Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampania wrześniowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampania wrześniowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 października 2023

Agent SS, który rozpoczął II wojnę światową (Podcast)


Kiedy wybuchła II wojna światowa? To pytanie niczym ze szkolnej klasówki. Odpowiedź nie jest i nigdy nie była jednoznaczna. Mało kto dziś pamięta, że Hitler chciał zacząć wojnę 26 sierpnia. Jednak dzień wcześniej polska dyplomacja podpisała umowy sojusznicze z Wielką Brytanią i Francją, na mocy których Paryż i Londyn zobowiązywały się do przyjścia nam z pomocą w razie ataku Niemiec. Planowana przez Hitlera szybka wojna z izolowaną Polską mogła przerodzić się w konflikt europejski z mocarstwami na Zachodzie. Berlin musiał tę okoliczność przeanalizować, dlatego datę ataku przesunięto. 

31 sierpnia około godziny 20:00 Sturmbannführer Alfred Naujocks rozpoczął inscenizowany atak na nadajnik w Gliwicach. Niemcy mieli także przygotowaną akcję uwiarygodniającą atak. Wcześniej porwano mającego polskie pochodzenie byłego powstańca śląskiego Franciszka Honioka, przywieziono odurzonego zastrzykiem, zastrzelono i pozostawiono jako dowód, że napastnikami byli polscy powstańcy. W tym samym czasie miały miejsce inne prowokacje na Śląsku. Niemcy wykorzystywali więźniów swoich obozów koncentracyjnych podrzucanych w polskich mundurach i rozstrzeliwanych na miejscu.

Świat obudził się ze zdumiewającą wiadomością, że Polska rozpoczęła niesprowokowany atak na hitlerowskie Niemcy, a siły niemieckie "odpowiedziały ogniem".
Napad na radiostację gliwicką stanowił tylko fragment znacznie szerzej zakrojonej akcji, koordynowanej przez SD przy wydatnej pomocy Abwehry (wojskowy wywiad i kontrwywiad), której dopiero później przypisano kryptonim „Tannenberg”.

Zapraszam Cię do kolejnego podcastu zrealizowanego wspólnie z Historia jakiej nie znacie.





środa, 13 kwietnia 2022

Katyń - Echa z dołów śmierci


     Ostaszków, Kozielsk i Starobielsk były przeznaczone dla polskiej „inteligencji” i są synonimem zbrodni katyńskiej. Jednak nie tylko te miejsca były katowniami dla niewygodnych Polaków, należy również pamiętać o więzieniach w Charkowie, Kalininie (Twerze), Kijowie, Mińsku. Łącznie czerwoni zbrodniarze zamordowali co najmniej 21768 obywateli polskich. Duchowni, oficerowie wojska i rezerwy, policjanci, naukowcy, lekarze, profesorowie, nauczyciele, urzędnicy i inżynierowie, wszyscy zostali uwięzieni i ostatecznie przeznaczeni do likwidacji. W tych miejscach odosobnienia przebywały osoby, które dla ZSRR stanowiły zarówno duże zagrożenie, jak i „łakomy kąsek”. Sowieci starali się pozyskać przetrzymywanych tam jeńców do współpracy. Udało im się „przekonać” około 100 osób, między innymi Zygmunta Berlinga, Kazimierza Rosen-Zawadzkiego czy Eustachego Górczyńskiego. Były to w większości osoby stawiające własne dobro nad życie kolegów i ojczyznę, więc w tym tekście warte są jedynie wspomnienia.


Ekshumowane w 1943 roku ciało majora Adama Solskiego.


Był to jednak wynik znikomy i kompletnie niezadowalający, a major Wasilij Zarubin, as sowieckich służb specjalnych przesłuchujący Polaków i badający ich przydatność, mógł jedynie zaraportować o niepowodzeniu operacji. W marcu 1940 roku Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych Ławrientij Beria zdecydował o „rozładowaniu obozów”, innymi słowy mówiąc, rozpoczęła się likwidacja osadzonych tam ludzi. „Decyzja z 5 III 1940 roku” zawierała polecenie uśmiercenia 14700 osób z obozów jenieckich w Ostaszkowie, Kozielsku i Starobielsku, oraz 11 tysięcy z więzień znajdujących się na zachodniej Białorusi i Ukrainie.

wtorek, 28 września 2021

Karaszewski i Salwa - Samotni obrońcy ojczyzny

Pierwszego września 1939 roku wielu Polaków rzuciło swój los na szalę w imieniu obrony ojczyzny. Bronili nie tylko swojego kraju, ale również swoich miast, podwórek, domów i rodzin. Niejednokrotnie nieśli tę ofiarę samotnie i bez perspektyw na zachowanie własnego życia, tylko po to, by dać szansę innym. Dziś zapraszam na dwie krótkie, aczkolwiek dramatyczne i wymowne historie. Kapral Józef Salwa i plutonowy Stefan Karaszewski są niejako ikonami poświęcenia i patriotyzmu w tamtych ciężkich dniach. Obaj samotnie stawili czoła przewyższającemu w liczbie i uzbrojeniu przeciwnikowi. Obaj zdołali na jakiś czas zatrzymać natarcie broni pancernej i obaj oddali życie w tragiczny sposób.

Żołnierz na tle plakatu propagandowego z września 1939 roku.

Z pewnością jest wielu takich bohaterów i z pewnością historii wielu nigdy nie poznamy. Tym ważniejsze jest to, aby przypominać pamięć o tych, których walka została zapamiętana.

wtorek, 21 stycznia 2020

Plan operacyjny Zachód - Wielka improwizacja Marszałka Edwarda Rydz-Śmigłego




Autor artykułu: Szymon Waraska.


Geneza polskich planów operacyjnych


W latach 20. powstał w Oddziale III Naczelnego Dowództwa Wydział Planowania na wypadek ewentualnej wojny z Niemcami. W 1921 r. polski Sztab Generalny rozpoczął opracowywanie wstępnych planów działań zaczepnych o charakterze prewencyjnym. Miało to zlikwidować zagrożenie od strony Prus Wschodnich. Wyznaczono trzy cele działań:

- Opanowanie zachodniej części Prus Wschodnich (plan "Prusy Wschodnie")
- Opanowanie obszaru Pomorza na wschód od Odry ("plan Bałtyk")
- Opanowanie Górnego Śląska ("plan Śląsk").

Powstały aż trzy warianty działań zaczepnych. Miały zostać zainicjowane w zależności od stosunku sił. Marszałek Foch próbował przeforsować plan obustronnej ofensywy prowadzącej do Berlina. Z powodu poważnych zastrzeżeń strony polskiej plan zmieniono. Najpierw miał zostać zrealizowany plan "Prusy Wschodnie", a dopiero w następnej kolejności ofensywa na Berlin. Plan Focha obowiązywał teoretycznie do roku 1933.


Marszałek Piłsudski przyjmuje paradę kawalerii. Krakowskie Błonie, październik 1933 roku.

