Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powstanie Warszawskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2026

Chłopcy z „Parasola”. Śladami wolności, krwi i warszawskich ruin

Są w historii wydarzenia, o których nie da się pisać jedynie chłodnym językiem faktów i statystyk. Powstanie Warszawskie to nie tylko liczby oddziałów, Zdobyte ulice czy dzielnice stolicy. To przede wszystkim splecione losy młodych ludzi, którzy w sierpniu 1944 roku rzucili swoje młode życie na szalę wolności. Przeglądając pożółkłe wspomnienia żołnierzy Batalionu „Parasol”, wkraczamy w sam środek tamtych 63 dni: od entuzjazmu pierwszych strzałów na Woli, przez piekło rzezi i ruin Starówki, po samotną walkę na Czerniakowie.


Żołnierze zgrupowania "Radosław" w jego skład wchodził Batalion "Parasol".

Początek sierpnia w Warszawie miał smak nagłego wybuchu pękniętej po latach niewoli tamy. Pierwsze patrolujące ulice oddziały witały okna uchylane przez staruszków dających pasterskie błogosławieństwo i mieszkańców, którzy na rogu Młynarskiej i Obozowej własnymi rękami wznosili barykady.

wtorek, 1 sierpnia 2023

"W szeregach Armii Krajowej" - Nie wszyscy byli gotowi do powstania

Gdy 1 sierpnia 1944 roku Wybuchło powstanie warszawskie, zaplanowane na godzinę 17, wielu żołnierzy Armii Krajowej, oraz zwykłych ludzi chwyciło za broń. Jednak nie wszystko szło zgodnie z planem. Pierwsze strzały padły już około godziny 13:50, kiedy Zdzisław Sierpiński wraz ze swoim plutonem transportowali broń do miejsca zbiórki. Na ulicy Kochanowskiego zostali zatrzymani przez patrol niemieckiej żandarmerii i musieli się bronić, co zresztą zakończyło się sukcesem. Jednak sporadyczne walki wybuchały przed godziną 17, niejednokrotnie zaskakując powstańców podążających na miejsca koncentracji. O godzinie 16, czyli na godzinę przed planowanym rozpoczęciem akcji lokalizacja Komendy Głównej AK, gdzie przebywali generał dywizji Tadeusz Komorowski „Bór” i jego zastępca generał brygady Tadeusz Pełczyński „Grzegorz” została przypadkowo zdekonspirowana. Niemcy atakowali budynek fabryki Jerzego Kamlera przy ulicy Dzielnej 72 róg Okopowej, jako siedzibę uzbrojonych oddziałów. Tak więc w chwili wybuchu powstania, Kwatera Główna Komendy AK była na kilka godzin zupełnie odcięta.


Koncentracja plutonu "Agaton" na cmentarzu przy ulicy Młynarskiej. 1 sierpnia 1944 roku.


Jeży Sawicki, nie był w konspiracji, nie należał do AK i nie prowadził ani działań sabotażowych, ani dywersyjnych. Ten urodzony w Katowicach mężczyzna był zwykłym mieszkańcem okupowanej Warszawy. 1 sierpnia przebywał właśnie u znajomych na ulicy Młynarskiej 37, kiedy około godziny 16:30 zaczęła się strzelanina. Powstańcy ostrzelali niemiecką ciężarówkę, zabijając kierowcę i raniąc pasażera. Sawicki postanowił włączyć się do akcji i zaproponował pomoc w tłumaczeniu. Znał niemiecki z okresu nauki w gimnazjum i dwuletnich robót przymusowych. Po akcji został już w powstańczych szeregach.

