Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2026

Pływające trumny Stalina. Piekło na pokładach floty GUŁagu


Dla tysięcy więźniów radzieckich łagrów droga na Kołymę nie kończyła się na wielotygodniowej podróży bydlęcymi wagonami przez Syberię. Najgorszy etap – ten, o którym krążyły mrożące krew w żyłach legendy – zaczynał się w portach Dalekiego Wschodu. To tam, w mrocznych czeluściach ładowni statków „floty śmierci”, człowiek przestawał być jednostką, a stawał się jedynie elementem „ludzkiego ładunku”.


Statek "Odessa" w porcie we Władywostoku. Jedna z jednostek "Floty Gułagu"


poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Granice świata - wizja „Stanów Zjednoczonych Wielkiej Austrii”

Historia często wisi na włosku, a czasami wręcz na „złym skręcie”. 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie samochód arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcy tronu Austro-Węgier, zboczył z trasy, stając się bezpośrednim katalizatorem tragicznych wydarzeń XX wieku. Jak pisze Jon Elledge w swojej książce Granice świata:

»Wojna między Austro-Węgrami a Serbią, Rosja, Niemcy, Francja i Wielka Brytania mobilizujące siły, gdy misterna sieć traktatów i sojuszy tworzona przez blisko stulecie weszła w ruch. Pierwsza wojna światowa pochłonęła miliony istnień, obaliła imperia i wywołała rewolucje, przekształcając przy tym mapę Europy«.
 
Sam zamach był zwieńczeniem serii niefortunnych zdarzeń. Członkowie organizacji „Czarna Ręka” z niezwykłą determinacją dążyli do destabilizacji imperium. Pierwsza próba tego dnia, rzut bombą, zakończyła się niepowodzeniem i zranieniem postronnych osób, co powinno było być sygnałem ostrzegawczym. Jednak arcyksiążę, zamiast przerwać wizytę, postanowił odwiedzić rannych w szpitalu.


Zniszczenia po próbie zamachu na Franciszka Ferdynanda. Sarajewo 28 czerwca 1914 roku. 


To właśnie w drodze do szpitala, na skutek wspomnianego przez Elledge’a „złego skrętu” w ulicę, gdzie czekał Gavrilo Princip, losy kontynentu zostały przesądzone. Jak zauważa autor, nie był to odosobniony akt fanatyzmu, lecz kulminacja nastrojów nacjonalistycznych, które od lat drążyły fundamenty starego ładu.

piątek, 16 stycznia 2026

Proces Norymberski - Jak sądzono Przywódców III Rzeszy

Procesy norymberskie były historycznym przełomem — po raz pierwszy w dziejach międzynarodowego prawa sąd uznał, że indywidualni przywódcy państwowi mogą być osądzeni za zbrodnie przeciwko pokojowi, prawom wojny i ludzkości. Miały stanowić odpowiedź na ogrom ludzkiego cierpienia oraz zaczątek nowego porządku prawa międzynarodowego.

Dziś w oparciu o książkę Joe J. Heydeckera i Johannes Leeba „Proces Norymberski”, postaram się przyjrzeć bliżej temu wydarzeniu.

Po bezwarunkowej kapitulacji Wehrmachtu i zakończeniu II wojny światowej w Europie, w maju 1945 roku alianci stanęli przed ogromnym zadaniem: Ukaranie osób odpowiedzialnych za zbrodnie reżimu nazistowskiego. Już 30 października 1943 roku Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki w Deklaracji Moskiewskiej postanowiły wspólnie ukarać niemieckich zbrodniarzy wojennych.


Proces Norymberski - Ława oskarżonych


Chociaż nie od początku było powiedziane, że Niemcy zostaną osądzeni według jakiegokolwiek prawa, poza zemstą. 29 listopada 1943 roku, w trakcie drugiego dnia Konferencji w Teheranie Józef Stalin, podobno w żartach, zaproponował rozstrzelanie 50 tysięcy niemieckich oficerów. Winston Churchill był wyraźnie zaniepokojony taką propozycją, a Franklin Delano Roosevelt poprawił przywódcę Rosji, że należało stracić „tylko 49 tysięcy”.
W sierpniu 1944 roku podczas konferencji w Quebecu Roosevelt i Churchill opowiedzieli się za egzekucją bez procesu Hitlera, Himmlera, Göringa i Göbbelsa.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

"Między Bogiem a Hitlerem" - Kapelani diabła.

