piątek, 24 lipca 2026

"Gomorrah" - Gdy zapłonął Hamburg

 

Sobotnia noc 24 lipca 1943 roku była czarna i cicha. W kabinie Halifaxa tą ciszę zagłuszały jednak 4 olbrzymie silniki, które pracowały bez przerwy już od kilku godzin. Flight Lieutenant John Petrie-Andrews siedział za sterami maszyny i w skupieniu trzymał ją na kursie wskazywanym przez nawigatora. Księżyc, którego połówka tarczy przebijała się przez wysokie chmury, zaglądał od czasu do czasu do kabiny brytyjskiego bombowca. John znał cel… Hamburg. Więcej nie dowiedział się na odprawie na lotnisku Graveley przed wylotem, więcej go też nie interesowało. Wiedział, że znajdują się tam stocznie i rejony przemysłowe. Na mapie był po prostu zaznaczony punkt i tam zamierzali zrzucić swój zabójczy ładunek. John wyjrzał przez szyby kabiny na pozostałe, towarzyszące mu bombowce. Były wszędzie, 800 maszyn Royal Air Force wolno sunęło przez nocne niebo ku wyznaczonemu celowi.

 

Brytyjski bombowiec na tle płonącego Hamburga. Lipiec 1943 roku.

Gdy zaczęło się piekło, Alwin Bellmann był na swoim stanowisku, przy jednym z dział FlaK baterii przeciwlotniczej na rzece Alster. Nad miastem pojawiły się nagle setki wrogich bombowców, których radiowe urządzenia namierzające po prostu nie widziały. Basowe dudnienie i sylwetki samolotów przemykające przez smugi reflektorów wycelowanych w ciemne niebo, udowadniały jednak, że urządzenia się mylą. Na jego stanowisku zawrzało, towarzysze zaczęli gorączkowo kręcić korbami, próbując ustawić FlaK na cel przy pomocy optycznych celowników. Ktoś krzyknął, by Alwin się wreszcie ruszył i zaczął podawać amunicję.

Działo na jego stanowisku zaczęło swój ogłuszający koncert, w tym samym momencie powietrze rozerwały wybuchy spadających bomb, ziemia pod nogami młodego Niemca zaczęła drżeć. Po kilku chwilach płomienie pożarów zaczęły rozświetlać noc, ich blask był tak duży, że celowniczy, klnąc, histerycznie uderzał pięściami w aparaturę. Ogień i dym oślepiły zupełnie działa przeciwlotnicze. Alwin widział w twarzach kompanów rezygnację, gdy FlaK pluł teraz po prostu w niebo na oślep, marnując jedynie amunicję. Jednak oni mogli albo nadal strzelać, albo po prostu usiąść i czekać na śmierć. 

Halifax z 78. Dywizjonu RAF znajdował się właśnie w samym „oku ognistego cyklonu”. Samoloty, tuż przed Hamburgiem zrzuciły setki tysięcy aluminiowych pasków nazywanych „window”. Pomimo że te „śmieci” skutecznie zakłócały pracę niemieckich urządzeń naprowadzających, bombowiec otrzymał kilka trafień i teraz przez dziury do środka dostawało się mroźne powietrze. Jednak nikt w środku już o tym nie myślał. Nawigator Flight Lieutenant Alan Forsdike w osłupieniu spoglądał w dół. Miasto pod nim płonęło niczym piekielny piec. W samolocie panowała cisza, nikt się nie odzywał już od jakiegoś czasu. Alan ze zdziwieniem, a nawet pewnym przerażeniem pomyślał, że jeszcze nigdy nie widział takiego ognia i pewnie już nigdy więcej nie zobaczy...  