Nie wszyscy jednak tak ochoczo i optymistycznie patrzyli na wybuch powstania. Jan Rosiński ps. „Halszka” był właśnie jednym ze sceptyków. Ten człowiek nie był przypadkowym żołnierzem podziemia. 

poniedziałek, 3 października 2022

Pamiętniki żołnierzy Baonu "Pięść" - Sen zmieniony w koszmar

Był 1 sierpnia 1944 roku. Na warszawskiej Woli upalny dzień mijał niczym poprzednie. Okupant od kilku dni, znów zaczął przywracać „dyscyplinę” w mieście. Po dającej się dobrze odczuć, na początku lipca nerwowości, jeśli nie panice nawet, Niemcy znów „okrzepli” i ponad klęskami swojej armii na wschodzie przeszli do porządku dziennego. Jednak tego dnia miało wydarzyć się coś, co zmieniło życie wielu tysięcy ludzi.
Ulicą młynarską, przy akompaniamencie podkutych kopyt uderzających miarowo w kostki bruku, jechała bryczka. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby w niej nie siedziało czterech niemieckich żandarmów, którym z kolei przyglądała się bacznie grupka mężczyzn. Był to jeden z plutonów Armii Krajowej, Batalionu "Pięść" z 1. kompanii "Zemsta". Zegar w zajezdni tramwajowej wskazywał godzinę 17, kiedy kapral Hieronim Szpalerski ps. „Karaś” wraz z towarzyszami otworzyli ogień w stronę nazistowskiego patrolu. Mężczyźni uzbrojeni w „Parabelki” z zaskoczenia zaatakowali dobrze uzbrojonych Niemców. Nim przebrzmiał huk wystrzałów, czterech szkopów leżało na drodze, zalewając bruk swoją krwią. Powstańcy szybko podbiegli do ciał, by pozbierać leżące obok nich pistolety automatyczne. W tych dniach każda zdobyta na wrogu broń, była na wagę złota.
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.


Zbiórka plutonu "Agaton" na cmentarzu ewangelickim. 1 sierpnia 1944 roku.


Początek


Godzina „W”, czyli wybuch powstania w Warszawie, została wyznaczona na 17. Jej paradoks polega na tym, że dla wielu powstańców, ten zryw zaczął się znacznie wcześniej, dla innych z kolei później. Kapral podchorąży Zdzisław Sierpiński ps. „Świda” wraz ze swoimi ludźmi rozpoczął walkę już o godzinie 13:50, kiedy został zatrzymany przez Niemców w trakcie transportowania broni z meliny do punktu koncentracji oddziałów AK. Natomiast wielu powstańców nie dotarło do wyznaczonych punktów na czas. Inni zaś zwykli cywile, dołączyli do powstania już w trakcie walk. Książka „Pamiętniki żołnierzy Baonu „Pięść” - Powstanie warszawskie”, to zbiór wspomnień zebranych przez podporucznika Andrzeja Zawadzkiego, które są prawdziwą kopalnią wiedzy na temat przeżyć, odczuć i przemyśleń ludzi, którzy postanowili w tamtych dniach poświęcić swoje życie dla wolnej Warszawy, dla wolnej Polski.

niedziela, 18 września 2022

Polak, Węgier [...] - Przyjaźń z przeciwnej strony frontu

19 sierpnia 1944 roku, piekło powstania w Warszawie trwało na dobre. Niemcy nasilili atak na Stare miasto. Artyleria wroga po drugiej stronie Wisły od strony Pragi ostrzeliwała ulice i domy, Sztukasy rzucały swój śmiercionośny ładunek na skwery i kamienice. Oddziały Armii Krajowej spoza stolicy podejmowały coraz to nowe próby przebicia się do walczących w mieście. W tych dniach liczył się każdy karabin, granat, każde ramię niosące pomoc czy wsparcie.

Żołnierze plutonu lotniczego por. „Lawy” wyruszający na odsiecz Warszawie. Wiersze, 19 sierpnia 1944
1) Jerzy Baumiller "Żorż" 2) Tadeusz Gaworki "Lawa", 3) Ludwik de Laveaŭ "Bob" 4) Andrzej Berezowski "Trzynastka", 5) Zbigniew Słoczyński "Sum"

Tego dnia wieczorem z Wiersza, przez Sieraków i Laski w kierunku Żoliborza rusza kompania porucznika Jodłowskiego ps. "Mazur". Nieco ponad setka młodych ludzi. Każdy obładowany oporządzeniem, amunicją, bronią i prowiantem, ostrożnie kroczy ku stolicy.

wtorek, 15 lutego 2022

Gretz Wanda - Dywersja i sabotaż kobiet "DYSK"