Dojście Hitlera do władzy to był zaledwie pierwszy krok na drodze dyktatury Narodowych Socjalistów w Niemczech. Władzę tą należało jeszcze utrzymać i legitymizować ją w oczach opinii światowej. Najlepszym sposobem na to, było zawarcie konkordatu z Watykanem. Takie posunięcie skutkowało pociągnięciem za sobą katolików i likwidacja ewentualnej opozycji z tego kierunku w kraju. Jednak nie tylko o katolików chodziło. W Niemczech z tamtego okresu Protestanci stanowili większość wyznaniową, było ich ponad 64%.
Według Doris L. Bergen autorki książki „Między Bogiem a Hitlerem Kapelani wojskowi w służbie nazizmu” Poparcie z tej strony dla przyszłego dyktatora III Rzeszy i jego zbrodniczego systemu rosło już przed wygranymi wyborami w 1933 roku. Bergen pisze:

»Czwartego kwietnia 1932 roku kościół garnizonowy w Poczdamie otworzył podwoje , czy raczej wpuścił do środka dzierżących pochodnie szturmowców ze Sturmabteilung (SA), którzy mieli trzymać straż, gdy do kościoła wparadują formacje Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, SA i SS. Nadciągały prosto po przemówieniu Adolfa Hitlera, który prowadził właśnie kampanię wyborczą, by złożyć hołd u grobu Fryderyka Wielkiego.«


Oświadczenie rządowe kanclerza Rzeszy Adolfa Hitlera z 21 marca 1933 roku, wygłoszone w tzw. „Dniu Poczdamu”, podczas uroczystego aktu państwowego z okazji otwarcia Reichstagu w poczdamskim Kościele Garnizonowym.


Kościół garnizonowy był kościołem protestanckim a jego pastor Curt Koblanck był jednym z tych duchownych ewangelickich, których życiorys stanowi niemal modelowy przykład splecenia religii, wojska i państwowej ideologii w Niemczech pierwszej połowy XX wieku. Jego droga, od ambony w Berlinie, przez garnizony i sztaby dowódcze, aż po powojenną parafię w Austrii, pokazuje ciągłość pruskiej tradycji wojskowego duszpasterstwa, która przetrwała cesarstwo, republikę weimarską i III Rzeszę.

wtorek, 11 listopada 2025

Baśka Murmańska i 11 listopada – niedźwiedzica, która towarzyszyła żołnierzom w drodze ku wolności

Gdy Polska 11 listopada 1918 roku odzyskiwała niepodległość, wielu Polaków wciąż przebywało tysiące kilometrów od ojczyzny. Jedni wciąż walczyli na frontach I wojny światowej, inni, w chaosie rosyjskiej wojny domowej, próbowali odnaleźć drogę powrotną do kraju. Wśród nich byli Murmańczycy, czyli żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej na Murmaniu, którzy w lodowej Północy tworzyli zalążek przyszłego Wojska Polskiego. Ich niezwykłą towarzyszką stała się… biała niedźwiedzica o imieniu Baśka.


Baśka i Murmańczycy w mundurach Twierdzy Modlin. Zima 1919-1920

Jej historia, choć miejscami tragiczna, stała się jedną z najbardziej symbolicznych opowieści o tamtych czasach o tęsknocie za krajem, o żołnierskim humorze w obliczu wojennej codzienności i o tym, że droga do wolnej Polski wiodła często przez najdalsze zakątki świata.

wtorek, 1 sierpnia 2023

"W szeregach Armii Krajowej" - Nie wszyscy byli gotowi do powstania

Gdy 1 sierpnia 1944 roku Wybuchło powstanie warszawskie, zaplanowane na godzinę 17, wielu żołnierzy Armii Krajowej, oraz zwykłych ludzi chwyciło za broń. Jednak nie wszystko szło zgodnie z planem. Pierwsze strzały padły już około godziny 13:50, kiedy Zdzisław Sierpiński wraz ze swoim plutonem transportowali broń do miejsca zbiórki. Na ulicy Kochanowskiego zostali zatrzymani przez patrol niemieckiej żandarmerii i musieli się bronić, co zresztą zakończyło się sukcesem. Jednak sporadyczne walki wybuchały przed godziną 17, niejednokrotnie zaskakując powstańców podążających na miejsca koncentracji. O godzinie 16, czyli na godzinę przed planowanym rozpoczęciem akcji lokalizacja Komendy Głównej AK, gdzie przebywali generał dywizji Tadeusz Komorowski „Bór” i jego zastępca generał brygady Tadeusz Pełczyński „Grzegorz” została przypadkowo zdekonspirowana. Niemcy atakowali budynek fabryki Jerzego Kamlera przy ulicy Dzielnej 72 róg Okopowej, jako siedzibę uzbrojonych oddziałów. Tak więc w chwili wybuchu powstania, Kwatera Główna Komendy AK była na kilka godzin zupełnie odcięta.


Koncentracja plutonu "Agaton" na cmentarzu przy ulicy Młynarskiej. 1 sierpnia 1944 roku.


Jeży Sawicki, nie był w konspiracji, nie należał do AK i nie prowadził ani działań sabotażowych, ani dywersyjnych. Ten urodzony w Katowicach mężczyzna był zwykłym mieszkańcem okupowanej Warszawy. 1 sierpnia przebywał właśnie u znajomych na ulicy Młynarskiej 37, kiedy około godziny 16:30 zaczęła się strzelanina. Powstańcy ostrzelali niemiecką ciężarówkę, zabijając kierowcę i raniąc pasażera. Sawicki postanowił włączyć się do akcji i zaproponował pomoc w tłumaczeniu. Znał niemiecki z okresu nauki w gimnazjum i dwuletnich robót przymusowych. Po akcji został już w powstańczych szeregach.

