Są w historii wydarzenia, o których nie da się pisać jedynie chłodnym językiem faktów i statystyk. Powstanie Warszawskie to nie tylko liczby oddziałów, Zdobyte ulice czy dzielnice stolicy. To przede wszystkim splecione losy młodych ludzi, którzy w sierpniu 1944 roku rzucili swoje młode życie na szalę wolności. Przeglądając pożółkłe wspomnienia żołnierzy Batalionu „Parasol”, wkraczamy w sam środek tamtych 63 dni: od entuzjazmu pierwszych strzałów na Woli, przez piekło rzezi i ruin Starówki, po samotną walkę na Czerniakowie.
![]() |
| Żołnierze zgrupowania "Radosław" w jego skład wchodził Batalion "Parasol". |
Początek sierpnia w Warszawie miał smak nagłego wybuchu pękniętej po latach niewoli tamy. Pierwsze patrolujące ulice oddziały witały okna uchylane przez staruszków dających pasterskie błogosławieństwo i mieszkańców, którzy na rogu Młynarskiej i Obozowej własnymi rękami wznosili barykady.
W książce „Pamiętniki żołnierzy batalionu AK Parasol” można przeczytać:
»To nasza sprawa – mówią. – Wy macie broń, nie łopaty, wy dziś jeszcze pójdziecie w bój!«
Powtarzali cywile, nie pozwalając powstańcom dotknąć kilofów.
Dla żołnierzy „Parasola”, wywodzących się z legendarnej I Kompanii Dywersyjnej „Kedywu”, mających na koncie głośne akcje, jak zamach na Kutscherę czy Koppego, wybuch Powstania Warszawskiego oznaczał przejście z konspiracji do otwartej walki.
Muzyka powstania: „Szafy”, Stukasy i... patefon z pieczoną gęsią
W oczach młodych chłopców z „Parasola” mieszały się powaga i zuchwałość. Pierwsze dni to gorączka oczekiwania. Zmęczeni bezczynnością, gdy obok, na Żytniej, trwały już krwawe starcia z czołgami, żołnierze z niecierpliwością rzucali się w pierwsze potyczki, choćby na rozpoznanie fabryki „Naftówka” czy w stronę niemieckiej żandarmerii.
Ale cena wolności okazała się wysoka i okrutna.
Bardzo szybko na barykadach zaczęli ginąć pierwsi koledzy: podchorąży Szary, przybyły prosto z lasu, by oddać życie za Stolicę, ppor. Kozioł, st. sierż. Śmiały i ppor. Lubicz, z którym autor jednych ze wspomnień żegnał się ostatnim, bolesnym uściskiem przed jego śmiercią w szpitalu.
W tym morzu cierpienia powstańcza codzienność rodziła jednak niezwykłe, wręcz surrealistyczne sceny. W bunkrze III Kompanii przy cmentarzu ewangelickim, pośród huku dział, grał patefon ze skocznymi tonami polki i walca, a na rożnie piekła się tłusta gęś. Gdy potężny Tygrys skierował lufę wprost w okno bunkra, żołnierze uciekali pod gradem pocisków, kapral Kier ze smutkiem opuszczał stanowisko, trzymając pod drugą pachą pieczołowicie przyciśnięty do piersi... grający patefon. Ten sam patefon przetrwał Wolę, służył na Starówce i spłonął dopiero wraz z Pałacem Krasińskich.
Po krótkim odpoczynku w Ambasadzie Bułgarskiej przy Alejach Ujazdowskich wyznaczono im kolejny, ostatni etap walk: obronę Czerniakowa.
Kiedy walki na Woli zmusiły oddziały do odwrotu, Batalion „Parasol” przeszedł na Stare Miasto. Przebijając się przez ruiny getta pod ogniem strzelców wyborowych, uczyli się w tedy wyczulenia na każdy szmer.
Na Starówce obsadzili rejon placu Krasińskich, Pałac Krasińskich oraz gmach Sądu.