           W roku 1921 inspektor armii w Toruniu gen. Leonard Skierski, stworzył studium wojskowe pt." Plan osłony Pomorza". Zwrócił w nim uwagę na trudności obrony Pomorza z powodu jego położenia strategicznego. Według gen. Skierskiego oddziały polskie na Pomorzu były narażone na uderzenia z dwóch stron. Dlatego użycie polskich oddziałów skazane było na niepowodzenie. Podobne studia w tym samym czasie prowadził gen. Władysław Sikorski. Uczył się w ten sposób nowego teatru działań, ponieważ uważał, że wojna z Niemcami stanie się niedługo realna.

czwartek, 17 października 2019

Przygotowania do obrony Pomorza Nadwiślańskiego w 1939 roku.




Autor artykułu: Szymon Waraska.


Budowa umocnień polowych

Do 1935 r. w Polsce jedynie na Śląsku wybudowano nieliczne umocnienia zamykające ważniejsze drogi na wypadek wypadu oddziałów niemieckich. Jedynie inspektorowie armii opracowywali kompletne projekty, jednak nigdy nie doczekały się one realizacji. Dopiero pod koniec 1935 r. generalny inspektor sił zbrojnych postanowił ufortyfikować niektóre obszary na wschodniej i zachodniej granicy. Fortyfikacje miały stwarzać oparcie dla manewru strategicznego. Stworzono wtedy przy Sztabie Głównym inspektorat saperów, kierowany przez gen. Stanisława Dąbowskiego. Każdy inspektor armii otrzymał od Naczelnego Wodza określone wytyczne. Później każdy inspektor miał opracować dokładny plan swojego odcinka. Plan ten polegał na wyznaczeniu w terenie sieci ognia, oraz punktów, w których miały być wybudowane fortyfikacje. Wielkość i wytrzymałość ustalono na podstawie terenu, oraz znaczenia strategicznego. Opracowany plan zatwierdzał generalny inspektor sił zbrojnych, oraz przekazywał dalej z uwagami inspektorowi saperów.

Ciężki schron bojowy na śląsku. Schron dowodzenia z punktu obrony "Niezdara". W czasie wojny wysadzony przez Niemców w celach ćwiczebnych.

Inspektor saperów z kolei miał opracować w swoim biurze projekty techniczne i kosztorysy. Pracami w terenie kierowali oficerowie fortyfikacyjni podlegający inspektorowi saperów. Kontrolowali ich pracę oficerowie armii. Budowa fortyfikacji w tym okresie była przedsięwzięciem trudnym, ponieważ oficerom brakowało doświadczenia. Inspektorowie armii często tworzyli projekty zbyt dużych obiektów albo zbyt małych. Fabryki traciły czas na tworzenie nieudanych konstrukcji, przez to opóźniały się dostawy sprzętu. W 1937 r. Inspektor saperów zapoznał się dokładnie z fortyfikacjami linii Maginota. Zakupiono nowy sprzęt techniczny oraz wykorzystano francuskie plany i zdobyte doświadczenie.

niedziela, 1 września 2019

PZL.23 "Karaś" - "Rybka w stawie pełnym drapieżników"

Sobota 2 września 1939 roku, lotnisko zapasowe Wsola pod Radomiem.

Dowódca eskadry, kapitan obserwator Jan Buczma kręcił powoli głową. Przed nim stała grupka lotników z 21 Lekkiej Eskadry Bombowej. Za nimi zaś, około 500 m poza pasem startowym leżały dwa "Karasie" z połamanym podwoziem. Cóż, była to "pięta achillesowa" tych maszyn i wystarczyła byle nierówność, by golenie lub same koła uległy awarii. Bliżej kapitana stało tych trzech pechowców, którzy próbowali polecieć ów samolotami. Obserwator podporucznik Brama, z rezygnacją rozpinał powoli swój kombinezon, gdy dowódca spojrzał na pilota, kaprala Stanisława Obiorka, ten pokręcił jedynie spuszczoną głową. Wtedy nie mógł wiedzieć, że jeszcze odpłaci tym, którzy napadli na jego ojczyznę i że za dwa lata będzie bombardował Berlin, Hamburg i Wilhelmshaven.
Kapitan Buczma zwrócił się do strzelca pokładowego, kaprala Teofila Gary:
- Masz chyba dość na dzisiaj co?
Ten szczerząc zęby, odparł:
- Nie! Nie było takiego wypadku w naszej rodzinie. Jeszcze dzisiaj muszę zobaczyć się z Niemcami.
- Dobrze. Kto poleci z kapralem Garą na ochotnika? Potrzebny pilot i obserwator.
Na te słowa dowódcy eskadry z szeregu wystąpił pilot, plutonowy Wacław Buczyłko. Jednak żaden z obserwatorów nie kwapił się do samotnego lotu. Może przez te pechowe dwa starty uznali, że dziś lepiej nie próbować swojego szczęścia. W końcu Kapitan spojrzał na najbliżej stojącego i rzucił krótko:
- Poleci obserwator sierżant podchorąży Stefan Gębicki.
I tak nowa, na prędko skompletowana załoga, wsiadła do grzejącego już silnik samolotu PZL.23, jedynego, który był przygotowany do lotu bojowego. Oczywiście poza tymi dwoma, które na rozbiegu zaryły "nosami" w ziemię.
Buczyłko sprawnie poderwał, nieco ociężałą z powodu 400 kg bomb pod skrzydłami, maszynę w górę. Zegarek wskazywał krótko przed 4 rano. "Karaś" wzbił się na wysokość 1.100 m, a pilot skierował go w stronę Radomska i Częstochowy. Lotnicy mogli po chwili dokładnie zobaczyć stanowiska polskiej artylerii przeciwlotniczej a za nią łuny ognia i dym. Pilot obniżył lot na około 900 m, kiedy znaleźli się nad niemieckimi pozycjami. Rozszalał się ogień p-lotek, pociski cięły bezustannie powietrze po przekątnej do samolotu Polaków. Pilot zgrabnie zaczął wykonywać uniki, kręcąc piruety i przechodząc w lot koszący do wysokości około 100 m. Polska maszyna nie mogła się jednak przebić nad wyznaczony cel. W kabinie gęstniało od dymu pożarów szalejących na ziemi i unosił się natrętny zapach paliwa oraz spalin. Strzelec "siedzący na ogonie" obijał się niemiłosiernie o kadłub i swój karabin, pilot zaś momentami tracił zupełnie widoczność, oczy zalewał mu pot zmieszany z dymem i brudem osiadających na skórze spalin. Jedynie obserwator, skryty w "brzuchu" samolotu zdawał się wygodnie leżeć. Po 20 minutach "tańca" z niemiecką artylerią przeciwlotniczą, zmęczony plutonowy Buczyłko zrezygnował z dalszych prób przelotu nad cel. PZL.23 Wzbił się w górę ostrym skrętem na zachód. Odchodząc od zadymionego terenu, Polacy znaleźli się nad III Rzeszą. Lecąc nad lasami, rozglądali się za celem, w który mogliby posłać podczepione do kadłuba "cukierki". Nagle pilot poczuł, że ktoś trąca go w ramię gdy się odwrócił, zobaczył rękę kaprala Gary z wyciągniętą karteczką. Wziął ją z jego ręki i rozłożył na kolanie:
"Nabierz wysokości do 1.300 metrów – ponieważ bomby powinniśmy im zrzucić – najlepiej na jakąś fabrykę. Automat nastawiony na pojedyncze, ale może trzeba będzie wszystkie wyrzucić razem".
Samolot wzbił się w górę, niebo robiło się coraz jaśniejsze i strzelec zaczął nerwowo rozglądać się za sylwetkami niemieckich myśliwców. Wokoło nie było jednak ani śladu po szkopach, los sprzyjał tego dnia "Karasiowi" i jego załodze. Messerschmitty Bf 110 z Zerstörer-Geschwader 76, które startowały z lotniska w Märzdorf, znajdowały się akurat daleko nad polskim niebem. Po kilku chwilach kapral Gara zauważył w dole po prawej stronie zabudowania miejskie, w tym momencie pilot skierował maszynę w ich stronę. Gdy w dole przesuwały się powoli malutkie sylwetki budynków, w słuchawkach strzelca rozbrzmiał wesoły głos plutonowego Buczyłki:
- Stary, przypnij spadochron, bo mam cel.
PZL.23 przelatując ponad dymiącymi kominami fabryki na wysokości 1.400 m, zaczął pikować w ich stronę. Zaczepy podtrzymujące osiem 50 kg bomb, zostały zwolnione przez podchorążego Gębickiego. Do tej pory panująca cisza i spokój nad Oławą, została przerwana głośną eksplozją. Nad dachem chemicznej fabryki zaczął unosić się gęsty dym, a gdzieniegdzie pojawiły się języki ognia. Polska załoga z poczuciem spełnienia obowiązku i radością w sercu nieniepokojona przez nikogo wróciła na lotnisko. 2 Września 1939 roku na teren III Rzeszy spadły pierwsze polskie bomby, uszkadzając fabrykę w Ohlau...