Sachsenstraße płonęła żywym ogniem. Domy trafione bombami zapalającymi i burzącymi zamieniły tę ulicę w ogniste inferno. Płomienie swoimi językami zdawały się dotykać nieba, wysysając resztki tlenu spomiędzy budynków. Kurt-Heinz Wilkens biegł rozgrzaną niczym martenowski piec ulicą, biegł o swoje życie. Płuca paliły go od dymu, gorącego powietrza i wysiłku. Kiedy w końcu udało mu się dotrzeć do Heidenkampsweg, sytuacja niewiele się poprawiła. Ogień zdawał się połykać budynki, asfalt i nawet woda z Mittelkanal, nad którym przebiegł po moście, nie potrafiła ostudzić tego żaru. Kiedy myślał, że już dalej nie da rady, że nogi w końcu same ugną się pod nim, a płuca spłonął niczym budynki wokoło, dotarł do Stoltenpark. Kaszląc i dusząc się, łapał powietrze. Miejsce to zdało mu się prawdziwą oazą, chwilą wytchnienia w piekle płonącego miasta.

24 lipca 1943 roku prawie 800 bombowców Królewskich Sił Powietrznych było już w drodze do Hamburga. Ich śmiertelna misja miała być wstępem do serii ciężkich alianckich nalotów, które na zawsze zmieniły oblicze tego miasta...
Mieszkańcy Hamburga, o ile nie padli ofiarą nalotów, musieli bezradnie patrzeć, jak ich rodzinne miasto jest niszczone w trakcie alianckich dziennych i nocnych nalotów. Latem 1943 roku całe dzielnice zamieniały się w gruzy i popiół. Naloty miały na celu zdemoralizowanie niemieckiej ludności cywilnej.
Skala zniszczeń w Hamburgu spowodowanych przez nie przekraczała wszelkie wyobrażenia. Kompletne ulice były niszczone przez burze ognia, dziesiątki tysięcy ludzi poniosło śmierć.

 

Wschodni Hamburg. Zdjęcie zostało zrobione po ataku 27 lipca 1943 roku, ze szczytu wieży ciśnień Rothenburgsort, patrząc na północny-zachód.

24 lipca 1943 roku na wielu lotniskach w Wielkiej Brytanii od wczesnych godzin porannych panował wzmożony ruch. Do wieczora prawie 800 bombowców musiało być gotowych do operacji zleconej przez dowódcę floty powietrznej Arthura Harrisa, którego nazywano z przekąsem „Bomber Harris”, przeciwko niemieckiemu miastu Hamburg. Personel naziemny miał pełne ręce roboty. Do nadchodzącej misji przygotowywały się również załogi samolotów. Piloci i nawigatorzy brali udział w odprawach wstępnych, studiowali swoje dokumenty, strzelcy natomiast mogli jeszcze trochę odpocząć. Wielu z tych ludzi znajdowało się jednak w głębokim stresie, ponieważ niemiecka obrona powietrzna już nie raz okazała się niebezpiecznym przeciwnikiem. Straty bombowców RAFu rosły nieprzerwanie od miesięcy. Prawie jedna trzecia używanych maszyn nie wróciła w ostatnim czasie z niektórych misji. Tylko podczas niedawno zakończonej czteromiesięcznej „bitwy o Zagłębie Ruhry” Niemcy trafili około 3 tysiące samolotów. Spośród nich co prawda ponad 2 tysiące wróciło na lotniska macierzyste, jednak wiele zostało poważnie uszkodzonych, a prawie 900 maszyn utraconych. Ponieważ w każdej z nich znajdowała się kilkuosobowa załoga, Alianci łącznie stracili kilka tysięcy lotników w trakcie tego przedsięwzięcia. Niewielką pociechą było to, że straty te wciąż wynosiły mniej niż pięć procent, biorąc pod uwagę całkowitą siłę operacyjną brytyjskiej floty bombowców. Taka matematyka była jednak marnym środkiem uspokajającym dla przygotowujących się do kolejnych misji załóg.

Po godzinach przygotowań nadszedł wreszcie czas i pierwsze samoloty oderwały się z płyt pasów startowych i lecąc na miejsce zbiórki, czekały na kolejne maszyny. Start około 800 bombowców i zgromadzenie ich w powietrzu wymagał czasu. Czasami pierwsze z nich, krążyły w kolejce godzinami, podczas gdy ostatnie wciąż jeszcze były na ziemi. Jednak po pewnym czasie wszystkie samoloty znalazły się ostatecznie w powietrzu i mogły ruszyć w stronę wyznaczonego celu.