Była zimna listopadowa noc, słupek rtęci w termometrach sięgał ledwo powyżej zera. Z pobliskiego lasku od strony Radomia wyłoniło się nagle pięć drobnych postaci, które ostrożnie, ale szybko i zdecydowanie ruszyły w stronę torowiska. Tuż przy torach podzieliły się nagle i rozproszyły na długości około 50 metrów w stronę Jedlni. Podmuch wiatru, niezbyt silny, ale mroźny dał się odczuć na twarzy dziesiątkami "lodowych igiełek", które szczypały w policzki i nos. Kobiecy głos zakłócił ciszę stłumionym szeptem:

- Lena! Tu powinno być dobrze.

Kobiety przykucnęły na nasypie kolejowym i wyjęły spod płaszczy małe pakunki pozawijane w papier. Część z nich zaczęła je rozwijać, pozostałe wydobyły z kieszeni metalowe przedmioty, które błysnęły w świetle księżyca.
Srebrne łyżki było łatwo schować, a w razie potrzeby można było niepostrzeżenie się ich pozbyć. Teraz miały spełnić rolę saperek. Ziemia była twarda, więc nie obeszło się bez obdarć na kostkach palców, jednak minerki pracowały sprawnie i już po chwili pod szynami powstały małe jamy, niczym lisie nory. Do tych wykopów szybko powędrowały ładunki wybuchowe wydobyte z papieru i sprawnie zmontowane. Dłonie dziewcząt drżały, gdy umieszczały te zabójcze depozyty pod stalowymi szynami. Było to spowodowane zarówno zimnem jak i podnieceniem wywołanym tym zadaniem.
Była noc z 16 na 17 listopada 1942 roku, kobiety z oddziału AK "Dysk" właśnie założyły ładunki wybuchowe w ramach akcji "odwet kolejowy" na których wykoleiły się niemieckie pociągi.

*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.


Wykolejony pociąg w jednej z akcji dywersyjnych AK

Dywersja i Sabotaż Kobiet DiSK, choć niemalże od początku do końca działalności tej organizacji pisano o niej i mówiono DYSK, była kobiecym „ramieniem” polskiego podziemia i walki z okupantem. Z czym kojarzy się kobieta żołnierz z okresu II wojny światowej? Oczywiście z sanitariuszkami, łączniczkami, kurierkami, no może jeszcze z „małym sabotażem”, rozprowadzaniem ulotek i ewentualnie z ukrywaniem przybyłych do kraju Cichociemnych, czyli z tak zwanymi „Ciotkami”. Jednak zakres działań tych pań, poza wyżej wymienionymi był znacznie większy i poważniejszy.

wtorek, 31 sierpnia 2021

Powstańcze "Pantery" - Czyli "czołgi nadziei"

" […] 2 sierpnia rano. Alarm przeciwpancerny. Podobno czołgi niemieckie sforsowały barykady na ulicy Karolkowej na wysokości stanowisk „Parasola”. Jadą Karolkową w stronę Mireckiego. Gorączkowa krzątanina. Łapiemy butelki z benzyną owinięte w słomiane wiechcie. Ktoś montuje wiązkę granatów z niemieckich trzonkowców. Z butelkami wbiegamy na piętro od strony ul. Karolkowej. Słychać potężny huk motorów. Wyglądamy przez okno. Suną dwa kolosy typu „Pantera”. Piechoty dookoła nie widać, jadą więc samotnie. Przez moment klapa włazu się otworzyła i mignęła sylwetka Niemca w czarnym mundurze, który z km na obrotniku oddał szereg strzałów po budynku. Muszą być zaskoczeni, bo nie strzelają z dział. Są na naszej wysokości, rzucamy butelki, które z trudem zapalamy zapałkami i w przypadkowo znalezionym piecyku żelaznym. Część trafia, część spada na jezdnię. Widok niesamowity. Czołgi z palącymi się pancerzami jadą dalej. Ogień spływa na jezdnię. Skręcają w Mireckiego. Ktoś rzuca butelki, ktoś inny rzuca pod gąsienicę wiązkę granatów. Niestety chybia. Czołgi jadą Mireckiego w kierunku Okopowej [...]"