*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.


Polski lekki samolot bombowo rozpoznawczy PZL.23 Karaś



PZL.23 "Karaś" jest dziś postrzegany w dwojaki sposób. Z jednej strony można znaleźć na jego temat takie przymiotniki jak "zdmuchiwacz czołgów" lub "polski nurkowiec", dowiedzieć się o rajdach tych samolotów na tereny III Rzeszy, udanych bombardowaniach kolumn pancernych i zaopatrzeniowych wroga, oraz męstwie załóg tego samolotu. Z drugiej strony, w kontraście stoją natomiast takie argument jak: 86% straconych maszyn w trakcie działań wojennych, czy znikomy efekt ataków "Karasi" na ruchy wojsk niemieckich i całość sytuacji na froncie. Nie ulega wątpliwości, że PZL.23 był ciekawą, choć nie pozbawioną wad, konstrukcją. Dzisiaj przyjrzymy mu się bliżej.

sobota, 29 czerwca 2019

Koncepcje obrony wybrzeża i przygotowania do niej 1920-1939


Autor artykułu: Szymon Waraska.


1. Geneza obrony Wybrzeża



Polska Marynarka Wojenna powstała 28 listopada 1918. Wówczas były kontradmirał floty carskiej, Kazimierz Porębski założył stowarzyszenie, "Bandera Polska". Garstka marynarzy zarekwirowała statki wiślane, tworząc zalążek polskiej floty. Dwa lata później Polska przejęła przyznany jej przez traktat Wersalski kawałek wybrzeża. Wówczas powstało dowództwo wybrzeża morskiego. Dowódcą został płk.mar. Jerzy Świrski. 

ORP "Wawel" jeden z okrętów Flotylli Wiślanej.

Po raz pierwszy problem obrony Wybrzeża pojawił się w roku 1924. Wówczas przyznano Polsce Westerplatte jako miejsce dla Wojskowej Składnicy Tranzytowej. W tym samym czasie Biuro Ścisłej Rady Wojennej rozpoczęło studia nad umocnieniem Gdyni. Odpowiednie wytyczne opracował Oddział IIIa Biura Ścisłej Rady Wojennej pod kierownictwem płk. Tadeusza Kutrzeby. Początkowo myślano o ufortyfikowaniu tylko Półwyspu Helskiego. Półwysep miał stanowić osłonę bazy i portu w Gdyni. Pod wpływem sugestii inspektora fortyfikacji, gen.bryg.inż. Hugona Griebscha, postanowiono także umocnić Gdynię, która miała być twierdzą pierścieniową. Także płk. Kutrzeba zajmował się zagadnieniem obrony Wybrzeża oraz możliwościami Marynarki Wojennej. Już jako szef Biura Ścisłej Rady Wojennej przygotował grę wojenną w wąskim gronie osób. Brał w niej udział, między innymi kmdr. por. Józef Unrug. Wymiana poglądów umożliwiła dokładne sprecyzowanie zadań Marynarki Wojennej, w czasie wojny ze Związkiem Radzieckim lub Niemcami. 

piątek, 1 lutego 2019

Historia w tle fotografii - Dramat polskiego września

13 września 1939 roku, pogoda w Warszawie była nadzwyczaj dobra. Błękitne niebo, niemalże bez jednej chmurki, rozświetlało ciepłe słońce. Na polu nieopodal chłopskiej chałupy siedem kobiet kopało ziemniaki. Pracowały sprawnie i szybko, nie zwracając uwagi na otoczenie,  jedynie co jakiś czas któraś z nich spoglądała w niebo. Nieopodal na łączeniu ulic Jana Ostroroga i Tatarskiej stał zaparkowany samochód, o którego karoserię opierał się polski oficer w mundurze. Wraz z siedzącym w pojeździe kierowcą przyglądali się mężczyźnie w jasnym garniturze, który fotografował pracujące kobiety, nagle nad ich głowami rozległ się jęk silników, dwa samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach pojawiły się nad poletkiem i chałupą. Kiedy powietrze rozerwał huk pierwszej bomby, oficer rzucił się w stronę fotografa wołając by ten wsiadł do czekającego już z zapalonym silnikiem auta. Mężczyzna jednak nadal majstrował przy swojej kamerze. 
Kobiety niczym wystraszone wróble rozpierzchły się po działce i popadały między krzaki, dwie z nich zaś wbiegły do chałupy. Jedna ze rzuconych przez niemieckie samoloty bomb zawaliła cześć budynku, z którego wybiegła 14-letnia Andzia Kostewicz i padła w trawę kryjąc się przed napastnikami.
Po zbombardowaniu okolicy samoloty zaczęły się oddalać. Polskiemu oficerowi udało się zapakować swojego podopiecznego do auta, które ruszyłoby opuścić zagrożony obszar. Mężczyzna w jasnym garniturze spojrzał w stronę parceli, na której z ziemi powoli podnosiły się ludzkie sylwetki. Wtedy jedna z maszyn Luftwaffe wykonała zwrot przez skrzydło i ponownie runęła na bezbronne kobiety, tępy, głuchy dźwięk działek pokładowych rozległ się w okolicy. Mężczyźni w pojeździe mogli go dobrze słyszeć, a fotograf widział ciętą pociskami i wzbijaną w powietrze ziemię, samolot rzucił na cywilów bombę odłamkową, która eksplodowała pośrodku łąki. 14-letnia Andzia zdołała jeszcze przycisnąć dłonie do ran nim padła martwa w trawę...
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych
    
12 letnia Kazimiera płacze nad ciałem swojej siostry Andzi. Warszawa 14 wrzesień 1939 rok.