Poszczególne dywizjony łączyły siły, ciągle dołączały kolejne, każda załoga szukała przydzielonej pozycji. Nie było bez znaczenia, który samolot gdzie znajdował się w szyku, ponieważ ładunek w komorze bombowej nie był taki sam u wszystkich bombowców. Niektóre niosły ze sobą bomby kasetowe o masie do czterech ton, inne bomby odłamkowo-burzące, a jeszcze inne bomby zapalające lub kanistry z fosforem.
Aby osiągnąć pożądany efekt nad docelową lokalizacją, mieszankę tę należało zrzucać w określonej kolejności. Formacja była więc dobrze przemyślana, a wykonanie zadania wymagało dyscypliny. Stopniowo formowały się poszczególne „fale”, bombowce ustawiały się jeden za drugim, naprzemiennie na różnej wysokości. Wreszcie cała „flotylla” ruszyła w wyznaczonym kierunku. Samoloty naprowadzające leciały jako pierwsze, pozostałe podążały za nimi w odstępie około pięciu minut.

Tymczasem w bazie lotniczej Parchim około 40 kilometrów na południe od Schwerin kończyła się właśnie nocna odprawa dla załóg drugiej grupy 5. Skrzydła Myśliwców Nocnych (Nachtjagdgeschwaders) Luftwaffe. Piloci i radiooperatorzy weszli do półciemnego pomieszczenia „dyżurki” i zajęli miejsca przy stole lub wygodnie rozsiedli się w fotelach. Jedni przyciszonym głosem omawiali najnowsze zakłady, inni grali w szachy lub słuchali muzyki z zamkniętymi oczami. Około godziny 22:00 zostali postawieni w stan gotowości bojowej. Nad Morzem Północnym wykryto wrogi ruch lotniczy, w tym momencie nikt nie był jeszcze w stanie przewidzieć, dokąd tym razem poleci to zgrupowanie i w jakie miasto uderzy. Może znowu Berlin? A może Szczecin? Niemcy zaczęli wkładać kombinezony, pośpiesznie udali się do swoich maszyn. Zapięli pasy, założyli pilotki, maski oddechowe, spadochrony i czekali na rozkaz do startu. Wśród nich znajdował się Leutnant Peter Spoden.

Ten młody pilot urodzony w 1921 roku zgłosił się na ochotnika do Luftwaffe w 1940 roku i chciał zostać pilotem myśliwców nocnych. Jego szkolenie trwało łącznie 27 miesięcy. Od 1 czerwca 1943 roku, czyli przez prawie osiem tygodni, był członkiem 6. Eskadry 5. Skrzydła Myśliwców Nocnych, nie wykonując ani jednej „ostrej” misji. Podczas szkolenia szybko przeszedł przez najważniejsze etapy rozwoju nocnych lotów bojowych: od „jasnego nocnego polowania” w latach 1940 i 1941, kiedy to baterie reflektorów oświetlały nocne niebo, aby piloci myśliwscy mogli atakować także w nocy, aż do lata 1941 roku, gdy „jasne polowanie nocne” stopniowo przekształciło się w „ciemne”. W tym czasie wprowadzono nowe metody pozycjonowania, które wykorzystywały technologię pomiarów radiowych do namierzania samolotów wroga na nocnym niebie i naprowadzania do nich własnego samolotu. Dzięki tak zwanej metodzie „Himmelbett” nocne myśliwce były kierowane z ziemi i doprowadzane do wroga. Metoda ta potrafiła określić pozycję z dokładnością od trzystu do czterystu metrów, a pilot musiał użyć własnego wzroku, aby pokonać pozostałą odległość, Peter Spoden opisał warunki takiej walki:

 

 »W jasną księżycową noc, rozpoznanie wroga z odległości trzystu do czterystu metrów nie było trudne. W ciemną noc nadal można było zobaczyć samolot z odległości dwieście do trzystu metrów, jednak jeśli była gęsta mgła lub chmury, człowiek nie widział nic«.