*Relacja Kazimierza Kaladyka „Sławomira” z 3 Kompanii „Giewont” Batalionu „Zośka” z książki Anny Wyganowskiej-Erikson – „Pluton Pancerny Batalionu »Zośka«”.


Zdobyta przez powstańców pantera ochrzczona najpierw "Pudel" a następnie "Magda", stoi na ulicy Okopowej.


Powstanie warszawskie już od samego początku naznaczone niesprzyjającymi okolicznościami, takimi jak nieskoordynowany wybuch walk, niedostateczna ilość broni czy niepełna mobilizacja o godzinie „W”, w początkowej fazie wydawało się zdolne do wypchnięcia Niemców z miasta. Tak przynajmniej myśleli, a przynajmniej mieli taką nadzieję ci, którzy z bronią w ręku postanowili stawić opór ciemiężycielom. Jednym z dających nadzieję tym zdesperowanym ludziom momentem było zdobycie już 2 sierpnia, czyli drugiego dnia powstania, dwóch „Panter”. Dzięki temu powstał Pluton Pancerny Batalionu „Zośka”.
Wszystko zaczęło się pochmurnego i wilgotnego poranka na naznaczonej pierwszymi walkami Woli.

sobota, 1 sierpnia 2020

Powstanie Warszawskie w cieniu Berlinga - Bohaterscy żołnierze wyrachowanych dowódców

16 września 1944 roku na prawym brzegu Wisły pod filarem mostu Poniatowskiego leżała postać obserwująca rzekę przez lornetkę. Świt dopiero się budził, ale zakłócał go zgiełk dochodzący z lewego brzegu. Pierwsze pontony, wypełnione żołnierzami z 3 Dywizji Piechoty, o których mówiło się: "To ci, co nie zdążyli do Andersa", dobiły właśnie do brzegu. Nagle przed nimi pojawiły się postacie w szarych mundurach i Stahlhelmach na głowach. Zaatakowali Polaków z dwóch stron, zamykając 1 Batalion w okrążeniu. Kiedy na rzece pojawiły się łodzie drugiego rzutu, zaczęli do nich strzelać i topić jedną po drugiej. "Berlingowcy" odpowiadali chaotycznym ogniem, jednak niezbyt skutecznym. 
Obserwujący całe zdarzenie przez lornetkę, dowódca artylerii 3 Dywizji Piechoty, pułkownik Antoni Frankowski chwycił telefon i pokręcił korbką... Głucho.
- Halo! Halo!
 Krzyknął, jednak nikt mu nie odpowiedział. Linia do sztabu najwidoczniej została przerwana. Frankowski zerwał się na równe nogi i popędził w kierunku dowództwa. W głowie kotłowały mu się myśli.
"Trzeba to przerwać... wytłuką wszystkich..."
Kiedy zdyszany wpadł do sutereny, gdzie aktualnie przebywał sztab, stanął jak wryty. Na stołach zamiast map i meldunków stały flaszki z wódką, częściowo już puste i poprzewracane, a wokół niego, zamiast skupionych i napiętych twarzy zobaczył zaczerwienione policzki i zaszklone oczy. Sztabowcy wznosili toasty jeden po drugim, okrzykując się sławą za zwycięstwo i wyzwolenie Warszawy. 
Pułkownik Frankowski, przekrzykując biesiadników, zameldował:
- Desant nieudany!! Tłuką po naszych i po pontonach! Topią jeden po drugim, znikają z powierzchni niczym bańki mydlane!
Jeden z oficerów popatrzył na niego z uśmiechem i rzucił:
- Ot co z ciebie za Panikijor? Eto budet khorosho...


*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.