Nie wszyscy jednak tak ochoczo i optymistycznie patrzyli na wybuch powstania. Jan Rosiński ps. „Halszka” był właśnie jednym ze sceptyków. Ten człowiek nie był przypadkowym żołnierzem podziemia. 

środa, 10 maja 2023

"Dymy nad Gdańskiem" - Mydło z ludzi dr Spannera

Był kwiecień 1945 roku, Gdańsk leżał w gruzach. Na ulice swój upiorny cień rzucały wypalone szkielety budynków, których porozrzucane wybuchami fragmenty tarasowały szosy, a w całym mieście szerzyła się epidemia tyfusu i pierwsze przypadki duru brzusznego. Niemcy dopiero co opuścili to miasto, stawiając jeszcze bezsensowny opór w okolicach Westerplatte aż do 7 kwietnia. Dziesięć dni później przed budynek Institut für Anatomie der Medizinische Akademie in Danzig zajechał urzędowy samochód. Z jego wnętrza wysiadł Stanisław Buczkowski, delegat Państwowego Instytutu Higieny. Mężczyzna wysiadł ostrożnie z samochodu i dokładnie przyjrzał się budowli. Nic nie wskazywało na to, by padła ofiarą szabrowników. Oficjalnie polski delegat miał zabezpieczać mienie Instytutu Higieny, jednak jego praca polegała również na zapobieganiu szerzących się z powodu opłakanych warunków sanitarnych w Gdańsku chorób. Buczkowski mruknął coś pod nosem i przeszedł do drzwi instytutu. Gdy wszedł do środka, skrzywił się mimowolnie, do jego nozdrzy dotarły ostre chemiczne zapachy, oraz woń śmierci. Gdy przeszedł przez framugę drzwi prowadzących do laboratorium, stanął jak wryty. Na dużym drewniany stole walały się tacki i pojemniki laboratoryjne, obok niego stała duża wanna, po lewej stronie przy drzwiach, tuż przy kaloryferze znajdował się zwalisty regał, a na jego półkach poustawiane były ludzkie czaszki, w dolnej części zaś leżały kości.
Później było już tylko gorzej. Buczkowski miał problemy z panowaniem nad swoim żołądkiem, kiedy przechadzał się z szeroko otwartymi oczami pomiędzy kośćmi, całymi ciałami, głowami, oraz pozbawionymi ich korpusami. Najgorsze były jednak wypreparowane ludzkie skóry. Szok nie mijał, a mężczyzna czuł mrowienie warg i przymus, by wybiec jak najszybciej z budynku. Jego kolejne odkrycie okazało się jeszcze bardziej porażające. Na blacie leżały brązowe kawałki czegoś… Kiedy je dotknął, poczuł charakterystyczną strukturę, a przedmiot pozostawił na jego spoconych palcach „śliski osad”, który lekko się zapienił.

„Mydło” – pomyślał. „to surowe mydło… o kurwa, mydło z ludzi...”


Zdjęcie sali laboratoryjnej Instytutu Anatomii gdańskiej Akademii Medycznej wykonane wiosną 1945 roku.


Gdańsk i jego prowincja od zawsze były miejscem, gdzie historia zapisywała swoje nietuzinkowe fragmenty. Nie inaczej było w czasie drugiej wojny światowej. Był to jeden z punktów, gdzie rozpoczęła się druga wojna światowa, tu miała miejsce obrona Poczty Polskiej i Westerplatte. To tutaj Polacy 1 września o godzinie 6:40 wysadzili w powietrze mosty tczewskie. Z półwyspu Helskiego polska bateria nabrzeżna skutecznie szachowała najeźdźcę niemalże do końca walk obronnych. Na wiosnę 1942 roku Niemcy w Gdańsku realizowali jeden ze swoich wielkich projektów kinowych. To tutaj w rolę „Titanica” wcielił się statek pasażerski „Cap Arcona”, który po odegraniu roli pechowego transatlantyku rzeczywiście 3 maja 1945 roku sam stał się zimnym grobowcem dla setek więźniów obozów koncentracyjnych. W 1944 roku polscy partyzanci dokonali w Borach Tucholskich zamachu na domniemany pociąg Führera, ten jednak okazał się pociągiem pospiesznym relacji Königsberg-Berlin. Tam również Niemcy po ewakuacji ośrodka w Peenemünde testowali rakiety V-2. To pod Gdańskiem znajdował się osławiony obóz koncentracyjny Stutthof, w nim między innymi, po nieudanym zamachu na Hitlera, przetrzymywano rodziny Stauffenberga i pozostałych spiskowców. Z Gdyni w swój ostatni rejs wypłynął statek „Wilhelm Gustloff”. I to w Gdańsku miała znajdować się niemiecka manufaktura produkująca mydło z ludzkiego tłuszczu.