Dosyć znane zdjęcie z polskiego września 39 roku autorstwa Juliena Bryana, przedstawia płaczącą dziewczynkę nad ciałem jej siostry. Jest ono dobrze rozpoznawalne nie tylko w naszym kraju, ale również i za granicą. Spoglądając na tę fotografię, zawsze czułem żal i smutek. Jednak gdy zostałem skonfrontowany z pytaniem, co się stało z ów płaczącym dzieckiem i czy przeżyło wojnę, poczułem zakłopotanie. Oczywisty obraz stał się zagadką i powodem do wstydu, że tak naprawdę nic, poza tym co widać na fotografii, o nim nie wiem. Tym bardziej zaskoczyła mnie historia ukryta za tym jednym kadrem i tym bardziej należy ją opowiedzieć.

sobota, 29 grudnia 2018

Ostatnie bitwy kampanii wrześniowej cz.3 - Porażka

Trzecia i ostatnia część artykułu Szymona Waraski:


Kapitulacja ostatnich punktów oporu



21 września gen Langer po rozmowach z przedstawicielami Armii Czerwonej postanowił, mając do wyboru Niemców lub Rosian poddać miasto Armii Czerwonej pod warunkiem puszczenia wolno wojska i policji. Decyzja ta wywołała bunt części oficerów, ale na ostatniej odprawie przyznali rację gen Langnerowi, że sytuacja jest beznadziejna. 22 września o 8 rano polska delegacja kierowana przez gen. Langnera podpisała protokół o przekazaniu miasta Lwowa wojskom Związku Radzieckiego. W południe Armia Czerwona wkroczyła do miasta, wbrew obietnicom, oficerów wraz z gen. Langnerem aresztowało NKWD. W tym samym czasie to, co zostało z Frontu Północnego dowodzonego przez gen Dęba Biernackiego, atakuje bezskutecznie niemiecką 27 dywizję piechoty i 4 dywizję lekką pod Tomaszowem.

Radziecka flaga we Lwowie. Wrzesień 1939 roku.

Następnego dnia Armia Czerwona dotarła do Bugu, zachodząc Polaków od tyłu, w tej sytuacji gen. Dąb- Biernacki musiał się poddać, przebija się jedynie grupa operacyjna gen Andersa. W Brześciu 22 września odbyła się ceremonia przekazania miasta Armii Czerwonej, w której stronę niemiecką reprezentował generał Heinz Guderian. Tymczasem dowódca niemieckiej 8 armii gen. Blaskowitz wydał rozkaz w sprawie ataku na Warszawę. 

środa, 12 grudnia 2018

Ostatnie bitwy kampanii wrześniowej cz.2 - "Cios w plecy"

Druga część artykułu Szymona Waraski:


Od wkroczenia Armii Czerwonej do zagłady Armii Kraków pod Tomaszowem


17 września od godziny czwartej nad ranem, docierały informację o przekroczeniu granicy polskiej przez Armię Czerwoną. Utracono łączność z Baranowiczami, Wilnem, Grodnem. Na terytorium Polski wkroczyły dwa fronty Białoruski i Ukraiński, razem liczące około 650 tys. żołnierzy. Polskie oddziały były zdezorientowane. Niektórzy sądzili, że oddziały te przyszły na pomoc Polsce. Rzeczywistość była jednak inna, a w związku z sytuacją 10 brygada Kawzmot otrzymuje rozkaz odejścia nad Dniestr. Niedługo potem brygada i inne polskie oddziały przekraczają granicę węgierską i Rumuńską. Niemieckie oddziały zaczęły nacierać na Horodyszcze, zmuszając nieliczne w tym rejonie polskie oddziały do odwrotu w stronę granicy węgierskiej. 17 września po kilku dniach obrony poddał się Brześć.

Wkroczenie wojsk sowieckich 17 września na ziemie polskie w propagandowej gazecie propagandowej z 21 września 1939 roku.

W tym samym czasie armia Kraków po oderwaniu się w nocy od wroga znajdowała się w lasach koło Zwierzyńca. Armia pozbyła się części samochodów, aby zebrać paliwo dla Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. Grupa Boruta pod Józefowem i Nowinami, walczy z niemiecką 28 dywizją piechoty, która usiłuje przeciąć armii drogę na Tomaszów. Grupa Jagmin walczyła pod Góreckiem z 8 niemiecką dywizją. Krakowska brygada kawalerii stanęła w ugrupowaniu obronnym w rejonie Kosobudy. Patrole Krakowskiej BK oraz Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej natrafiły, na okupującego się wroga pod Zamościem oraz w lesie pod Tomaszowem. Kleszcze wokół armii Kraków zostały tego dnia mocniej zaciśnięte.

środa, 21 listopada 2018

Ostatnie bitwy kampanii wrześniowej cz.1 - Krew za honor

Szymon Waraksa zaprasza do lektury:

      12 września 1939 roku na zebraniu Najwyższej Rady Wojennej w Abbville przedstawiciele Francji i Wielkiej Brytanii podjęli, decyzję o przerwaniu jakiejkolwiek pomocy dla Polski. Uznano, że sytuacja polskiej armii jest już beznadziejna, a upadek Warszawy jest już tylko kwestią dni. Według premiera Chamberlain nie można było już nic zrobić dla Polski. Francja i Wielka Brytania rozpoczęły przygotowania do wojny pozycyjnej. W tym samym czasie sytuacja w Polsce była bardzo skomplikowana. Generał Kutrzeba przed kilkoma dniami rozpoczął bitwę nad Bzurą, co było dla dowódcy niemieckiej 8 armii całkowitym zaskoczeniem. Przekreśliło to całkowicie niemieckie plany zdobycia Warszawy z marszu. Jednocześnie Niemcy przekroczyli na odcinku armii Modlin Bug. Pod Maciejowicami i Górą Kalwarią przekroczyli Wisłę. W ten sposób plany Naczelnego Wodza, oparcia linii obrony na rzece Wiśle w tym momencie były już całkowicie nieaktualne. Marszałek Rydz-Śmigły usiłuje temu przeciwdziałać, tworząc Front Północny i Południowy. Front Północny dowodzony przez generała Dęba Biernackiego nigdy w zasadzie nie, stworzył jednolitej obrony i bardzo szybko się rozpadł. Front Południowy dowodzony przez generała Kazimierza Sosnkowskiego, miał składać się z armii Kraków i Karpaty połączonych w jedną całość. Decyzja ta dowodziła o słabym rozeznaniu sytuacji przez Naczelnego Wodza, który nie wiedział, że linia Sanu, której miały bronić obie armię stanowi fikcję. Rozkaz odwrotu na przedmoście rumuńskie był aktem desperacji i ostatnią deską ratunku. Naczelny Wódz chciał na południowo wschodnim krańcu kraju przetrwać aż do 17 września kiedy miała zacząć się francuska ofensywa.