Dzielnica przywitała ich pozornym spokojem, zdobycznymi panterkami z magazynów na Stawkach, biało-amarantowymi opaskami na ramionach i zrzutami z angielskich samolotów.
Młodzi żołnierze, tacy jak 15-letni goniec „Jur”, zadziwiający wszystkich spokojem i pogardą dla śmierci, czuli, że stanowią siłę.
Szybko jednak Starówka stała się piekłem na ziemi. Niemcy rzucili do walki wszystko: bombowce nurkujące Stukas, artylerię kolejową, czołgi Tygrys i przerażające miotacze min, zwane przez warszawiaków „szafami”.
»Chłopcy schudli, sczernieli, oczy straciły młodzieńczą wesołość, są zacięte, dumne, nieugięte«
Ostrzał z niemieckich „szaf”, broni maszynowej i bomby Stukasów zbierał okrutne żniwo. Pod koniec sierpnia resztki batalionu, wycieńczone i pozbawione żywności, szykowały się do ewakuacji kanałami do Śródmieścia.
Poezja na kupie gruzów i dramat kananałów
Odnajdywanie człowieczeństwa w świecie powszechnej śmierci było siłą Batalionu „Parasol”. Niezwykłym momentem tych wspomnień jest spotkanie z podchorążym „Ziutkiem” (Józefem Szczepańskim), autorem słynnych powstańczych pieśni i wierszy. Na kupie gruzów, w przerwie między ostrzałem, jasnowłosy chłopiec o oczach dziecka deklamował swoje najnowsze utwory. Słuchano go z podziwem i zdumieniem, jak celnie potrafił odczytać nastroje i myśli walczących kolegów.
Tragedia polegała jednak na tym, że powstańcza rzeczywistość nie dawała taryfy ulgowej poetom ani bohaterom. Tego samego dnia „Ziutek” zginął na oczach kolegów, a kolejni żołnierze, jak ppor. Rafał czy ppor. Wacek, padali w krwawych, wręcz samobójczych natarciach na gruzach Getta, gdzie skok przez ulicę oznaczał utratę 25% składu pododdziału.
Sierpniowa Starówka kończyła się w dymie, swądzie spalenizny i domykających pierścieniach okrążenia. Jedynym ratunkiem stały się kanały. Kiedy nadszedł czas ewakuacji do Śródmieścia, osłaniające odwrót oddziały topniały z godziny na godzinę, a ranni i wyczerpani żołnierze brodzili w nieczystościach, pozostawiając za sobą zgliszcza i przyjaciół, których nie dało się już uratować.
Czerniakowski finał. Gdy gaśnie nadzieja
Nocny przemarsz z Alej Ujazdowskich na Górny Czerniaków przebiegał w napięciu. Żołnierze przemykali pod osłoną nocy wzdłuż ruin Kościoła Św. Aleksandra, przez Nowy Świat, Książęcą, mijając niemieckie posterunki przy Szpitalu Świętego Łazarza i przecinając przekop na Czerniakowskiej. Zatrzymali się w nowoczesnym bloku przy ul. Zagórnej, gdzie dowództwo objął por. „Jeremi”.
Pierwsze dni września na Zagórnej okazały się niespodziewaną przerwą w piekielnym rytmie walk.
Żołnierze czyścili broń, porządkowali ekwipunek i... korzystali z chwilowej swobody. Około 5 września dwaj powstańcy wymknęli się na przepustkę w poszukiwaniu jedzenia w rejonie Frascati. Polowanie na dojrzałe pomidory i jabłka w opustoszałych ogrodach omal nie zakończyło się tragicznie, gdy dostrzegli ich niemieccy żołnierze z pobliskiego bunkra. Wracając z hełmami pełnymi zdobyczy, podzielili się owocami z żołnierzami z batalionu „Zośka”.
Po krótkim, niemal nierealnym powiewie normalności w Śródmieściu, gdzie „domy stały, a ulice były ulicami, nie zwaliskami gruzu”, żołnierze „Parasola” trafili na Górny Czerniaków, w rejon ulic Solec, Ludnej i Okrąg.