 

W 6. Eskadrze 5. Skrzydła po raz pierwszy zetknął się z urządzeniem „Lichtenstein”. Samoloty wyposażone w tę aparaturę można było rozpoznać po antenach przymocowanych na ich dziobie. Ten radar pokładowy był zarezerwowany dla sił zadaniowych i nie był jeszcze stosowany w trakcie operacji szkoleniowych. Petera Spodena, który zakładał, że natychmiast zostanie wysłany przeciwko Anglikom, rozczarował dowódca jego grupy, kapitan Rudolf Schönert:

 

»Powoli, powoli. Najpierw zapoznaj się ze swoim radiooperatorem i urządzeniem naprowadzającym«.

 

Radiooperatorem Spodena był 19-letni podoficer z rejonu Lasu Teutoburskiego. W następnych dniach obaj poznali się nawzajem oraz nową technologię. Spoden wspominał nowe urządzenie w następujący sposób:

 

»Nasz Messerschmitt Bf 110 miał anteny z przodu dziobu do nadawania i odbioru w zakresie decymetrowym. Wewnątrz kadłuba, przed fotelem radiooperatora, znajdowały się trzy „Braunsche Röhre” (kineskopy) do odtwarzania impulsów elektrycznych. Echa radarowe samolotu lecącego z przodu były tutaj pokazane jako świecące zygzaki, z których radiooperator, przy dobrej interpretacji, mógł odczytać wysokość i kierunek lotu wroga oraz odległość do niego«

 

Używając pokładowego „EiV”, czyli interkomu, radiooperator kierował swojego pilota w stronę przeciwnika. Załogi ćwiczyły tę procedurę  niezliczoną ilość razy, w każdych warunkach pogodowych, w dzień i w nocy.


BF110 jako nocny myśliwiec


Nocnych ataków RAF było wystarczająco dużo, ale do tej pory jednak Spoden nie miał jak na razie sposobności do walki, ponieważ każda naziemna stacja „Himmelbett” mogła kierować tylko jednym nocnym myśliwcem. Załogi więc zmieniały się. Doświadczeni lotnicy, którzy regularnie zdobywali zestrzelenia, zawsze tworzyli szpicę ataku. Kiedy w pierwszej maszynie skończyło się paliwo, następny nocny myśliwiec otrzymał rozkaz startu. Spoden Był zwykle na końcu tej kolejki.
Dlatego on i jego towarzysz nie wiedzieli, czego się spodziewać, gdy wieczorem 24 lipca 1943 roku weszli do swojej maszyny. Czy znów będą siedzieć i czekać do świtu?

W tym samym czasie około 430 kilometrów na południowy zachód od Parchim w Stade nad Łabą,  w gigantycznym bunkrze dowodzenia 2. Dywizji Myśliwskiej (Jagddivision), która była jednym z pięciu centrów kontroli obrony Rzeszy Niemieckiej, napięcie sięgało zenitu. To tutaj zbierały się raporty z posterunków nasłuchowych, pozycji radarów i innych systemów obserwacji i wczesnego ostrzegania, stąd koordynowane były środki zaradcze podległych stanowisk przeciwlotniczych i myśliwców nocnych. Ogromne wnętrze bunkra, przypominające halę sportową lub teatr z rzędami foteli, było pośrodku zdominowane przez ogromną taflę matowego szkła, która zajmowała niemal całą wysokość i szerokość pomieszczenia. Można było na niej zobaczyć mapę Rzeszy Niemieckiej, podzieloną na kwadraty przez nałożoną na nią siatkę dowództwa myśliwców. Na tej mapie były wyświetlane pozycje nadlatujących samolotów wroga i własnych maszyn. Po jednej stronie szklanej ściany siedziało dziesiątki asystentów informacyjnych Luftwaffe. Każdy z nich miał przed sobą dwa „projektory punktów” – przodków dzisiejszych wskaźników laserowych – a także telefon, który był bezpośrednio połączony z radiową stacją pomiarową (radarem). Gdy tylko zlokalizował on nadlatujące formacje bombowców, odpowiednie informacje były przekazywane do stanowiska dowodzenia. Podano, podawano przypuszczalną liczbę samolotów, ich kurs i wysokość oraz rejon, nad którym aktualnie się znajdowały. Na przykład, jeśli wiadomość brzmiała:

 

»Około 120 samolotów w Gustawie Cezarze pięć, kurs na wschód, wysokość 5000«.

