piątek, 1 września 2017

Smok Kaszubski - O marynarzach, którzy jeździli koleją.

Marynarze w skupieniu i ciszy wpatrywali się w gęstniejący mrok wrześniowego wieczoru. Każdy na swoim stanowisku, gotowy w jednej chwili podjąć walkę. Mat Małecki pochylony nad osłoną działka tylko czekał na sposobność do oddania salwy. Dziwnym jedynie elementem był fakt, że polscy marynarze zajmowali pozycje w wagonach ciągniętych przez lokomotywę. Co prawda huśtało nieco niczym na okręcie, jednak dźwięki jakie wydawała ich jednostka były z goła różne od tych do których przywykli. Był 10 września 1939 roku. Pociąg pancerny "Smok Kaszubski", wdzierał się niezauważony coraz głębiej na tyły Niemców. Rozkaz pułkownika Dąbka brzmiał jasno: "Dotrzeć do odciętego przez wroga 1 Pułku Morskiego i wesprzeć w celu ewakuacji". W wagonie obłożonym 9 mm blachą tłoczył się oddział desantowy gotowy do walki. Parowóz ciągnął, monotonnie stukając po szynach, skład 6 wagonów. Niemca nie było jak na razie widać. Kiedy zapadła już zupełna ciemność, pociąg zbliżył się do Redy. Na rozkaz lokomotywa zatrzymała się, szarpiąc wagonami. Pod nasyp podeszło kilka postaci. 
- "Jesteśmy z pierwszego!"   
Krzyknęła jedna z nich i zniknęła między drzewami, by po chwili powrócić z kilkoma żołnierzami niosącymi swoich rannych towarzyszy. Z wagonu desantowego wylali się marynarze ubezpieczając ewakuację i pomagając wnosić tych, którzy nie byli w stanie iść o własnych siłach. W kilka minut było już po akcji. Z całego pułku ostała się jedynie zmaltretowana garstka. "Smok" ruszył z łoskotem w drogę powrotną w kierunku Gdyni. Zaczynało świtać, a przed składem w dali dało się słyszeć strzały i huk wybuchów. Pociąg przyspieszył gdy nagle marynarskim oczom ukazali się polscy żołnierze z 3 Batalionu Rezerwowego nacierający na Niemców wzdłuż drogi z kierunku Zagórza. 
Gwizdek! To dowódca "Smoka" dał sygnał do zatrzymania. Wróg nie spodziewał się Polaków na swoich tyłach a na pewno nie pociągu pancernego. Ogień z CKMów i działka celnie "kosił" żołnierzy Wehrmachtu, którzy bezradnie próbowali się przegrupować. Ostatecznie byli zmuszeni odskoczyć a "Smok Kaszubski" pośród wiwatu chłopców z Batalionu Rezerwowego, ruszył w dalszą drogę.     
* Tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Artystyczna wizja "Smoka Kaszubskiego" pod mostem na ul. Wyspiańskiego w Gdańsku

O pociągach pancernych z września 1939 roku chyba każdy słyszał, przynajmniej przelotnie. Historia tego konkretnego egzemplarza jest może krótka, ale za to bardzo interesująca i tak naprawdę nie do końca jasna. Chociażby sam fakt, że nie ma żadnych zdjęć, które by dokumentowały istnienie tego pociągu, czy też to, że załogę stanowili marynarze i tak naprawdę był prowizorycznym pociągiem pancernym powstałym z prywatnej inicjatywy jego dowódcy. Zapraszam na krótką opowieść o "Smoku Kaszubskim."