Żołnierze Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego i francuskiego lotniczego personelu naziemnego w trakcie "dziwnej wojny". Wrzesień 1939 rok

W ten sposób 12 września zaczęły się walki armii Kraków oraz oddziałów armii Karpaty nad Sanem. Zbliżał się nieubłaganie czas wkroczenia Armii Czerwonej na terytorium II RP, a Józef Stalin bacznie się przyglądał rozwojowi sytuacji w Polsce, aby wkroczyć na terytorium Polski w dogodnym dla siebie momencie. Nieubłaganie zbliżał się (chociaż żaden z polskich żołnierzy, a także dowódców jeszcze tego nie wiedział) koniec kampanii.

sobota, 1 września 2018

Ostatni kosynierzy - "Czerwoni" lub nie, po prostu bohaterzy

Na skraju lasu panował względny spokój. Nagle kilkadziesiąt postaci z biało-czerwonymi przepaskami na ramieniu przemknęło chyłkiem między drzewami. Prawie nie było ich widać, gdyby nie odbite słońce w srebrzystym metalu kos i "szpic" zatkniętych na drzewcach. Między krzakami i drzewami czaił się wróg, ale Polacy nie czuli lęku. Przyczajeni czekali. Z prawej rozległy się salwy z broni palnej, do których dołączyła kanonada z lewej. Nieprzyjaciel poderwał się z bronią gotową do strzału. Było widać nerwowość i niepokój w ich ruchach. Kiedy wróg skupił swą uwagę na zgiełku, z zarośli i krzaków poderwali się kosynierzy.
- Hurrrraa!
Rozległ się gromki okrzyk. Nim Niemcy zdołali się zorientować w sytuacji, polskie kosy i piki cięły i kuły ich ciała, które padały w drgawkach na ziemię. Część z nich próbowało, w gęstwinie leśnej, podjąć walkę na bagnety, jednak kosy okazały się skuteczniejsze. 
Broń zdobyta na Niemcach, choć częściowo pokryła potrzeby kompanii kosynierów.
Był wrzesień 1939 roku...
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Andrzej Skibiński i jego syn Janusz. Kosynierzy z Gdyni. Wrzesień 1939 roku.

Kosynier to ikona polskiej walki o wolność i tożsamość narodową. Wizytówka powstań niepodległościowych i bitew takich jak ta pod Racławicami. Każdy potrafi sobie wyobrazić chłopa w kościuszkowskiej czapce, białym lub szarym płaszczu i kosą zatkniętą na sztorc. Ten romantyczny obraz maluje się pod powiekami niemalże każdemu Polakowi na dźwięk słowa "kosynier". Komu przyszłoby jednak do głowy, że kosynierzy, choć inaczej umundurowani, ale jednak z kosami na sztorc, wzięli udział w walkach o ojczyznę we wrześniu 1939 roku. Dodać należy, że wykazali się zarówno dużym męstwem jak i wyjątkową skutecznością. Niemcy panicznie bali się tych mężczyzn z kosami, czatujących na nich w lasach polskiego wybrzeża. Nadali im nawet nazwę: "czarne diabły". Poniżej krótka historia ostatnich kosynierów, którzy oddawali życie za wolną Polskę.

niedziela, 17 września 2017

Szack - "Póki my żyjemy"

Był rześki, czwartkowy poranek. Wrzesień dobiegał końca a i pogoda nie była już taka jak na początku. Początku września, początku wojny... Wśród zarośli na skraju lasu, równolegle do grobli, która prowadziła z małej mieściny o nazwie Szack, grupowali się ludzie. Było od razu widać, że to wojsko. Sprawnie i w szybkim tempie ustawiono działa z wylotami skierowanymi w stronę wsi. Oficer w stopniu majora uważnie obserwował wszystkie działania. Czterdziestojednoletni mężczyzna o okrągłej twarzy i krótko przystrzyżonych ciemnych włosach przyglądał się pobliskim zabudowaniom. Wiedział dobrze co kryje się wśród niepozornych poobdzieranych chałup. Już nie raz w ciągu tego miesiąca, wraz ze swoim batalionem Korpusu Obrony Pogranicza "Bereźne", przyszło mu walczyć z tą dziką hordą. Teraz miało być inaczej, tym razem to oni mieli zaatakować. Wskazówki zegarka tykały w okolicach ósmej a całe zgrupowanie, nie tylko batalion majora Antoniego Żurowskiego, było gotowe do boju.
Nagle od strony Szacka zaczął dobiegać charakterystyczny, basowy łoskot. Zanim pomiędzy budynkami ukazały się pierwsze sylwetki pojazdów, ktoś obok majora szepnął:
- "Czołgi..."
Pancerna kolumna zaczęła wylewać się ze wsi. Linia polskich żołnierzy jakby zafalowała - to oni mieli atakować a tu znów wróg odebrał im nawet tę możliwość.
- "Spokój!"
- "Trzymać linię!"

- "Nie strzelać!"
Rozległy się wokół rozkazy oficerów. Sowieci rwali do przodu jak na paradzie. Dowódcy stali pewni siebie w otwartych lukach z zaciętymi minami, jak gdyby od samego ich widoku miała pęknąć polska linia obrony. Czołgi a za nimi pojazdy pancerne i na końcu ciężarówka z piechotą, cały konwój jechał niemalże w szeregu. Na więcej nie pozwalała grobla, a raczej bagna rozlewające się po obu jej stronach.
Celowniczowie działek zaczęli błyskawicznie kręcić korbami, naprowadzając lufy na bolszewicką watahę. Kiedy cały ten "pancerny cyrk" znalazł się na wale i z Szacka wyjechała ostatnia ciężarówka, za którą komicznie podskakiwała doczepiona doń kuchnia polowa, niby szydząc z Polaków - bo przecież zaraz jak rozjedziem Lachów trzeba coś zjeść. Działonowi jak jeden mąż krzyknęli w stronę swoich załóg:
- "Uwaga, kolejno od czoła do pancerek ognia!"
I zagrała polska artyleria, gwałtownie niczym organy na wejście w kościele, krzepiąco niczym orkiestra na Titanicu. Tym razem jednak za Polskę, za wolność i honor. I w jednej chwili znika czoło sowieckiej kolumny w kuli ognia. Jeden po drugim płoną czołgi, samochody pancerne i ciężarówki. Pośród wybuchów gdakania polskich CKMów i jęku umierających Rosjan, żywe jeszcze załogi wyskakują z pojazdów i biegną, gubiąc broń i ekwipunek, w stronę zabudowań. Polacy w transie kładą ich ogniem swej broni niczym żeńcy łany zboża. Gdy dym się nieco rozwiewa, przed wrakami pancernych skorup, stoi kilku sowieckich oficerów. Ręce wysoko w górze, pasy z bronią rzucone w błoto - poddają się. 411 Batalion Pancerny kapitana Nieseniuka został kompletnie rozbity.