Forsowanie rzeki przez żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego


Kiedy 16 września 1944 roku, sytuacja powstańców stała sie beznadziejna, Bór Komorowski zdecydował o jego poddaniu. Listownie ustalił wstępne warunki kapitulacji z generałem Güntherem von Rohrem. W obliczu braku pomocy z zachodu i stagnacji Armii Czerwonej na przedpolach stolicy dalsza walka stawała się bezcelowa. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności właśnie tego dnia odezwała się sowiecka i polska artyleria. Na prawobrzeżnej Pradze wzmogły się walki, a na niebie pojawiły się samoloty z czerwoną gwiazdą. Samoloty, które nagle zniknęły 5 sierpnia.
Najprawdopodobniej Stalin postanowił, że jeszcze nie czas kończyć ten zryw, w którym codziennie ginęło średnio 317 polskich patriotów, którzy postanowili wywalczyć sobie wolność. Rozkazem generała Michaiła Malinina, szefa sztabu 1. Frontu Białoruskiego dowodzonego przez marsz. Konstantego Rokossowskiego, 1 Armia Wojska Polskiego miała przeprawić się przez Wisłę i wspomóc swoich rodaków. To, co tak bezczelnie po latach przypisywał sobie Berling jako własną inicjatywę, nakazano mu z góry.
Najważniejszym był jednak fakt, że Powstańcy uwierzyli, we wreszcie nadchodzącą i upragnioną pomoc oraz odsiecz. Żołnierze Berlinga zaś cieszyli się z faktu, że będą mogli walczyć ramię w ramię ze swoimi rodakami, na ojczystej ziemi o własną stolicę. Jak się miało później okazać, wszystkie te nadzieje zniknęły niczym pontony desantowe topione przez Niemców na Wiśle...

czwartek, 1 sierpnia 2019

Pluton Głuchoniemych - Nieme poświęcenie

Warszawa 2 Września 1944 

Powstanie trwało już od miesiąca. Zaplanowany na kilka dni zryw trwał nadal, a jego końca nie było widać. Na tyłach gmachu YMCA Przy ulicy Konopnickiej 6, niedaleko Placu Trzech Krzyży kucało pod murem dwóch mężczyzn. Ogłuszająca kakofonia broni maszynowej i wybuchy granatów rozrywały powietrze w całej okolicy. Najgorszy zdawał się dźwięk "trąb jerychońskich", zamontowanych na "Stukasach" syren, wydających ogłuszające wycie w trakcie bombardowania. Jednak przyczajeni pod murem "Gaj" i "Czerwony" obserwowali okolicę w stoickim spokoju. Nieznacznie jedynie skulili głowę w ramionach gdy omiótł ich podmuch jednej z bomb rzuconych przez Junkersa, która spadła tuż przy wejściu do budynku niszcząc jego front i zrzucając dachówki do ogrodu. Kilka chwil po tym przez okno na parterze wyskoczyło dwóch Niemców, ciężko opadając na ziemię z powodu broni, którą byli obwieszeni. "Gaj" i "Czerwony" a raczej Stanisław Gajda i Henryk Nasiłowski zamarli w bezruchu. Pierwszy z nich dał znak, żeby pójść za "szwabami", po przytakującym geście głową ruszyli ostrożnie, ale szybko za oddalającą się dwójką Niemców. Kilka susów i już byli przy nich. Polacy nie mieli przy sobie broni, poza kilkoma granatami zatkniętymi za pazuchą, musieli więc obezwładnić wroga gołymi rękami. Nim tamci zdołali się zorientować, dwóch powstańców dopadło ich od tyłu. Jeden z nich krzyknął, prosząc o litość, jednak nie mógł na nią liczyć i to nie tylko dlatego, że Polacy go nie słyszeli, ponieważ byli głuchoniemi...  




Głuchy żołnierz? Raczej niezbyt prawdopodobny scenariusz. No bo jak? Przecież by sobie nie mógł poradzić na polu walki. Nie słysząc wroga, ani nie zdając sobie sprawy z hałasu, który sam może zrobić. A jednak w trakcie powstania warszawskiego w 1944 roku AK posiadała cały pluton złożony z głuchoniemych. Pluton ten wbrew części opinii brał udział w walce z bronią w ręku i to odznaczając się męstwem i skutecznością. Głuchoniemi powstańcy są ewenementem na skalę światową, więc powinniśmy o nich pamiętać.
Poznajcie ich krótką historię...


poniedziałek, 31 lipca 2017

1.08.1944 - A gdy padły pierwsze strzały.