poniedziałek, 3 października 2022

Pamiętniki żołnierzy Baonu "Pięść" - Sen zmieniony w koszmar

Był 1 sierpnia 1944 roku. Na warszawskiej Woli upalny dzień mijał niczym poprzednie. Okupant od kilku dni, znów zaczął przywracać „dyscyplinę” w mieście. Po dającej się dobrze odczuć, na początku lipca nerwowości, jeśli nie panice nawet, Niemcy znów „okrzepli” i ponad klęskami swojej armii na wschodzie przeszli do porządku dziennego. Jednak tego dnia miało wydarzyć się coś, co zmieniło życie wielu tysięcy ludzi.
Ulicą młynarską, przy akompaniamencie podkutych kopyt uderzających miarowo w kostki bruku, jechała bryczka. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby w niej nie siedziało czterech niemieckich żandarmów, którym z kolei przyglądała się bacznie grupka mężczyzn. Był to jeden z plutonów Armii Krajowej, Batalionu "Pięść" z 1. kompanii "Zemsta". Zegar w zajezdni tramwajowej wskazywał godzinę 17, kiedy kapral Hieronim Szpalerski ps. „Karaś” wraz z towarzyszami otworzyli ogień w stronę nazistowskiego patrolu. Mężczyźni uzbrojeni w „Parabelki” z zaskoczenia zaatakowali dobrze uzbrojonych Niemców. Nim przebrzmiał huk wystrzałów, czterech szkopów leżało na drodze, zalewając bruk swoją krwią. Powstańcy szybko podbiegli do ciał, by pozbierać leżące obok nich pistolety automatyczne. W tych dniach każda zdobyta na wrogu broń, była na wagę złota.
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.


Zbiórka plutonu "Agaton" na cmentarzu ewangelickim. 1 sierpnia 1944 roku.


Początek


Godzina „W”, czyli wybuch powstania w Warszawie, została wyznaczona na 17. Jej paradoks polega na tym, że dla wielu powstańców, ten zryw zaczął się znacznie wcześniej, dla innych z kolei później. Kapral podchorąży Zdzisław Sierpiński ps. „Świda” wraz ze swoimi ludźmi rozpoczął walkę już o godzinie 13:50, kiedy został zatrzymany przez Niemców w trakcie transportowania broni z meliny do punktu koncentracji oddziałów AK. Natomiast wielu powstańców nie dotarło do wyznaczonych punktów na czas. Inni zaś zwykli cywile, dołączyli do powstania już w trakcie walk. Książka „Pamiętniki żołnierzy Baonu „Pięść” - Powstanie warszawskie”, to zbiór wspomnień zebranych przez podporucznika Andrzeja Zawadzkiego, które są prawdziwą kopalnią wiedzy na temat przeżyć, odczuć i przemyśleń ludzi, którzy postanowili w tamtych dniach poświęcić swoje życie dla wolnej Warszawy, dla wolnej Polski.

czwartek, 14 lipca 2022

"Lekcje Historii" - Coś o wojnie

»Wojna jest w historii jedną z wartości stałych i nie traci na znaczeniu wraz z rozwojem cywilizacji czy demokracji. W ciągu ostatnich 3421 lat udokumentowanej historii tylko 268 obyło się bez wojny«.

 

Ciała brytyjskich i kanadyjskich żołnierzy na plaży Dieppe w sierpniu 1942 roku po nieudanym lądowaniu we Francji.  


Powyższy cytat pochodzi z książki „Lekcje Historii” pary renomowanych historyków Willa i Ariel Durant. Trzymając tą pozycję w ręku pierwsze czego szukałem, to oczywiście rozdział o konfliktach i oczywiście odnalazłem go.
Zagłębiając się w „przekrój” wojen na przestrzeni stuleci, można dojść do wniosku, że po pierwsze: pobudki je wywołujące są niezmiennie takie same, oraz po drugie: „Historia lubi się powtarzać”.

sobota, 25 czerwca 2022

"Państwo Hitlera" - "Niemiecki cud finansowy" cudzym kosztem

III Rzesza tuż przed wojną przeżyła zadziwiający rozkwit gospodarczy i polepszenie warunków życia prostego obywatela. Bezrobocie spadało, tak że w 1936 bez pracy pozostawało około 2,5 miliona obywateli, natomiast w 1937 było ich już tylko około 1,6 miliona. Działo się to pomimo ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego. Każdy otrzymywał godziwe wynagrodzenie, czuło się wręcz rozkwit tego państwa. Lata 30 XX wieku nazywano „niemieckim cudem finansowym”. W latach 1933 – 1935 wpływy podatkowe wzrosły o 2 miliardy marek, czyli o 25%. Wszystko to działo się jednak za cenę kredytów zaciąganych przez państwo. Przez pierwsze dwa lata sprawowania rządów przez nazistów, limit wydatków państwowych został przekroczony o 300%, czyli o 10,3 miliarda marek. Nowe miejsca pracy, projekty państwowe takie jak budowa dróg i autostrad, oraz polityka socjalna musiały być z czegoś pokryte. Do tego dochodziły olbrzymie koszty na zbrojenie. Do 1939 roku III Rzesza wydała na ten cel 45 miliardów marek. By uzmysłowić sobie wysokość tych wydatków, wystarczy zaznaczyć, że suma ta przekroczyła trzykrotnie wpływy do budżetu państwa z całego 1937 roku. 