Był 28 września 1939 roku i właśnie zaczęła się ostatnia zwycięska bitwa Polaków z "czerwonymi zagonami" niosącymi pokój i braterstwo na swych bagnetach.



Żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza na pozycjach przy granicy Polsko - sowieckiej.

Gdy wspominamy walki obronne we wrześniu 1939 roku mamy w pamięci przede wszystkim boje stoczone przeciw Niemcom. Patrząc na wschód i wydarzenia od 17 września niewiele pojawia się nam przed oczami. Jest to spowodowane w głównej mierze 44 latami edukacji ustroju, który próbował nam wmówić, że tam żadnych walk nie było, że Rosjanie przyszli nam pomóc. W chwili obecnej chyba nie ma już osoby, która by w to wierzyła. Jednak propaganda socjalistyczna skutecznie zakryła mgłą poświęcenie tych, którzy stawiali opór na wschodzie. Przeciętny Polak wspomni może o obronie Grodna, czy oporze Wilna. Jednak w większości uważa się, iż wojsko polskie cofało się oddając kraj bolszewikom zajmującym polskie miasta i wsie z marszu. Kłam tej tezie zadaje jednak mała miejscowość w Obwodzie Wołyńskim, obecnie na Ukrainie a wtedy w granicach II RP. Miasteczko Szack, właśnie tam żołnierze z Korpusu Obrony Pogranicza pod rozkazami generała Wilhelma Orlik-Ruckemanna stoczyli zwycięską bitwę z wlewającą się do Polski Armią Czerwoną. Szczegóły tych starć zostały jedynie pobieżnie opisane i niestety wiele aspektów z pewnością przepadło na zawsze, lecz to z tego powodu należy je wspominać i opisywać, by całkiem nie zagubiły się w annałach historii.
Wszystko zaczęło się 17 września 1939 roku...

piątek, 1 września 2017

Smok Kaszubski - O marynarzach, którzy jeździli koleją.

Marynarze w skupieniu i ciszy wpatrywali się w gęstniejący mrok wrześniowego wieczoru. Każdy na swoim stanowisku, gotowy w jednej chwili podjąć walkę. Mat Małecki pochylony nad osłoną działka tylko czekał na sposobność do oddania salwy. Dziwnym jedynie elementem był fakt, że polscy marynarze zajmowali pozycje w wagonach ciągniętych przez lokomotywę. Co prawda huśtało nieco niczym na okręcie, jednak dźwięki jakie wydawała ich jednostka były z goła różne od tych do których przywykli. Był 10 września 1939 roku. Pociąg pancerny "Smok Kaszubski", wdzierał się niezauważony coraz głębiej na tyły Niemców. Rozkaz pułkownika Dąbka brzmiał jasno: "Dotrzeć do odciętego przez wroga 1 Pułku Morskiego i wesprzeć w celu ewakuacji". W wagonie obłożonym 9 mm blachą tłoczył się oddział desantowy gotowy do walki. Parowóz ciągnął, monotonnie stukając po szynach, skład 6 wagonów. Niemca nie było jak na razie widać. Kiedy zapadła już zupełna ciemność, pociąg zbliżył się do Redy. Na rozkaz lokomotywa zatrzymała się, szarpiąc wagonami. Pod nasyp podeszło kilka postaci. 
- "Jesteśmy z pierwszego!"   
Krzyknęła jedna z nich i zniknęła między drzewami, by po chwili powrócić z kilkoma żołnierzami niosącymi swoich rannych towarzyszy. Z wagonu desantowego wylali się marynarze ubezpieczając ewakuację i pomagając wnosić tych, którzy nie byli w stanie iść o własnych siłach. W kilka minut było już po akcji. Z całego pułku ostała się jedynie zmaltretowana garstka. "Smok" ruszył z łoskotem w drogę powrotną w kierunku Gdyni. Zaczynało świtać, a przed składem w dali dało się słyszeć strzały i huk wybuchów. Pociąg przyspieszył gdy nagle marynarskim oczom ukazali się polscy żołnierze z 3 Batalionu Rezerwowego nacierający na Niemców wzdłuż drogi z kierunku Zagórza. 
Gwizdek! To dowódca "Smoka" dał sygnał do zatrzymania. Wróg nie spodziewał się Polaków na swoich tyłach a na pewno nie pociągu pancernego. Ogień z CKMów i działka celnie "kosił" żołnierzy Wehrmachtu, którzy bezradnie próbowali się przegrupować. Ostatecznie byli zmuszeni odskoczyć a "Smok Kaszubski" pośród wiwatu chłopców z Batalionu Rezerwowego, ruszył w dalszą drogę.     
* Tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Artystyczna wizja "Smoka Kaszubskiego" pod mostem na ul. Wyspiańskiego w Gdańsku

O pociągach pancernych z września 1939 roku chyba każdy słyszał, przynajmniej przelotnie. Historia tego konkretnego egzemplarza jest może krótka, ale za to bardzo interesująca i tak naprawdę nie do końca jasna. Chociażby sam fakt, że nie ma żadnych zdjęć, które by dokumentowały istnienie tego pociągu, czy też to, że załogę stanowili marynarze i tak naprawdę był prowizorycznym pociągiem pancernym powstałym z prywatnej inicjatywy jego dowódcy. Zapraszam na krótką opowieść o "Smoku Kaszubskim."

sobota, 17 września 2016

Wilno wrześniem - Ostatnie chwile polskości

Pierwsze dni września 1939 roku, upływały w Wilnie jak wszystkie inne tego roku. Ludzie spacerowali w parkach, chodzili na zakupy i do kawiarni. Szkoły i urzędy były otwarte jak zazwyczaj, a w teatrze wystawiano spektakle. Wojna z III Rzeszą wydawała się odległa, ludzie co najwyżej czytając poranną gazetę zadawali sobie pytanie, kiedy Francja i Anglia ruszy wreszcie z ofensywą na zachodzie. O wojnie świadczył jedynie przerzedzony garnizon, oddziały wymaszerowały na zachód i biły się z Niemcem. W Wilnie pozostawiono nieliczne wojska koszarowe. Sytuacja jednak miała się już niedługo zmienić i to w dość drastyczny, oraz brutalny sposób. 13 września nad miastem pokazały się samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach i naprowadzane przez sowiecką radiostację w Mińsku, bombardowały miasto. Luftwaffe obrało na cel koszary, dworzec kolejowy i elektrownię, bomby spadły również na radiostację na Lipówce. Wojna wkraczała na Wileńszczyznę.