Opowieści o tym pociągu pancernym nie można by zacząć, nie wspominając o jego dowódcy i pomysłodawcy. Kapitan marynarki Jerzy Błeszyński, był oficerem flagowym w Kierownictwie Marynarki Wojennej II RP. Pod koniec sierpnia 1939 roku został wysłany do Gdyni z przesyłką kurierską i do Warszawy nie zdążył już wrócić. Wybuch wojny uniemożliwił mu dalsze wykonywanie obowiązków w sztabie. Nie zamierzał jednak próżnować i oddał się do dyspozycji Dowództwa Obrony Wybrzeża. Już 2 września otrzymał w zastępstwie rannego kapitana Lipkowskiego dowództwo nad trałowcem ORP "Mewa." Tej funkcji nie piastował jednak zbyt długo. Dzień  po wejściu na pokład okrętu, jednostka została  zbombardowana w porcie Helskim przez niemieckie samoloty i poszła na dno wraz z ORP "Wicher" i ORP "Gryf". Oficerowi nie pozostało nic innego jak powrót do Gdyni, ale przybył tam z niecodziennym pomysłem. Przedstawił projekt budowy, w Warsztatach Portowych Marynarki Wojennej, pociągu pancernego. Idea przypadła do gustu jego przełożonym a w szczególności komandorowi porucznikowi Hryniewickiemu. Był on oficerem łącznikowym między Dowództwem Obrony Lądowej w Gdyni i Dowództwem Floty na Helu. Właściwie jego również przedstawia się jako pomysłodawcę projektu. Jest to jedna z wielu niejasnych kwestii naszego pociągu, w każdym razie po rozmowie tych dwóch oficerów niezwłocznie przystąpiono do pracy. Z 3 na 4 września, do kadłubowni warsztatów portowych podprowadzono lokomotywę OKl 27 ze składem dwóch wagonów towarowych i czerech platform kolejowych, lub dwóch platform i dwóch węglarek. Pociąg miał tam zostać opancerzony i uzbrojony. Prace miały być zakończone w 48 godzin. Było to tym bardziej fascynujące, że tak naprawdę nikt nie miał pojęcia jak powinien wyglądać taki pociąg, specjaliści z warsztatów budowali do tej pory okręty. Jak wspomina zastępca kapitana Błeszczyńskiego i późniejszy dowódca pociągu, kapitan marynarki Florian Hubicki:
"Dwu inżynierów, kilku majstrów i kilkudziesięciu robotników uwijało się jak mrówki, Nikt, ani z personelu stoczni, ani z załogi, nigdy przedtem nie miał do czynienia z pociągami pancernymi. Czy to było źle, czy dobrze, tego nie wiem. Żadnych planów kreślarskich. Po prostu pomysły i natychmiastowe ich wykonanie..."      

Lokomotywa typu OKl27 wykorzystywana w polskich pociągach pancernych.
        
Prace były tym bardziej utrudnione, ponieważ port był nieustannie pod ostrzałem. Pociski artyleryjskie, oraz z dział pancernika "Schleswig-Holstein" przelatywały nad placówką i niejednokrotnie eksplodowały na jej terenie. To jednak nie wywierało wrażenia na pracujących ludziach. Dwa wagony towarowe przeobrażono w desantowe, wykładając je od środka 9 mm blachą przeznaczoną pierwotnie na budowę pierwszych polskich niszczycieli "Orkan" i "Huragan". W wagonach desantowych miejsce mogło znaleźć około 100 - 150 żołnierzy. Platformy natomiast miały służyć jako wagony uzbrojone. Dwie z nich "opasano" tą samą blachą wysoką na około 1,20 m. Ustawiono dwumetrowe podpory na "burtach" a trzy metrowe w środkowej części, na nich osadzono dach. Miał on chronić załogę przed granatami lub innym zagrożeniem z góry. Całość przypominała nieco chińskie pagody, jak wspominał Florian Hubicki. Dwie pozostałe lory pozostawiono bez opancerzenia. Służyły one do przewożenia zapasowych szyn i podkładów, jak również innych części zapasowych.