Adolf Hitler podczas ceremonii wmurowania kamienia węgielnego pod pierwszą autostradę Rzeszy, 23 września 1933 roku

Miesiąc przed wybuchem wojny dług państwowy wynosił już 37,4 miliarda marek. Polityka pełnego zatrudnienia i rozwoju zbrojeń w żaden sposób nie miała pozytywnego wpływu na aspekt gospodarczy Niemiec. Nawet dodatkowy podatek korporacyjny, nałożony na duże przedsiębiorstwa i wzrost dochodów z tego tytułu o niespełna 2 miliardy marek w skali dwóch lat, nie był w stanie nawet spowolnić wzrostu zadłużenia państwowego. W książce Götza Alyego „Państwo Hitlera” jest to trafnie podsumowane w następujący sposób:

»Nawet Goebbels, który szyderczo nazywał finansistów „kołtunami”, pisał w swych dziennikach o „szalejącym deficycie”«.

sobota, 28 maja 2022

"Człowiek, którego nie było" - Jak Niemcy "zadławili się mielonką"

Operacja „Mincemeat” była chyba najskuteczniejszą oraz najbardziej śmiałą i błyskotliwą akcją wywiadowczą II wojny światowej. Mimo to ginie ona w tle wielkich ofensyw, śmiałych operacji specjalnych oraz batalii na morzu i w powietrzu. „Mincemeat”, czyli nic innego jak „mielonka” umożliwiła aliantom lądowanie na Sycylii i ocaliła życie tysiącom żołnierzy. Wstępne szacunki brytyjskie odnośnie strat, dzięki tej operacji okazały się zawyżone. W pierwszych dwóch tygodniach działań na tej włoskiej wyspie szacowano 10 tysięcy poległych, okazało się, że śmierć lub rany odniosło 1400 ludzi. Marynarka wojenna przygotowywała się mentalnie na utratę 300 jednostek, na dno poszło jednak tylko około 12.

Brytyjscy żołnierze Highland Infantry , lądują na Sycylii. Lipiec 1943 rok.

Na skutek brytyjskiej dezinformacji, Niemcy przygotowywali się do odparcia ataku na Grecję. Pomimo faktu, że po zajęciu przez aliantów Afryki Północnej Sycylia była naturalnym posunięciem, Niemcy dali się zwieść dwóm angielskim „urzędasom” z ciasnej piwnicy. Sam Churchill, zatwierdzając ich plan, miał stwierdzić:

»Tylko największy głupek nie domyśliłby się, że celem będzie Sycylia«.

sobota, 19 marca 2022

"Wahoo" - narodziny legendy amerykańskiej broni podwodnej

Kiedy na pokładzie USS „Wahoo” rozległ się głos O’Kanea: »Idzie niszczyciel!« Kapitan okrętu Dudley Morton właśnie przygotowywał atak na nie do końca zidentyfikowany okręt, przy którym stały mniejsze jednostki. Najprawdopodobniej były one małymi okrętami podwodnymi typu RO.
Amerykanie postanowili, w tej sytuacji, Odstąpić od pierwotnego celu i zaatakować idącą w ich kierunku jednostkę. Okręt podwodny zaczął wykonywać zwrot, by ustawić swoje wyrzutnie dziobowe w kierunku „Japończyka”. Pomimo że przeciwnik zygzakował, sprawa wydawała się rutyną. Odległość oceniono na 3750 jardów, a prędkość niszczyciela oszacowano na 13 węzłów. Już po kilku chwilach „Wahoo” zaatakował wroga trzema torpedami wystrzelonymi pod kątem 110 stopni. O’Kane w swojej książce „Wahoo” opisał tę sytuację w następujący sposób:


Wodowanie USS "Wahoo" 14 lutego 1942 roku w stoczni na Mare Island.


»Zdjąłem ręce z zablokowanego peryskopu. Punkt celowania, jego rufa, miał za chwilę dotknąć nitki.
"Pal!" - Morton uderzył w przycisk odpalania, natychmiast wysyłając torpedę w drogę, z odrzutem, dźwiękiem startującego silnika i momentalnie skaczącym we wnętrzu okrętu ciśnieniem«.

wtorek, 15 lutego 2022

Gretz Wanda - Dywersja i sabotaż kobiet "DYSK"

Była zimna listopadowa noc, słupek rtęci w termometrach sięgał ledwo powyżej zera. Z pobliskiego lasku od strony Radomia wyłoniło się nagle pięć drobnych postaci, które ostrożnie, ale szybko i zdecydowanie ruszyły w stronę torowiska. Tuż przy torach podzieliły się nagle i rozproszyły na długości około 50 metrów w stronę Jedlni. Podmuch wiatru, niezbyt silny, ale mroźny dał się odczuć na twarzy dziesiątkami "lodowych igiełek", które szczypały w policzki i nos. Kobiecy głos zakłócił ciszę stłumionym szeptem:

- Lena! Tu powinno być dobrze.