Panorama przedwojennego Wilna. Fotografia: Jan Bułhaka

Kiedy 17 września 1939 roku sowieckie hordy ruszyły by "wyzwolić" Ukrainę i Białoruś od białopolaków i otoczyć bratnią ludność opieką w obliczu wojny. Naczelny Wódz, Edward Rydz-Śmigły wydał dyrektywę ogólną by nie walczyć z sowietami.

czwartek, 1 września 2016

Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku - 14 godzin dla Polski

 Wczesnym rankiem, kiedy słońce dopiero zapowiadało swoje wzejście na nieboskłon. Kilkudziesięcioosobowa grupka uzbrojonych ludzi, przy placu Heweliusza, poruszała się niespokojnie pomrukując. SS-Untersturmführer Alfred Heinrich spojrzał na zegarek, była 4:45, po chwili przeniósł wzrok w stronę portu i Zatoki Gdańskiej. Poprzez półmrok świtu widział jedynie szare niebo, ktoś upuścił swój hełm, a echo upadku rozbiło się o ściany pobliskich budynków. 
"Ruhe!"
 Syknął dowódca oddziału, podirytowany opóźnieniem. 4:47 - dwie minuty po terminie, odliczał w myślach Heinrich. Swoją uwagę poświęcił teraz pogrążonemu w ciemności budynkowi polskiej poczty. Nie potrafił wykryć żadnego ruchu, żaden cień nie przesuwał się w oknach. Niemcy prawie przed godziną odcięli prąd i telefon polskiej placówki, teraz czekali na sygnał. Nagle od strony kanału portowego na Zakręcie Pięciu Gwizdków dobiegły ogłuszające eksplozje. Była 4:48 1 września 1939 roku, pancernik "Schleswig-Holstein" rozpoczął ostrzał Westerplatte. Oddział wydzielony z sił: SS-Heimwehr Danzig,  SS Wachsturmbann „E” i Policji Porządkowej "Schutzpolizei" ruszył do szturmu na budynek Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Niemcy liczyli, że szybko uporają się z listonoszami i urzędnikami, by zrzucić tak rażącego ich oczy orła z gmachu i wywiesić flagi z czarną swastyką... 
Naziści podeszli pod budynek i kiedy mieli nadzieję wedrzeć się do środka przez zaskoczenie, z jednego z okien odezwał się polski karabin maszynowy. Z pozostałych zawtórowała mu broń ręczna i poleciało kilka granatów. Alfred Heinrich, dowodzący atakiem wdarł się przez wysadzone drzwi do pocztowej paczkarni, Tam jednak czekali na niego polscy obrońcy padł raniony ogniem ich broni na posadzkę, policjanci "Heimwehr" szybko pozbierali swojego dowódcę i wycofali się.   
Poczta Polska broni się... 
*Sfabularyzowana wersja pierwszych chwil ataku na Urząd Pocztowy nr 1 w Gdańsku.
  
Zdewastowana skrzynka Poczty Polskiej w Gdańsku. Eksponat Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku


Po zakończeniu I Wojny Światowej, Polska mogła odrodzić się po 123 latach niebytu na mapie świata. By zapewnić sobie "okno na świat", delegacja powstającego kraju zabiegała o pozyskanie Gdańska, jako jedynego w obecnym czasie miasta mogącego spełniać tę funkcję.

sobota, 16 kwietnia 2016

Bateria imienia Heliodora Laskowskiego - Ostatni szaniec

Polscy marynarze patrzyli jak do portu na Helu wpływają niemieckie okręty. Stali bez słowa z kamiennymi twarzami. Jednak nie czuli się pokonani, wróg nie zdołał zdobyć półwyspu pomimo wielokrotnych prób od strony lądu, morza i powietrza. Był 2 Października 1939 roku, około godziny 10. Dzień wcześniej dowództwo obrony Helu podpisało akt honorowej kapitulacji, w obliczu bezcelowości prowadzenia dalszego oporu. Oni jednak chcieli walczyć dalej, oni - załoga Baterii Cyplowej nr 31. Jeden z marynarzy spojrzał tęskno w stronę gdzie Bałtyk dotykał nieba. Myślał o swoich towarzyszach służących na polskich jednostkach, którzy otrzymali pozwolenie na ucieczkę. Dla nich walka jeszcze się nie skończyła. 
Żołnierze stali niczym do apelu, kiedy nadjechały hitlerowskie samochody. Naziści wyskakiwali z ciężarówek, z jednego z aut wysiadło kilku niemieckich oficerów. Polscy marynarze spojrzeli na swojego kapitana w nienagannie przywdzianym mundurze, pomimo lewej ręki na temblaku. Jego opanowanie i dumny wyraz twarzy uspokoił ich. Kapitan Zbigniew Przybyszewski, to on potrafił w chwilach zwątpienia i wyczerpania, swoja osobą  podnieść na duchu obrońców Helu. Osobiście kierował ogniem baterii z jednego ze stanowisk ogniowych, gdzie zresztą został ranny. Jednak nawet to nie powstrzymało go od dalszej walki. Teraz Niemiec podszedł do dowódcy helskiej baterii i zasalutował. Następnie zaproponował papierosa, wyciągając w stronę Polaka srebrną papierośnicę. Przybyszewski energicznie potrząsnął głową, szum aprobaty przeszedł przez polskie szeregi. Hitlerowiec zmieszał się nieco, zlustrował polskie oddziały i po chwili patrząc na swego adwersarza, w typowy pruski sposób zażądał:
"Zdać broń!"
Najwidoczniej nie starczyło mu rycerskości by zdobyć się na honorowy gest, który symbolicznie pozwalał pokonanym oficerom zatrzymać ich "białą broń". Kapitan Przybyszewski wystąpił z szeregu z pobladłą twarzą i zaciskając szczęki niewprawnie, jedną ręką odpinał kordzik. Niemiecki oficer wyciągnął rękę, kiedy ranny wreszcie wypiął sztylet, by mu go odebrać. Ten jednak wyminął Niemca i podszedł do nabrzeża. Z rozmachem cisnął swój paradny oręż w fale Bałtyku, dla jego żołnierzy ten gest znaczył więcej niż wszelkie słowa. Ktoś zaintonował: "Jeszcze Polska nie zginęła..." Niepokonani bohaterowie z Helu szli w niewolę śpiewając hymn narodowy. 
*Tekst na podstawie opisów żołnierzy i oficerów baterii helskiej, jak również samego komandora Zbigniewa Przybyszewskiego.



Tak skończyła się walka ostatniej polskiej placówki obronnej w 1939 roku. To aby Hel mógł bronić się kiedy skapitulowała już Warszawa, kiedy większość oddziałów polskich została albo rozbita przez niemiecko-sowieckich agresorów, albo przeszła do Rumunii i na Węgry. Było w większości zasługą bohaterskiej postawy żołnierzy i skuteczności 4 dział, jak również ludzi, którzy umożliwili ich ustawienie i wprawnie dowodzili baterią. Bateria nadbrzeżna nr 31 imienia Heliodora Laskowskiego była największą i najnowocześniejszą w Drugiej Rzeczpospolitej. Oto jej krótka historia i historia ludzi z nią związanych. 

poniedziałek, 15 lutego 2016

PZL P.11 - "Maszyna orłów"