Lokomotywę również obłożono, głównie spawanym elektrycznie pancerzem, w imię zasady: "lepiej za dużo niż za mało." Skład pomalowano na brudno zielone i żółte plamy a na boku parowozu wypisano białymi literami "Smok Kaszubski." Jeżeli chodzi o uzbrojenie pociągu to tu robi się dosyć chaotycznie. Różne źródła podają zupełnie odmienne wyposażenie. Może to wynikać z faktu, że w ramach Lądowej Obrony Wybrzeża, oprócz "Smoka" działały jeszcze dwa inne prowizoryczne pociągi wojskowe. Nie były one jednak pancerne i składały się z lokomotywy, oraz jednego lub dwóch wagonów uzbrojonych. Możliwe wiec, że dochodzi do mylenia poszczególnych egzemplarzy, przy próbach usystematyzowania tych trzech pociągów. W każdym razie najczęściej spotykaną wersją jest opis o jednym działku 45 mm zdemontowanego z ORP "Bałtyk" i jednym lub dwóch działach przeciwlotniczych kalibru 40 mm z zatopionego 1 września ORP "Mazur". Do tego około 11 CKMów plus broń ręczna. Jednakże powyższa lista wydaje się być błędna ze względu na opis jakiego dokonał zastępca dowódcy pociągu, kapitan Hubicki. Z jego relacji, która znajduje się w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, wynika, iż "Smok" nie był aż tak imponująco uzbrojony.
"Uzbrojenie pociągu było raczej słabe. początkowo wmontowano na pierwszy wagon uzbrojony jakieś działko polowe na kółkach /podobno zdobyte na Niemcach/, kalibru 40-kilku mm. Kpt. mar. Błeszyński dał mi swobodę zmiany tego na coś bardziej wygodnego. Udało mi się uzyskać od kpt. mar. Danyluka /Uzbrojenie - wówczas w gmachach Kadry Floty/ małego Boforsa 39 mm, na solidnej morskiej podstawie. Zdaje mi się, że za to działko musiałem dać dla "Uzbrojenia" rower [...] Działko Boforsa miało tą zaletę, że było proste w manipulacji i "Uzbrojenie" gwarantowało nam prawie nieograniczoną liczbę pocisków typów: "z krótką zwłoką", "bez zwłoki" i "kartacze". Wyrzuciliśmy więc grat na kółkach. Na lufie nowego działka umocowaliśmy tarcze ochronną dla celowniczego, z wycięciem umożliwiającym celowanie, wzmocniliśmy platformę lory kilkoma podkładami kolejowymi oraz blachą i wmontowaliśmy tego Boforsa jako "artylerię Smoka". Najważniejszym uzbrojeniem "SMOKA" praktycznie /nie moralnie/ rzecz biorąc były CKMy."

Lista budowniczych "Smoka Kaszubskiego." Dokument z Muzeu Miasta Gdyni

Według opisu F. Hubickiego, na pierwszym wagonie uzbrojonym znajdował się Bofors i dwa CKMy na trójnogach. Na drugim były jedynie 4 CKMy na trójnogach, do tego kilka RKMów i broń ręczna. Osobiście skłaniam się ku opisowi kapitana Hubickiego, ponieważ był świadkiem zarówno budowy jak i późniejszych wydarzeń związanych z tym pociągiem. Dzięki poświęceniu i zapałowi z jakim budowano pociąg dla obrony wybrzeża już 6 września, przy akompaniamencie wybuchów niemieckich pocisków, ze stoczni wyjechał z hukiem "Smok Kaszubski". Kapitan Jerzy Tadeusz Błeszczyński, jako dowódca zajmował miejsce w jednym z wagonów uzbrojonych. Do komunikacji z pozostałą częścią składu miał do dyspozycji gwizdek, którym można było wydawać podstawowe polecenia, jak również przerzuconą przez wszystkie wagony i lokomotywę , polową linię telefoniczną. W drugim wagonie uzbrojonym znajdował się jego zastępca kapitan Florian Hubicki, wraz z Boforsem i jego obsługą, którą stanowili: mat Małecki i starszy