Kobiety przykucnęły na nasypie kolejowym i wyjęły spod płaszczy małe pakunki pozawijane w papier. Część z nich zaczęła je rozwijać, pozostałe wydobyły z kieszeni metalowe przedmioty, które błysnęły w świetle księżyca.
Srebrne łyżki było łatwo schować, a w razie potrzeby można było niepostrzeżenie się ich pozbyć. Teraz miały spełnić rolę saperek. Ziemia była twarda, więc nie obeszło się bez obdarć na kostkach palców, jednak minerki pracowały sprawnie i już po chwili pod szynami powstały małe jamy, niczym lisie nory. Do tych wykopów szybko powędrowały ładunki wybuchowe wydobyte z papieru i sprawnie zmontowane. Dłonie dziewcząt drżały, gdy umieszczały te zabójcze depozyty pod stalowymi szynami. Było to spowodowane zarówno zimnem jak i podnieceniem wywołanym tym zadaniem.
Była noc z 16 na 17 listopada 1942 roku, kobiety z oddziału AK "Dysk" właśnie założyły ładunki wybuchowe w ramach akcji "odwet kolejowy" na których wykoleiły się niemieckie pociągi.

*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.


Wykolejony pociąg w jednej z akcji dywersyjnych AK

Dywersja i Sabotaż Kobiet DiSK, choć niemalże od początku do końca działalności tej organizacji pisano o niej i mówiono DYSK, była kobiecym „ramieniem” polskiego podziemia i walki z okupantem. Z czym kojarzy się kobieta żołnierz z okresu II wojny światowej? Oczywiście z sanitariuszkami, łączniczkami, kurierkami, no może jeszcze z „małym sabotażem”, rozprowadzaniem ulotek i ewentualnie z ukrywaniem przybyłych do kraju Cichociemnych, czyli z tak zwanymi „Ciotkami”. Jednak zakres działań tych pań, poza wyżej wymienionymi był znacznie większy i poważniejszy.

środa, 24 listopada 2021

„Tajemnice obozu Colditz” – Spektakularne ucieczki

Specjalny obóz jeniecki w Colditz to miejsce, które obrosło już w legendy i jest źródłem dla odkrywania ciekawych zdarzeń i życiorysów. W dosyć ciekawy sposób można poznać historię tego miejsca i ludzi, którzy się przez nie przewinęli z książki autorstwa Reinholda Eggersa „Tajemnice Obozu Colditz”. Eggers był początkowo strażnikiem, a następnie oficerem bezpieczeństwa i zastępcą komendanta tej placówki. Można więc spojrzeć na obozowe życie oraz ucieczki z nieco innej perspektywy.


Schloss Colditz Oflag IVc kwiecień 1945
.
No właśnie, jeśli chodzi o ucieczki z tego miejsca, chciałem ci dziś opowiedzieć, jak wyglądały pierwsze z nich. Jak można się łatwo domyślić, nie zabraknie tu również polskich akcentów.

wtorek, 13 kwietnia 2021

"Wyspa zero" i "Czerwona zaraza czarna śmierć" Jarosława Sokoła - Recenzja

 Dziś inaczej niż zwykle. Raczej nie podejmuję się recenzji książek w klasycznym znaczeniu tego terminu. Wolę opowiedzieć jakąś ciekawą historię opartą o fragment interesującej lektury i w ten sposób przybliżyć walory danej pozycji. Jednak zazwyczaj mam w ręku książki stricte historyczne. Tym razem otrzymałem jednak kryminał i to w dwóch częściach. Ciężko więc tworzyć opowieść z opowieści, tym bardziej że autorem jest Jarosław Sokół, świetny twórca historycznej książki akcji.



Przejdźmy może jednak do samej książki, którą wydało Wydawnictwo Dolnośląskie, Pierwszy tom nosi tytuł "Wyspa zero". Jak można się dowiedzieć z opisu wydawcy, akcja rozpoczyna się tam, gdzie kończy się wojna, czyli w  maju 1945 roku. Losy bohaterów wpisane są w ten chaotyczny czas, jaki zapanował na ziemiach odzyskanych tuż po klęsce III Rzeszy.

niedziela, 16 września 2018

Taczak Stanisław - "Zapomniany żołnierz niepodległości"

Myśląc o "ojcach" polskiej niepodległości, standardowo do głowy przychodzą nam takie nazwiska jak Piłsudski, Dmowski, może jeszcze Witos czy Haller. Jednak ludzi, którzy poświęcili się dla ojczyzny i jej niepodległości było znacznie więcej. Dlaczego o nich się zapomina?
Może dlatego, że nie zrobili błyskotliwej kariery, musieli zniknąć z powodów politycznych lub byli postaciami niewygodnymi i niepasującymi w światopogląd znajdujących się akurat na piedestale. W książce Piotra Nehringa "Zapomniani żołnierze niepodległości" można znaleźć sylwetki właśnie takich ludzi. Jedną z nich jest generał Stanisław Taczak.