 

Wtedy asystenci kierowali swoje dwa projektory punktowe na odpowiedni kwadrat na mapie sytuacyjnej. Tam czerwone punkty świetlne pokazywały wtedy aktualną pozycję przeciwnika, którego ruchy od teraz były stale aktualizowane.

Po drugiej stronie szklanej ściany wyraźnie widoczne były czerwone kropki. Siedzieli tam kontrolerzy myśliwców, a nad nimi znajdowali się dowódca i oficerowie łącznikowi. Dziesiątki innych projektorów znajdowało się piętro wyżej i zaznaczyło położenie własnych maszyn zielonymi kropkami.

Tutaj też wieczór 24 lipca 1943 zaczął się początkowo spokojnie. Od ciężkiego ataku na Akwizgran jedenaście dni wcześniej nie wydarzyło się nic poważnego. Tuż przed północą nadeszły pierwsze raporty. Po raz kolejny czerwone punkty świetlne przesuwały się powoli na wschód na mapie z matowego szkła nad Morzem Bałtyckim, równolegle do niemieckiego wybrzeża. Pierwsze Messerschmitt Bf 110 i Junkersy Ju 88 z Nachtjagdgeschwader 3. części 2. Jagddivision (2. Dywizji Myśliwskiej) wystartowały ze swoich baz lotniczych w Stade, Vechta, Wittmundhafen, Wunstorf, Lüneburg i Kastrup i zajęły pozycje oczekiwania, nad niemieckim wybrzeżem Morza Północnego. Alianckie zgrupowanie kierowało się prosto do ujścia Łaby, co nadal nie dawało informacji, które z miast III Rzeszy było celem.

Nagle czerwone punkciki zatrzymały się na szklanej ścianie, pozostając w jednym i tym samym miejscu przez kilka minut. Nerwowość i dezorientacja zaczęły narastać z każdą sekundą. Co się tam dzieje? Oficer wywiadu przełączył się na bezpośrednie linie na stanowiska radarowe i wszędzie otrzymał tę samą odpowiedź na swoje pytania:

 

»Urządzenia są wadliwe lub niesprawne«.

 

Lancaster zrzuca najpierw zakłócające radar paski "window" (po lewej), następnie bomby zapalające i bombę kasetową (po prawej).  15 października 1944 roku nalot na Duisburg (Operacja Hurricane).


Szczególnie dotyczyło to urządzeń „Würzburga”, na ich ekranach migotały jedynie bezładne fale echa i nie można z nich było wyczytać niczego pożytecznego. Była to fatalna sytuacja dla Niemców, bo kierowanie nocnych myśliwców systemem „Himmelbett” zależało od dokładnych informacji dostarczanych właśnie przez te urządzenia, i to nie tylko, bo także dział przeciwlotniczych. Zarówno jedni, jak i drudzy poruszali się teraz po omacku, a Jägerleitoffizier (Oficer naprowadzający) nie mógł nic dla nich zrobić. Nawet radary „Freya” nie działały jak zwykle, czasami pokazując tysiące samolotów, które potem nagle znikały, ale przynajmniej z grubsza rozpoznawały zgrupowanie bombowców. Jednak nie było to zbyt przydatne dla nocnych myśliwców czających się powyżej, teraz byli zdani tylko na siebie. Teraz musieli stosować metody z początku wojny, naziemną obserwację ruchu lotniczego prowadzoną przez kontrolerów rozsianych po całym kraju. Według nich żółte kaskady światła spływają z nieba w pobliżu Meldorf, nad Dithmarschen. Wciąż nowe kaskady, zawsze na tym samym obszarze: maszyny naprowadzające prawdopodobnie wyznaczyły tam punkt zwrotny. W rzeczywistości kolejne doniesienia potwierdzały, że bombowce skręcają mocno na południowy wschód, poruszając się równolegle do Łaby i kierują się wprost na Hamburg. Od początku wojny stare hanzeatyckie miasto musiało wytrzymać dużą liczbę bombardowań dziennych i nocnych. Zarówno lekkich, dokonywanych przez pojedyncze maszyny, jak i też ciężkich, które pozostawiły już wyraźnie widoczne ślady.

