by poznawać.
    Dziękuję za wpis

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobra robota.
    A dziś 2-go września rocznica zakończenia II wojny światowej. Mam nadzieję, że ostatniej wojny na taką skalę.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.