marynarz Rószkowski. Za koordynacje CKMów odpowiedzialny był bosmanmat Gielda. Kadrę oficerska zamykali: chorąży marynarki Andrzejczyk i mat Błażuk. Lokomotywę natomiast obsługiwał cywilny zespół, zmieniający się co 8 godzin. Resztę załogi mieli stanowić uzbrojeni marynarze oddelegowani z Kadry Floty, około 30 - 40 żołnierzy. Czekali oni przy torze wiodącym ze stoczni do stacji kolejowej w Gdyni. Kiedy ładowali się na pociąg zastępcy dowódcy rzuciło się w oczy ich niekompletne umundurowanie. Jak sam wspominał:
"Nie podobało mi się, że dużo z nowo przybyłych marynarzy nie miało swoich półpłaszczy. Byli tylko w letnich drelichach. Kiedy powiedziałem im, że to bardzo nierozsądne przybyć na nowy przydział bez normalnego ekwipunku, zobaczyłem dużo par oczu szeroko otwartych ze zdziwienia. Pan bosman krzyknął: „kto na ochotnika chce się przejechać do miasta” i myśmy myśleli, że tylko na godzinkę” – powiedział mi któryś z nich. – Będzie to dłużej niż na godzinkę – odpowiedziałem to, co mogłem odpowiedzieć."
Na stacji w Gdyni kapitan Błeszczyński udał się po rozkazy a pociąg pobrał prowiant, oraz węgiel i wodę. Skład był gotowy do działań w ciągu godziny, jednak w oczekiwaniu na rozkaz przebywał na peronie nieco dłużej. W tym czasie zbierało się coraz więcej gapiów, którzy pozdrawiali polskich żołnierzy i wiwatowali na cześć pociągu. Miało to ogromne znaczenie dla załogi, poczucie dumy i wzrost morale na pewno zrekompensował pozostawione w barakach płaszcze i kurtki. 

6 września o godzinie 17 pociąg pancerny "Smok Kaszubski" ruszył na swoją pierwszą misję. Należało wesprzeć 1 Pułk Morski cofający się z Wejherowa, miasto było jeszcze w polskich rękach. W drodze na pozycję doszło do pierwszego starcia. Nad torowiskiem pojawił się niemiecki samolot rozpoznawczy. Kapitan Hubicki sam oddał pierwszy strzał z Boforsa w jego kierunku, zawtórowały mu KMy i broń ręczna. Maszyna zadymiła z silnika, jednak wbrew pierwotnej euforii wzniosła się na bezpieczny pułap i oddaliła. Po dotarciu na miejsce, skład zajął pozycję w pobliżu stacji w kierunku Gdyni. Całą noc marynarze pełnili wartę, nie nękani przez wroga, słyszeli wiwaty wkraczających do Wejherowa Niemców.
Następnego dnia dowódca 1 Morskiego Pułku Strzelców wysłał pociąg do miasta w celu rozpoznania stanu sił przeciwnika. Do starcia doszło na zachód od zajętego przez Niemców Wejherowa. Wspierając ogniem cofające się pododdziały strzelców morskich, został trzykrotnie trafiony niemieckimi pociskami. Pozostawał jednak na pozycji osłaniając odwrót Polaków, na krótko nawet udało się "Smokowi" odrzucić siły niemieckie. Hitlerowcy rzucili przeciw Polakom pluton wozów bojowych z dywizji SS "Heimwehr Danzig." Skład natknął się na nie przy drodze wiodącej do redy, po dynamicznej wymianie ognia jeden z niemieckich samochodów stanął w miejscu a załoga pośpiesznie go opuściła. Po kilku chwilach sytuację pogorszyły nadlatujące samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Polacy jednak nie odpuszczali, przenosząc ciężar ognia na nurkujące niemieckie maszyny, uszkadzając jedną z nich. W efekcie atak został odparty bez strat. Dopiero po wyczerpaniu zapasu amunicji i w obliczu zagrożenia niemiecką artylerią, która rozpoczęła ostrzeliwanie pozycji "Smoka", pociąg musiał wycofać się do Gdyni.