 

Ponad pięćdziesiąt ciężkich baterii przeciwlotniczych, dobre dwa tuziny lekkich, 22 baterie reflektorów i trzy stanowiska zadymiania były rozmieszczone w Hamburgu i wokół niego. Jednak działa przeciwlotnicze określały parametry strzałów na podstawie danych pomiarowych z urządzeń „Würzburg”. Od kilku minut przed 1:00, również do nich nie docierały żadne przydatne informacje. Za jednym zamachem cała niemiecka obrona przestrzeni powietrznej została wyłączona z akcji. Nie było czasu na zbadanie przyczyny tego stanu rzeczy. Nad miastem słychać już było pierwsze odgłosy silników, a obrona przeciwlotnicza musiała improwizować. Jeśli strzelanie celowane nie było możliwe, to przynajmniej ogień zaporowy powinien przynajmniej zastraszyć napastników. Taką nadzieją żyli artylerzyści.

Alianckie maszyny naprowadzające znalazły się już nad miastem. Samoloty były wyposażone w najnowszą technologię, w tym w radar penetrujący, któremu Brytyjczycy nadali nazwę „H2S”. Był on w stanie odtwarzać kontury krajobrazu na ekranie wewnątrz maszyny. Jeziora i rzeki wyróżniały się jako ciemne obszary, miasta były natomiast pokazane jako jasne kontury. Można było nawet zobaczyć pojedyncze wieże przeciwlotnicze. Wszelkie próby kamuflażu okazywały się nieskuteczne wobec tego urządzenia. Nawet w całkowitej ciemności, gęstej mgle, opadach śniegu czy deszczu. Radar działał nawet przez zamkniętą pokrywę chmur i zawsze można było uzyskać doskonały obraz obszaru docelowego. Tej nocy obraz na ekranach „H2S” składał się z hamburskich dzielnic Barmbek, Hoheluft, Eimsbüttel, Altona i portu. „Zwiadowcy” zaczęli znakować cele, zrzucając magnezowe kulki spływające powoli w dół na spadochronach, co ułatwiało celowanie kolejnym bombowcom. Rozpoczyna się operacja Gomorrah. Nocne niebo nad Hamburgiem wypełnił narastający zgiełk: wycie syren mieszało się ze „szczekaniem” wściekle strzelających dział przeciwlotniczych, powietrze wypełniło się narastającym, groźnym, głębokim szumem, generowanym przez tysiące masywnych silników samolotów bombowych. Kilka minut po maszynach naprowadzających, „powódź” bombowców również dotarła do obszaru docelowego.
 


Nocne niebo nad Hamburgiem Lipiec 1943


Fala za falą przetaczały się nad nim, ciężkie czterosilnikowe bombowce Handley Page halifax, Avro Lancaster i Short Stirling, otwierały swoje komory bombowe. Dziesiątki dwusilnikowych maszyn Vickers Wellington robiły to samo. Świst spadających bomb zagłuszał ogólny hałas. Wybuchają bomby kasetowe i odłamkowo-burzące, zrywane są dachy w budynkach całych ulic, ściany domów zawalają się lub dosłownie rozpryskują, okna i drzwi wylatują na bruk. W międzyczasie spadają masy luźno zwiniętych pasków folii aluminiowej, a potem kolejne bomby zapalające i kanistry z fosforem. Wybuchają pierwsze większe pożary, promienie światła z reflektorów przeciwlotniczych przebijają się przez coraz gęstszy dym. Poszkodowane dzielnice są dotknięte prawdziwym piekłem. Ludzie, zwłaszcza kobiety, dzieci i osoby starsze, które nie dostały się do schronów przeciwlotniczych, giną w dymie i płomieniach. Również wiele schronów nie zapewnia wystarczającej ochrony „wlewa” się do nich ogień podsycany i napędzany fosforem. Ludzie, którzy szukali w nich ratunku, zostali teraz zamknięci w śmiertelnej pułapce.