1 września Anno Domini 1939 o godzinie 5:45 podporucznik Władysław Gnyś, poderwał swoją "jedenastkę" z lotniska w Balicach pod Krakowem. Przed nim startował jego dowódca kapitan Mieczysław Medwedecki. Rozkaz brzmi: przechwycić nieprzyjacielskie bombowce, wracające po bombardowaniu Krakowa. W trakcie lotu wznoszącego porucznik dostrzegł dwa niemieckie Junkersy 87b. Nieprzyjaciel pojawił się nagle, zaskakując zupełnie polskiego pilota. Gnyś dostrzegł jak jeden z nich sieje serią w kierunku jego dowódcy. Pierwsze kule okazały się niecelne, jednak Medwedecki najwidoczniej nie zauważył wrogich samolotów. Jego maszyna nadal wznosiła się nie wykonując żadnych manewrów. Niemiec za drugim razem przyłożył się bardziej, druga seria podziurawiła PZL 11. Mieczysław Medwedecki z przestrzeloną wątrobą próbował "posadzić" swój samolot na polu, jednak przy próbie lądowania maszyna stanęła w płomieniach. Pilot zmarł na skutek złamania podstawy czaszki. Był to pierwszy polski, a zarazem aliancki pilot, który poniósł śmierć w tej wojnie.
Gnyś w tym samym czasie zaatakował drugiego Ju87, jednak dostał się pod ogień Leutnanta Franka Neuberta, który chwilę wcześniej zestrzelił jego kolegę. Wspaniała zwrotność polskiego samolotu, była jedyną przewagą nad nieprzyjacielem i umożliwiła ucieczkę przed Niemcami. Odchodząc od miejsca potyczki skierował się w stronę Olkusza, po kilku chwilach zauważył sunące w szyku sylwetki Dornierów 17E. Polak nie zamierzał unikać walki, postanowił samotnie zaatakować. Miał tylko jedną szansę, jego myśliwiec był wolniejszy od niemieckich bombowców o jakieś 60km/h. Wykorzystując przewagę wysokości opadł w dół i otworzył ogień z dwóch KMów. Iskry i strzępy poszycia sypnęły się z wrogich maszyn. Jedna z nich zachwiała się i zbaczając z kursu uderzyła w lecącą obok. Dwa niemieckie Dorniery runęły na ziemię. Dwa pierwsze nazistowskie samoloty zostały zaliczone polskiemu pilotowi. Podporucznik Władysław Gnyś jest pierwszym alianckim pilotem, który zestrzelił niemiecki samolot. 
*Tekst na podstawie meldunków i przekazu świadków.

PZL P.11c ze 112 eskadry myśliwskiej III Dywizjonu 1 pułku lotniczego na manewrach latem 1939 roku. 

Powiedzenie - "Polski lotnik jak trzeba będzie to i na drzwiach od stodoły poleci" - było przez lata nadużywane, a wręcz straciło swoje prawdziwe znaczenie. Często interpretuje się je jako prześmiewcze i poniżające, zapominając o jego etymologii. Zwrot ten był powtarzany przez polskie asy lotnictwa, takie jak Stanisław Skalski, czy Witold Urbanowicz. Nie wynikało to jednak z pychy polskich lotników, bo nie oni go wykuli. Kiedy Anglicy w obliczu braku pilotów, byli zmuszeni sięgnąć po obcokrajowców. Okazało się, że Polacy, którzy do tej pory byli traktowani przez nich jako dwukrotni przegrani. Raz w walkach wrześniowych i drugi raz w walce o francuskie niebo, zawstydzili ich swoim kunsztem, determinacją i skutecznością. Przypominając sobie na jakim sprzęcie latali w 1939, Brytyjczycy wyrażali tym zdaniem swoje uznanie.

sobota, 28 listopada 2015

wz.35 "Ur." - Dziadek do pancernych orzechów

W roku 1935 został wprowadzony w życie program modernizacji Wojska Polskiego. Był on wymuszony wysiłkiem zbrojeniowym naszych sąsiadów, czyli III Rzeszy i ZSRR. Jednym z ważniejszych punktów reformy, była broń przeciwpancerna. Ponieważ potencjalni agresorzy rozbudowywali swoje armie o czołgi i pojazdy opancerzone, stało się koniecznym aby Wojsko Polskie na niższym szczeblu taktycznym, jak kompanie piechoty i plutony kawalerii, dysponowały środkami zapobiegawczymi. Do tej pory Polska nie dysponowała żadną wyspecjalizowaną bronią przeciwpancerną, a we wrześniu `39 główną rolę odgrywały działka i działa polskiej artylerii. 1 sierpnia 1935 roku, na mocy uchwały Komitetu do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu, podjęto decyzję o przyjęciu na stan armii polskiej karabinu przeciwpancernego wzór 35.

Karabin przeciwpancerny wzór 1935 Ur.


Historia tej broni zaczyna się w 1929 roku w Niemczech. Hermann Gerlich pracował nad pociskiem obdarzonym wysoką prędkością początkową, Chciał wynaleźć broń specjalnie do polowań na afrykańskich równinach. W trakcie prób z karabinem Halger okazało się, że pocisk może być stosowany w celach militarnych, mianowicie przebijał stalowe płyty.

sobota, 10 października 2015

TK-3 i TKS - Pancerne "karaluchy"

Major Franciszek Szystowski, dowódca 81 Dywizjonu Pancernego stał na drodze, przed szwadronem TKów (jak zwykł nazywać tankietki), intensywnie się nad czymś zastanawiając. Porucznik Witold Czerniawski, dowódca szwadronu wyraził swoje obawy przed odcięciem od pułku, gdyby Niemcy natarli z kierunku Nowej Cerkwi. "Uderzymy pierwsi." zadecydował major. W odpowiedzi rozległ się hałas silników polskich "czołgów". Cały szwadron ruszył w kolumnie drogą w stronę wsi, na przedpolu rozwijając szyk. "Tam!" Rozległo się wołanie, Czerniawski spojrzał w stronę lasu. Niemcy, cała kolumna zmotoryzowanej piechoty, zmierzała w stronę drogi na Chojnice. CKMy rozpoczęły swoją kanonadę. Nieprzyjaciel spadał z wozów ścieląc szosę zastygłymi w bezruchu ciałami. TeKi nacierały nie przerywając ostrzału. Hitlerowcy wskakiwali do rowów, lub ratowali się ucieczką w las. Niestety wzdłuż jego skraju biegł głęboki, nie do przebycia dla tankietek rów. Kiedy nie było już z kim walczyć, ponieważ wróg leżał albo trupem, albo rozpierzchł się w leśnych ostępach, dywizjon zawrócił. Jeden TK miał przebitą chłodnicę, poza tym strat nie odnotowano. Jednak wielu Niemców straciło dziś swe życie. Jeszcze na drodze generał Stanisław Skotnicki, dowódca Grupy Osłonowej "Czersk", pochwalił za akcję porucznika Czerniawskiego. To był udany dzień dla dowódcy szwadronu, jeden z takich ostatnich. Był to wieczór 1 września 1939 roku.

* Tekst na podstawie zapisków mjr. Franciszka Szystowskiego

Tankietka TKS mijana przez niemiecką kolumnę kawalerii. Dzięki niej można określić miejsce porzucenia wozu na północny odcinek frontu. Możliwym jest, iż należała do
81 Dywizjonu Pancernego.