9 września to wyjątkowa data dla marynarzy pełniących służbę na szynach. W obliczu wznowienia zmasowanego natarcia przez niemieckie oddziały, pociąg wspierał działania 1 Morskiego Pułku Strzelców i pieszego batalionu marynarzy. Walki były bardzo ciężkie a "Smok" niejednokrotnie odrzucał niemieckie natarcia. Jedno z nich, to najtragiczniejsze wspomina kapitan Florian Hubicki:
"Około ósmej rano Smok doszedł do skraju Wejherowa i jakieś 100 metrów przed skrzyżowaniem szosy z torem kolejowym został zaatakowany. Z lewej strony, z budynków odległych 60 do 100 metrów od toru kolejowego, otwarto do nas ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, oraz z prawej strony ogień z kilku karabinów maszynowych w pobliżu skrzyżowania szosy z torem kolejowym. Dowódca był wówczas w drugim wagonie uzbrojonym, ja byłem w pierwszym. Krótkim machnięciem ręki kpt. mar. Błeszyński przekazał mi prawą stronę do zwalczania oraz pokazując na siebie jedną ręką a drugą wskazując lewą stronę dał mi do zrozumienia, że się nią sam zajmie. W tymże momencie usłyszałem jego telefoniczny dzwonek sygnalizujący lokomotywie STOP. W ciągu kilku sekund Smok znalazł się w gradzie pocisków i zaczął sam siać z obu burt ołowiem karabinów maszynowych i ręcznych oraz kartaczami Boforsa. Ile czasu trwała walka tego nie wiem. Pamiętam ciągły rytmiczny ryk strzelających karabinów maszynowych i przeplatający się z nim jakby szept pocisków uderzających o nasz pancerz. Pamiętam czerwoną twarz mata Małeckiego schylonego nad tarczą osłonną działka i jak niesamowicie szybko ładował i odpalał, oraz na moje uwagi: „niżej, wyżej, trochę w lewo, trochę w prawo” natychmiast zmieniał kierunek ognia. Obok niego klęczący jak ministrant obok księdza, st. mar. Rószkowski, podający w skupieniu pociski. Pamiętam kilka rozjątrzonych twarzy, jakby przyklejonych do przyrządów celowniczych ciągle trzaskających naszych karabinów maszynowych, które jakby rozumiejąc powagę chwili „waliły na całego”: bez żadnych zacinań się. Pamiętam błogie uczucie zadowolenia kiedy z kilku „kupek” biało dymiących w naszym kierunku, najpierw jedna, potem druga zniknęły. Spojrzałem wtedy w stronę dowódcy. Stał wyprostowany oraz nieco wychylony na zewnątrz pancerza i obserwował przez lornetkę coś w kierunku budynków z których strzelano. Pomyślałem, że przed następną wyprawą trzebaby zainstalować peryskopy obserwacyjne. Nieco później zauważyłem, że działko mego wagonu, które po każdym odpaleniu trzeba było rozładowywać i ładować odręcznie, już oddało pewnie ze sto strzałów, oraz zauważyłem, że z prawej strony pociągu pozostały jeszcze tylko dwie „kupki” dymiące w naszym kierunku. Kiedy starałem się naprowadzić ogień działka na te „kupki” pociąg ruszył wstecz. W ciągu paru chwil byliśmy poza praktycznym zasięgiem ognia niemieckiego i nie mieliśmy już do kogo strzelać.
Bosmanmat Giełda krzyczał coś do mnie z wagonu dowódcy. Przeskoczyłem z pierwszego do drugiego wagonu uzbrojonego. Zobaczyłem, że dowódca był ranny. Marynarze trzymali go na rękach. Piersi miał zalane krwią. Był przytomny, ale nie mógł mówić. Pokazał mi ręką, ażebym odczepił od jego munduru gwizdek sygnalizacyjny, Zrobiłem to. Pokazał palcem żebym przyczepił gwizdek do mego munduru." 