Generał Stanisław Taczak

Stanisław Taczak jest przykładem człowieka, który pomimo wielkiego wkładu i poświęcenia dla ojczyzny, był usuwany na dalszy plan z powodów osobistych lub ideologicznych. Szersze spojrzenie jak i wiele innych podobnych mu postaci możemy znaleźć w książce Piotra Nehringa, a ja zapraszam na krótką opowieść o człowieku trzech wojnach i jednym powstaniu.

niedziela, 11 marca 2018

Mafia - Początek

Majowy dzień był ciepły i pogodny. Nad Sycylią niebo było niemalże bezchmurne, ale dzięki lekkiemu wietrzykowi słońce niezbyt dawało się we znaki. Miasteczko Piana dei Greci, oddalone zaledwie godzinę drogi od Palermo, pękało w szwach. Ludzie tłoczyli się na ulicach a okna domów wypełniały ciekawskie twarze. Służby porządkowe starały się zapanować nad tłumem. W oddali dało się już zauważyć długi konwój, gapie mocniej naparli na korowód milicjantów. Ci jednak zdołali, przy pomocy funkcjonariuszy w cywilu, utrzymać porządek.
Mussolini jechał w limuzynie bez dachu, jego ochrona, tłocząca się wokół samochodu i ustawiona przy drodze, była bardzo liczna i elegancko umundurowana. Dokładnie tak jak lubił premier. Benito kątem oka obserwował siedzącego obok i uśmiechającego się przesadnie Francesco Cuccia, burmistrza miasteczka. Jednak to nie był jedyny tytuł jaki nosił współpasażer włoskiego premiera. Przyszłemu dyktatorowi Włoch obił się o uszy jego inny tytuł, Don Ciccio, "człowiek honoru" - mafiozo. Ludzie na Sycylii jak i nawet niektórzy w partii faszystowskiej Włoch mówili, że to on uwolnił wyspę od czerwonych koszul. Mussolini zdawał sobie sprawę, że Cuccia i jemu podobni od lat robią to samo co faszyści odkąd doszli do władzy. Mianowice zwalczają swoją "konkurencję" i socjalistów wszelkimi sposobami, nie stroniąc od przemocy i mordu. 
Jednak ten dziwny, teatralnie obnoszący się z Krzyżem Kawalerskim Królestwa Włoch na piersi człowiek, działał mu na nerwy. 
Limuzyna zwolniła wjeżdżając w uliczki Piana dei Greci, tak by tłum mógł dokładnie przyjrzeć się nowemu premierowi. Mussolini czuł się wspaniale, wiwatujący tłum wprawił go w wyśmienity humor. Wszystko zostało zrujnowane gdy Francesco Cuccia odwrócił się w jego stronę i pompatycznie wyszeptał:
- "Ekscelencjo, pan jest ze mną i pod moją ochroną. Po co tylu gliniarzy?"
Przyszły dyktator zaskoczony takim pytaniem uśmiechnął się przez zaciśnięte zęby. Jednak nim zdołał cokolwiek powiedzieć lub zrobić, burmistrz zwrócił się w stronę tłumu. 
-"Niech nikt nie śmie nawet tknąć Mussoliniego. Jest moim przyjacielem. I najlepszym człowiekiem na świecie"
Faszystowski lider poczuł jak wzbiera w nim wściekłość. Miał ochotę wypchnąć burmistrza ze swojego samochodu a najlepiej by ten wpadł przy tym pod koła samochodu. Zachował jednak kamienną twarz, w końcu ludzie mu się przyglądali a on musiał odegrać swoją rolę perfekcyjnie.

Samochód podskakiwał na szosie prowadzącej w stronę Palermo. Tym razem jednak obok Benito Mussoliniego, zamiast pyszałkowatego burmistrza - mafiosa siedział sekretarz premiera i ze spokojem wysłuchiwał krzyków swojego szefa.
-"Słyszałeś, co powiedział? Ja jestem pod jego ochroną?!"
Przyszły Duce już wiedział co musi zrobić. Nie może nikomu pozwolić by zachowywał się protekcjonalnie w stosunku do niego. A już na pewno, każdy kto chciałby stawiać się na pierwszy plan musi ponieść karę...
*Sfabularyzowany tekst na podstawie książki Tomasza Bieleckiego "Krótka historia mafii sycylijskiej".


Członkowie mafii sycylijskiej oczekują na proces. Palermo, luty 1928 rok.