Z czwartego piętra klatki schodowej powstańcy prowadzili stałą obserwację ruchów wojsk niemieckich i SS-manów na wiadukcie. Nocami nad miastem pojawiały się radzieckie samoloty, tzw. „kukuruźniki”, zrzucające zaopatrzenie i nękające pozycje wroga, co budziło wśród obrońców ogromne nadzieje.
To tu rozegrały się jedne z ostatnich, tragicznych aktów epopei batalionu. Mimo brawurowych akcji, takich jak odparcie natarcia stu pięćdziesięciu SS-manów i czołgów za pomocą jednego strzału z Piat-a, czy dowcipów „Janka Zabawy”, który pod oknem głaskał niewypał z działa szturmowego mówiąc: „Dobre bydlę, dobrze, że nie wybuchło”, pierścień niemiecki zaciskał się nieubłaganie.
Podczas obserwacji od serii z broni maszynowej ciężko ranny w brzuch został strzelec „Młodzik”. Mimo sprawnie przeprowadzonej ewakuacji pod ostrzałem i przewiezienia go do szpitala w ZUS-ie, żołnierz zmarł na stole operacyjnym.
Około 11–12 września nocną ciszę rozdarł gąsienicowy chrzęst. Przez most i wiadukt przemieszczały się kolumny czołgów Tygrys, Pantera oraz dział szturmowych. Powstańcy łudzili się, że to znak wycofywania się Niemców z Warszawy. W rzeczywistości na odcinku pojawiła się elitarna niemiecka Dywizja Pancerno-Spadochronowa „Hermann Göring”, mająca za zadanie ostatecznie zgnieść opór na Czerniakowie.
Podczas obserwacji od serii z broni maszynowej ciężko ranny w brzuch został strzelec „Młodzik”. Mimo sprawnie przeprowadzonej ewakuacji pod ostrzałem i przewiezienia go do szpitala w ZUS-ie, żołnierz zmarł na stole operacyjnym.
Około 11–12 września nocną ciszę rozdarł gąsienicowy chrzęst. Przez most i wiadukt przemieszczały się kolumny czołgów Tygrys, Pantera oraz dział szturmowych. Powstańcy łudzili się, że to znak wycofywania się Niemców z Warszawy. W rzeczywistości na odcinku pojawiła się elitarna niemiecka Dywizja Pancerno-Spadochronowa „Hermann Göring”, mająca za zadanie ostatecznie zgnieść opór na Czerniakowie. Podczas obserwacji od serii z broni maszynowej ciężko ranny w brzuch został strzelec „Młodzik”. Mimo sprawnie przeprowadzonej ewakuacji pod ostrzałem i przewiezienia go do szpitala w ZUS-ie, żołnierz zmarł na stole operacyjnym.
Około 11–12 września nocną ciszę rozdarł gąsienicowy chrzęst. Przez most i wiadukt przemieszczały się kolumny czołgów Tygrys, Pantera oraz dział szturmowych. Powstańcy łudzili się, że to znak wycofywania się Niemców z Warszawy. W rzeczywistości na odcinku pojawiła się elitarna niemiecka Dywizja Pancerno-Spadochronowa „Hermann Göring”, mająca za zadanie ostatecznie zgnieść opór na Czerniakowie.
Następnego dnia ruszyło zmasowane natarcie. Ostrzał z granatników i czołgów zmusił Polaków do wycofania się przekopem przez Solec do bloku między ulicami Okrąg, Ludną i Solec. Z tych pozycji obserwowali potężne przygotowanie artyleryjskie ze strony praskiego brzegu. To ogień radzieckiej artylerii, naloty myśliwców oraz salwy z wyrzutni Katiusza, które zmiatały niemieckie pozycje w Parku Paderewskiego. W serca walczących wstąpiła wiara, że koniec walk i upragnione zwycięstwo są już tylko kwestią dni...