Wykaz uczestników biorących udział w akcji "Smoka Kaszubskiego". Dokument znajduje się w Muzeum Miasta Gdyni.

Kapitan Hubicki odtransportował swego dowódcę do szpitala wojskowego w Gdyni, gdzie ten zmarł na stole operacyjnym na skutek odniesionych ran. "Smok Kaszubski" stracił swojego "stwórcę" a marynarze "ojca". Załoga z tym większym zacięciem i męstwem stawała do dalszego boju. Do końca feralnego dnia patrolowano odcinek Reda - Zagórze. Kiedy wieczorem "Smok" zawitał na stację w Gdyni, dla uzupełnienia zapasów, ludzie witali pociąg i jego załogę jak bohaterów. Wiwatom i okrzykom na cześć "Smoka Kaszubskiego" nie było końca. Każdy chciał dotknąć miejsc na pancerzu, w które uderzyły niemieckie kule. To właśnie wśród tej euforycznej atmosfery załoga dowiedziała się o śmierci swego ranionego rano dowódcy. Duma i szczęście mieszały się ze łzami i smutkiem. 
Nie było jednak czasu na poddawanie się emocjom. Nowy dowódca pociągu, kapitan Florian Hubicki, wrócił z rozkazami od dowódcy Obrony Lądowej Wybrzeża, pułkownika Stanisława Dąbka. "Smok" miał wedrzeć się za linię wroga, do zajętej w międzyczasie przez Niemców Redy i ewakuować pododdziały 1 Morskiego Pułku Strzelców. Tu relacje również są nieco rozbieżne. Hubicki nie poświęca temu wydarzeniu wiele w swojej relacji więc można jedynie rekonstruować fakty z innych opisów. W jednej z wersji wydarzeń "Smok" miał przebić się brawurowym ogniem przez niemieckie linie i po zabraniu niedobitków strzelców morskich, wrócić do Gdyni. Prawdopodobniejszym jednak wydaje się, że pociąg przedostał się niepostrzeżenie pod Redę i po ewakuowaniu rannych i sanitariuszy, w drodze powrotnej, wsparł ogniem walczący Batalion Rezerwowy na odcinku Zagórze - Reda. Czyż w innym wypadku Niemcy pozwolili, po przerwaniu swoich linii, by polski pociąg jeździł sobie bezkarnie na ich tyłach? Tym bardziej, że musiał poruszać się po szynach, więc jego trasa byłaby doskonale znana. 
Powracając z misji ratunkowej 11 września, "Smok Kaszubski" musiał z marszu wesprzeć polskie oddziały w walce o węzeł kolejowy Rumia - Zagórze. Walki w tym rejonie toczone były od 10 września przez 3 dni. Pociąg pancerny walczył bez ustanku, robiąc jedynie przerwy na uzupełnienie amunicji. Tu znów możemy czerpać z relacji kapitana Hubickiego:
"Smok Kaszubski poza nielicznymi skokami do Gdyni po paliwo i wodę oraz zmianę cywilnej obsady, nie miał wypoczynku. Strzelaliśmy swoim działkiem i karabinami maszynowymi ponad głowami naszych oddziałów uparcie sterczących tam w nawałach ognia nieprzyjacielskiego oraz dostawaliśmy łupnia od artylerii niemieckiej praktycznie rzecz biorąc bez przerwy. [...] Pociski polskiej i niemieckiej artylerii ciągle furczały nad naszymi głowami, aż wreszcie trzeciego dnia poczuliśmy, że Niemcy miękną. Wprawdzie zwiększyli siłę ognia, ale strzelali bardziej chaotycznie. "
12 września "Smok Kaszubski" wykonywał zwiad wspierając swym ogniem z pozycji pod Chylonią obrońców Kępy Oksywskiej, nieustannie nękany przez coraz bardziej podirytowanych jego działaniami Niemców. Należy sobie uświadomić, że pociąg porusza się po torze. Więc nie może ani zjechać w bo i się ukryć, ani wykonywać żadnych uników przed artylerią która wystarczy, że wstrzeli się w torowisko. Jedynym narzędziem, są manewry w tył i przód, oraz zmiana prędkości. Raz maszynista myląc wskazówki Hubickiego, zamiast wstecz, ruszył pociąg do przodu.