O włoskiej mafii słyszał chyba każdy, jednak jak powstała i dlaczego akurat nazywa się "mafia", nie wszyscy wiedzą. Historię jej powstania, jak również najciekawsze epizody i postacie, bardzo trafnie w swojej książce pod tytułem "Krótka historia mafii sycylijskiej" opisał Tomasz Bielicki. W oparciu o jego publikację chciałbym przybliżyć pierwsze chwile tej nietuzinkowej "organizacji".

wtorek, 7 listopada 2017

"Reformacja. Rewolucja Lutra" Sebastiana Dudy - Recenzja

Reformacja? Marcin Luter? Tak wiele już w tym temacie pojawiło się opracowań, książek i filmów. Czy warto zatem sięgać po kolejny tekst na ten temat? To pytanie zadałem sobie jako pierwsze, gdy tylko spojrzałem na książkę Sebastiana Dudy.
Po przeczytaniu jednak musiałem się głębiej zastanowić nad problematyką reformacji jak również zrewidować moją dotychczasową wiedzę na ten temat.
Owa publikacja nie jest jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka, biografią augustiańskiego mnicha, postrzeganego jako "ojca" reformacji i inicjatora rozłamu w XVI wiecznym Kościele. Nie jest również traktatem na temat samego ruchu reformacyjnego.
Czym więc jest książka Sebastiana Dudy? Ciężko mi jest jednoznacznie znaleźć trafne w stu procentach określenie. Na pewno jest szerszym spojrzeniem nie tylko na postać samego Marcina Lutra, ale również na całą jego epokę, jak również na średniowieczny Kościół katolicki. Choć i to nie jest do końca prawdą. By lepiej zrozumieć genezę wielkiego rozłamu w Kościele zachodnim jak i samej reformacji autor sięga do wydarzeń, w których centrum stali: John Wycliffe, Jan Hus czy Girolamo Savonarola. Choć ten ostatni raczej nie wpisuje się powszechnie w kanon prekursorów rozłamu w Kościele. Dlaczego więc Sebastian Duda wspomina jego postać? Tu odsyłam do lektury.  Należy pamiętać, że Marcin Luter nie wziął się znikąd, nie pojawił się ot tak po prostu pewnego dnia pod kościołem w Wittenberdze z wymyślonymi przez siebie tezami by przybić je do wrót świątyni. Dzięki książce Sebastiana Dudy możemy poznać powody, jak i sam przebieg, duchowej metamorfozy wierzącego i oddanego Kościołowi mnicha. Podróż do Rzymu i wielkie rozczarowanie realiami panującymi w środowisku wyższego duchowieństwa było punktem zwrotnym w życiu Lutra. Jednak nie od razu postanowił dzielić Kościół, nękany wyrzutami sumienia i walcząc ze skrupułami starał się odnaleźć sposób na swoją duchową wędrówkę.

niedziela, 24 lipca 2016

"Chazarowie" Jarosława Dudka - Recenzja

Na wstępie muszę się przyznać, iż sięgając po książkę pana Jarosława Dudka - "Chzarowie - Polityka, Kultura, Religa", nie miałem pojęcie kim właściwie są ów tytułowi bohaterowie. Ponieważ lubię wiedzieć o czym będę czytał postanowiłem szybko sprawdzić hasło "Chazarowie". Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że we wczesnym średniowieczu byli liczącą się potęgą. Ba można nawet stwierdzić, iż stworzyli prawdziwe imperium rozciągające się od morza Kaspijskiego po wschodnią Europę. Kiedy natknąłem się na cytat pisarza Arabskiego z X wieku Ibin Rosetha, dotyczący władcy Chazarów:
"...w piątek modli się wraz z muzułmanami, w sobotę z Żydami, zaś w niedzielę z chrześcijanami” 
Wiedziałem, że muszę wiedzieć więcej. Tym bardziej, iż tak na prawdę Chazarowie są bardzo tajemniczym ludem i dziś nie wiadomo do końca co jest prawdą a co mitem.

Na samym wstępie do książki, pan Dudek zaskoczył mnie cytując fragment listu Chasadaja ibin Szapruta do władcy Chazarów. Wprowadza to czytelnika w atmosferę tamtych czasów i wzmaga zaciekawienie tematyką. Zresztą na dalszych stronach, autor również w zręczny sposób posługuje się różnorakimi tekstami źródłowymi. Staranność w zachowaniu przejrzystości pomaga w zrozumieniu zagmatwanych dziejów tego ludu. Książka podzielona jest na rozdziały, w których autor stara się odpowiedzieć na kolejne pytania. Sposób jego analizy i posiłkowanie się mniej lub bardziej znaną bibliografią, pozwala mieć wrażenie, że czytelnik bierze czynny udział w badaniu zagadnienia.
Do dziś pozostaje wiele nierozstrzygniętych kwestii odnośnie Kaganatu Chazarskiego, można śmiało powiedzieć, iż jest to najbardziej tajemniczy i najmniej znany lud swojej epoki. Pomimo iż w tamtym okresie tworzył imperium militarne i demograficzne, o którego względy zabiegały między innymi Bizancjum i Kalifat.