Kapral podchorąży Armii Krajowej, Zdzisław Sierpiński wraz ze swoją drużyną podejmuje broń z zakonspirowanego składu w jednym z warszawskich domów. Jest 1 sierpnia  1944 roku, około godziny 13, a dzień jest upalny. Ludzie "Świdy", bo takim pseudonimem posługuje się Sierpiński, upychają w milczeniu pistolety, peemy i granaty pod marynarki i płaszcze. Część broni ląduje w workach. Wszyscy dzielą się na grupki i opuszczają oddzielnie lokal. Ich "towar" musi trafić do punktu koncentracji oddziałów 9 Kompanii Dywersji Bojowej "Żniwiarz" na Żoliborzu. Jakże będą musieli się rzucać w oczy, tak naubierani, kiedy żar leje się z nieba. W głowie "Świdy" echem odbijają się słowa odezwy konspiracyjnej, zamieszczonej w biuletynie radiowym "AR":
"W ostatnich dniach zdarzyło się na terenie Warszawy szereg wypadków lekceważenia sobie środków ostrożności w stosunku do okupanta. Lekkomyślność ta pociągnęła za sobą wiele niepotrzebnych i bolesnych ofiar. Należy pamiętać, że nie czas jeszcze na dekonspirację." 
Godzinę "W", czyli moment wywołania powstania zaplanowano na godzinę 17. W całej Warszawie właśnie koncentrują się oddziały AK, podejmowana jest broń z zamelinowanych magazynów. Łączniki alarmowe od rana przekazują rozkaz pułkownika Antoniego Chruściela "Montera" o wybuchu powstania w mieście. Grupka młodych, dziwnie ubranych jak na letnią porę ludzi idzie ulicą Kochanowskiego, na czele którego nonszalancko kroczy 20 letni Sierpiński. Nagle rozlega się warkot ciężarówki. To od strony Powązek nadjeżdża niemiecki patrol żandarmerii. Samochód jedzie powoli w stronę plutonu AK, oficer siedzący obok kierowcy przygląda się przechodniom. Ludzie "Świdy", częściowo już w butach z cholewami i spodniach od munduru muszą się cholernie wyróżniać na tle "normalnych" warszawiaków. Zdzisław patrzy w oczy Niemca, wydawać by się mogło, iż ten doskonale wie kim są... Tylko jeszcze się zastanawia czy zareagować, czy udać że nic nie widzi. Po krótkim rachunku zysków i strat, na twarzy hitlerowca maluje się zdecydowanie.
"Halt! Hände hoh!"
Ciężarówka hamuje z piskiem opon, Polacy padają na ziemię wyjmują broń i zaczynają strzelać do Niemców. Nim ci zdążyli jeszcze wyskoczyć z samochodu, z drugiej strony podchodzi wsparcie AK, wysłane dla dodatkowego zabezpieczenia transportu broni. W stronę ciężarówki leci kilka granatów. Auto staje w płomieniach, kilku nazistów leży na ulicy a reszta ucieka. Sierpiński rozkazuje szybki odwrót i dociera bez strat własnych na miejsce zbiórki. To nie tak miało być, jeszcze za wcześnie, jest godzina 13:50. Pierwsze strzały powstania warszawskiego padają ponad 3 godziny za szybko.
*Tekst na podstawie wspomnień Zdzisława Sierpińskiego, oraz książki Władysława Bartoszewskiego "Dni walczącej Stolicy"

Powstańcy Warszawscy przygotowujący się do walki. Sierpień 1944 rok.
Źródło: Mikołaj Kaczmarek

Kiedy Tadeusz "Bór" Komorowski wydawał rozkaz pułkownikowi Chruścielowi, przywódcy powstania, liczył na efekt zaskoczenia i kiepskie morale niemieckich żołnierzy. Rozkaz brzmiał:
"Jutro o piątej po południu rozpocznie pan działania."
Decyzja była oparta na informacji o zbliżającym się froncie sowieckim, który miał dotrzeć do stolicy kiedy ta będzie już wolna. Armię czerwoną miały przywitać polskie struktury administracyjne i polska armia (Armia Krajowa).