Piekło przy ulicy Okrąg
Złudzenia o rychłym wyzwoleniu prysły wraz z nadejściem 14 września. Choć z prawobrzeżnej Pragi spoglądały już radzieckie sztandary, na Czerniakowie rozgorzało prawdziwe piekło. Niemiecka artyleria i działka 75 mm zaczęły systematycznie obracać w gruz powstańcze pozycje. Płytki przekop przez ulicę Okrąg stał się śmiertelną pułapką, na którą polowali niemieccy snajperzy. Przy bramach piętrzyły się ciała poległych, a do piwnic co chwilę znoszono ciężko rannych.
Żołnierze „Parasola” szukali chwil ucieczki od grozy w podziemiach, śpiewali swoje szturmowe piosenki, a konspiracyjni „szabrownicy” pociągali po kryjomu z pełnych flaszek. Jednak na górze walka trwała bez przerw. W żelbetowych piwnicach Gazowni oraz w gmachu PKO obrońcy odpierali kolejne natarcia piechoty i broni pancernej. Gdy potężny wybuch Przysypał gruzem kilku żołnierzy „Parasola” w łazience jednego z mieszkań, wygrzebali się z ceglanego pyłu i wyzwiskami kwitowali kolejną bezskuteczną próbę wdarcia się wroga.
![]() |
| Barykada powstańcza na Czerniakowie |
Pewnego poranka na pierwsze piętro posterunku nad bramą od ulicy Okrąg weszło kilku żołnierzy w bolszewickich hełmach i szarych mundurach z „powykręcanymi wronami bez koron”. Zrobili to z ogromnym hałasem, niosąc ze sobą ciężki karabin maszynowy Maxim na taczkach. Powstańcy przyjęli żołnierzy z 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki z entuzjazmem, częstując ich wypchanymi w kieszenie cukierkami. Byli to przeważnie rekruci z Wołynia, przeświadczeni, że za nimi ruszy cała dywizja.
„Jak się nie przeprawią, to leżymy” – komentowali chłodno „Parasolarze”.
Nacisk wroga rósł jednak z godziny na godzinę. Do natarcia ruszyły trzy niemieckie działa szturmowe. Wówczas bohaterstwem wykazał się Paweł – węgierski Żyd i ceniony obrońca z „Parasola”. Wychylając się spokojnie przez okno z brytyjskim PIAT-em, pierwszym ze swoich ostatnich granatów zdemolował gąsienicę posuwającego się powoli działa z numerem „3”. Mimo kolejnych prób wroga, odcięci od Śródmieścia żołnierze oddzielili się od nacierających SS-manów ścianą ognia z przygotowanych butelek zapalających.
Trwające przez wiele godzin bombardowanie z granatników potrafiło złamać najbardziej wytrwałych. Pod ich naporem obrońcy musieli cofać się z kolejnych ruin, przesuwając barykady z cegieł, desek i mebli. Doszło nawet do walki na odległość rzutu granatem wewnątrz zawalonych budynków oraz pojedynków oko w oko z wdzierającymi się przez wyłomy Niemcami.
20 września około godziny 18:00 nad Czerniakowem rozległ się głuchy szum silników. Na czystym niebie pojawiły się eskadry czterosilnikowych, angielskich Liberatorów. Nagle niebo pokryły tysiące kolorowych spadochronów. Wśród walczących wybuchła niesamowita radość. Strzelano na wiwat, wierząc, że to oczekiwany desant lub odsiecz z Zachodu. Radość była jednak krótkotrwała. Większość zrzutów z żywnością i amunicją zniosło na pozycje niemieckie lub za Wisłę. W ręce powstańców nie trafiło prawie nic.
Pętla wokół „Parasola” zaciskała się nieubłaganie. Po utracie prawostronnej zabudowy ulicy Okrąg, obrońcy musieli wycofywać się z osłanianej jeszcze hali księgarni. Wśród panującego wokół chaosu, braku łączności i cywilów wywieszających w piwnicach białe flagi, nieliczna grupa żołnierzy torowała sobie drogę w stronę ulicy Wilanowskiej. Ostatni bastion walki powoli dogorywał.