 

W międzyczasie 4. Dywizja Myśliwska w Döberitz pod Berlinem oraz 5. Skrzydło w Parchim, otrzymały rozkaz startu. Tym razem Spoden nie musiał czekać do świtu i znalazł się od razu w samym środku działań.

 

»Byłem w centrum „Himmelbett” „Czapla” pod Lubeką, byłem jednym z ostatnich, który został wysłany i wkrótce  po starcie zobaczyłem przerażającą pożogę na zachód ode mnie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Mój Boże! Czy to może być Hamburg? Hanzeatyckie miasto było oddalone o ponad 100 kilometrów i mimo to nie można go nie zauważyć. W tym samym czasie nasze urządzenie „Lichtenstein” sprawiało problemy, mój radiooperator pokładowy zgłaszał poważne zakłócenia, było widać tylko migotanie, nie było czytelnych kontur. Najwyraźniej urządzenia „Würzburga” miały ten sam problem, one też były zakłócane, mój kontroler na ziemi nie mógł mnie naprowadzić na cel. Po kilku chwilach jednak gołym okiem zobaczyłem w oddali jakieś czterosilnikowe samoloty ponad jasną warstwą chmur oświetlonych pożarami miasta. Małe jak ćmy, ale bez wątpienia „Viermots!” „Pozwólcie mi tam polecieć!” Krzyknąłem do kontrolera na krótkiej fali. „Nie, nie mogę”, odpowiedział, „to jest poza moim obszarem, a poza tym tam operują FlaKi!” „Porozmawiaj z Berlinem”, krzyknąłem, „pozwól mi tam polecieć, widzę wyraźnie „Tommies!” Odpowiedź przyszła natychmiast: „Nie, masz pozostać w obszarze „Czapla”. Sprawdziłem już, musimy liczyć się z przelotami«.

 

Peter Spoden był zdesperowany. Szkolił się od dwóch lat, a teraz widział samoloty wroga, ale nie mógł do nich lecieć. Oczywiście nie było żadnych przelotów i stopniowo kończyło mu się paliwo. W końcu musiał wylądować w Parchim. Na posterunku dowodzenia rozpętało się piekło! Wszystkie załogi, nawet te doświadczone, zgłaszały ekstremalne zakłócenia i błędy radarów pokładowych, mało komu udało się coś zestrzelić. Zamiast tego wszyscy donosili o straszliwych pożarach i wybuchach oraz całej masie czterosilnikowych maszyn, których nie mogli zaatakować. Identyczne raporty nadchodziły ze wszystkich innych nocnych eskadr myśliwskich i wszędzie panowało ogromne rozgoryczenie.
Od ataku brytyjskich bombowców w nocy z 24 na 25 lipca 1943 roku rozpoczęło się systematyczne niszczenie dużej części Hamburga z powietrza. Peter Spoden „uwięziony” w kokpicie swojej maszyny był świadkiem najcięższego nalotu w dotychczasowej historii wojny. Atak na Hamburg był tylko wstępem do całej serii bombardowań, prowadzonych również przez flotę powietrzną USA. Punktem kulminacyjnym operacji „Gomorrah” była „huraganowa burza ognia”, która rozpętała się po ataku z 27 i 28 lipca. Pożary wtedy wywołane trwały do 3 sierpnia 1943 roku.
We fragmencie oficjalnego raportu szefa policji w Hamburgu można odnaleźć następujący opis sytuacji:

 

»Ulice pokryte były setkami trupów. Matki ze swoimi dziećmi, mężczyźni, starcy, poparzeni, zwęgleni, pozornie bez obrażeń i odziani, nadzy, i woskowo bladzi jak manekiny, leżeli w każdej pozycji, spokojnie lub skurczach konwulsji, w agonii, w ostatniej chwili z twarzą śmierci. Schrony oferowały ten sam obraz, jeszcze bardziej makabryczny w skutkach, bo ukazywał ostatnią desperacką walkę z bezlitosnym losem«.