Po przełamaniu obrony przez Niemców, powstańcy musieli wycofywać się piwnicami pod morderczym ogniem broni maszynowej. Wielu ciężko rannych kolegów, jak podchorąży Zan czy starszy strzelec Sokół, musiało zostać pozostawionych w domach.
»Co z nimi Niemcy zrobili – nie wiadomo«
Te słowa ze wspomnień do dziś brzmią jak cichy, tragiczny oskarżycielski wyrok.
Pułapka przy Wilanowskiej
Poranek przyniósł ponowną próbę wdarcia się niemieckich patroli od strony podwórka. Dzięki zapasowi amunicji przekazanemu przez Berlingowców, powstańcy zdołali jeszcze odeprzeć ten atak. Ostatnim szlakiem ewentualnej ewakuacji pozostała otwarta pod ostrzałem, wybita w murze dziura, wychodząca na Wilanowską 2 i prowadząca w stronę Wisły, gdzie spodziewano się zastać jeszcze polskie pozycje.
Około północy, pod osłoną ciemności, najmłodszy z obrońców został wysłany z misją dostarczenia meldunku do dowództwa. Ryzykując życie, przebiegł pod obstrzałem rakiet świetlnych i pocisków smugowych teren przy fabryce „Społem”, docierając wreszcie do okopów nad samą rzeką.
Rzeczywistość na miejscu okazała się jednak porażająca. Dowództwo i część oddziałów zdołały już ewakuować się na Mokotów. Sowiecki major stojący na czele lokalnego odcinka stanowczo odmówił udzielenia jakiejkolwiek pomocy otoczonej placówce. Pozostawieni bez wsparcia ranni leżeli w ruinach bez opieki medycznej, a łączniczki i sanitariuszki szukały schronienia w okolicznych piwnicach. Na tle płonących budynków widać było już jedynie sylwetki nadciągających do ostatecznego natarcia Niemców oraz ciężko rannego w pierś por. „Jeremiego”, niesionego na noszach.
Gdy łącznik powrócił do swoich, by przeprowadzić resztę grupy w stronę rzeki, seria z niemieckiego karabinu maszynowego ugodziła go podczas kolejnego natarcia na Wilanowskiej. Ranny, odcięty od swoich towarzyszy, musiał obserwować tragiczny finał z ukrycia.
![]() |
| Zamordowani powstańcy na podwórzu jednego z domów Warszawy. Zdjęcie wykonano 23 września 1944 |
Nastał koniec walk na Czerniakowie. Oddziały, które wpadły w ręce wroga, zostały następnego dnia rozstrzelane, w tym Paweł, bohater walk z bronią PIAT. Około 23–24 września 1944 roku walki w tym rejonie całkowicie ustały. Zdziesiątkowany i rozbity batalion „Parasol”, elita konspiracyjnego GS-u, przestał istnieć jako zorganizowany oddział bojowy, a Czerniaków stał się cmentarzyskiem jego najlepszych żołnierzy.
Pamięć, która staje się testamentem
Gdy dziś patrzymy na pożółkłe strony pamiętników, spomiędzy dymu i pyłu zniszczonych ulic nie wyłania się jedynie martwy mit. Wyłaniają się z nich twarze konkretnych chłopców i dziewcząt: „Ziutka” deklamującego wiersze wśród walących się ścian, kaprala Kiera ratującego z ognia grający patefon, czy Pawła stojącego z PIAT-em naprzeciw stalowych potworów. Oddali swoje młode lata po to, by słowo „wolność” nie stało się jedynie pustym pojęciem. I choć ich oddział przestał istnieć na czerniakowskim brzegu, to pamięć o nich – niczym ten niewzruszony, czerwony parasol z biało-czerwonym znakiem – trwa na zawsze w sercu wolnej Warszawy, stanowiąc wieczne świadectwo godności, której nie dało się zburzyć żadnym bombowcem ani czołgiem.
Pamiętniki żołnierzy Batalionu "Parasol"





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.