 

Części mocno zniszczonych obiektów stoczni Blohm & Voss


Łatwość, z jaką można było bombardować to do tej pory dobrze chronione miasto, była możliwa dzięki nowym technikom zastosowanym przez Brytyjczyków. Nauczyli się oni „oślepiać” niemieckie radary dzięki zastosowaniu pasków „window”, w celowaniu natomiast pomagały im radar „H2S” i markery zrzucane przez samoloty naprowadzające z 8. Grupy „Pathfinder Force”.
30 lipca 1943 roku Józef Stalin wysłał do Churchilla poufną wiadomość.

 

»Gratuluję brytyjskim siłom powietrznym i cieszę się z ich zamiaru nasilenia nalotów bombowych na Niemcy«.

 

Szacuje się, że ponad 35 tysięcy cywili zginęło w wyniku nalotów w trakcie operacji „Gomorrah”, ponad 100 tysięcy osób zostało rannych, a setki tysięcy bez dachu nad głową. Całe części miasta zostały doszczętnie zniszczone, ważne dzieła sztuki i kultury oraz unikatowe zabytki bezpowrotnie zginęły w płomieniach. Do dzisiaj ruiny wieży kościoła św. Mikołaja wznoszą się złowieszczo w kierunku hamburskiego nieba.

Efekt nalotów oraz zaskoczenie Niemców po tej serii nalotów odzwierciedla wpis w pamiętniku ministra propagandy III Rzeszy Josepha Goebbelsa. Pod datą 29 lipca 1943 roku zanotował:

 

»Tutaj musimy stwierdzić zniszczenie ponad milionowego miasta, które prawdopodobnie nigdy wcześniej nie było widziane w historii. Pojawiają się problemy, które są prawie niemożliwe do przezwyciężenia«.

Ogień nad Hamburgiem w końcu zgasł, pozostawiając po sobie jedynie pogorzelisko i cmentarną ciszę. Działający po obu stronach barykady ludzie: brytyjscy lotnicy tacy jak John Petrie-Andrews i Alan Forsdike, przerażeni niemieccy obrońcy jak Alwin Bellmann i bezradny w swej bezczynności Peter Spoden, czy wreszcie uciekający przed śmiercią cywile jak Kurt-Heinz Wilkens, stali się jedynie drobnymi trybami w wielkiej, niszczycielskiej machinie II wojny światowej. Operacja „Gomorrah” dowiodła z przerażającą precyzją, że nowocześnie zorganizowana technologia i bezwzględna strategia potrafią w kilka nocy obrócić w popiół dorobek wielu pokoleń.
Piekło lipcowych nocy 1943 roku nie tylko obróciło w ruinę starożytne hanzeatyckie miasto, ale pokazało nową, przemysłową skalę alianckiego odwetu. Odtąd ogień wojny totalnej, zwróconej również przeciw ludności cywilnej, wywołanej przez III Rzeszę w 1939 roku, powrócił ze zwielokrotnioną siłą bezpośrednio nad niemieckie nieb

»A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana <z nieba>. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami […]«

-Stary Testament, Księga Rodzaju, rozdział 19, wers 24.

 

 

Wieża kościelna, jedyna pozostałość po kościele św. Mikołaja w Hamburgu. Ruiny świątyni zostały wysadzone w powietrze i rozgruzowane w 1951 roku.

 


Materiały źródłowe:

Jörg Friedrich: Der Brand - "Deutschland im Bombenkrieg 1940–1945"
Rolf-Dieter Müller - "Der Bombenkrieg 1939–1945"
Documents of German War Damage
Nord Deutsche Rundfunk - "Operation Gomorrha": Feuersturm verwüstet Hamburg im Juli 1943

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.