"...aż jakieś 300 metrów przed stacją kolejową maszynista pomylił manewr i zamiast ucieczki od nawały artyleryjskiej Smok wskoczył w nią i tam się zatrzymał. Przeraźliwy kwik świń, które skądś się wzięły w pobliżu, trzask pocisków artyleryjskich rozrywających się przy kołach pociągu, odłamki żelaza wlatujące do wagonów uzbrojonych. Ja dmucham z całych sił w gwizdek sygnał WSTECZ, aż wreszcie po kilku niesamowicie długich chwilach wyskoczyliśmy z małego piekiełka. Ku zdziwieniu nas wszystkich bez żadnych szkód."
Szczęśliwa passa miała jednak dobiec końca. Jeszcze tego samego dnia, kapitan Florian Hubicki, zatrzymał pociąg i udał się na spotkanie z podpułkownikiem Marianem Sołodkowskim, szefem Sztabu Obrony Lądowej. Kiedy oficerowie omawiali plan, przygotowywanego na noc, kontrnatarcia, usłyszeli warkot samolotów. Gdy wybiegli na podwórze, okazało się że to niemieckie maszyny. Najwidoczniej "Smok Kaszubski" stał się dla nazistów cierniem w oku i skierowali na niego atak. Według niemieckich źródeł było to 13 maszyn, w polskiej bibliografii spotyka się opis jednego samolotu, kapitan Hubicki zaś wspomina o "kilku bombowcach."  Kiedy dowódca pociągu dobiegł do torowiska w miejscu gdzie było miejsce jego postoju, zobaczył taką oto scenę:
"Za chwile zobaczyłem mój wagon przewrócony do góry kołami i obok ciało jednego z marynarzy z olbrzymią dziurą w głowie. Podbiegł do mnie chor. mar. Andrzejaczyk i opowiedział krótką historię: jeden samolot zeszedł na wysokość kilkudziesięciu metrów i trafił bombą w mój wagon. Załoga wagonu została wyrzucona wybuchem na krzaki w pobliżu. Tylko jeden zabity. Reszta pociągu atakowana przez inne samoloty pomknęła w kierunku Chylonii."
Hubicki zdołał zdobyć samochód i postanowił ruszyć w pogoń za "Smokiem." Kiedy jechał szosą równoległą do torów po kilku chwilach dojrzał resztki składu. Lokomotywa z jednym wagonem desantowym zdawała się nieuszkodzona. Reszta wagonów była porozrzucana w promieniu pół kilometra od stojącego parowozu. Lory z materiałami zapasowymi, oderwane niemieckimi bombami od składu, samodzielnie potoczyły się w kierunku Gdyni. 
Załoga nie chciała jednak rezygnować z walki z najeźdźcą. Po zdanym raporcie, kapitan Hubicki otrzymał od podpułkownika Słodkowskiego, rozkaz odbudowy pociągu.
"Niech pan zbuduje nowy pociąg, naprawi tory i będzie gotów do natarcia wieczorem."
Zmotywowani marynarze w ciągu 2 godzin przetransportowali cały skład, za wyjątkiem pierwszego wagonu uzbrojonego, do warsztatów stoczni. Po kolejnych dwóch godzinach, dzięki ofiarnej pracy stoczniowców "Smok Kaszubski" był gotowy do działania. Według Hubickiego jego stan odpowiadał temu z dnia 6 września. Polacy pomimo zadanego im ciosu, byli pewni swojego sukcesu jeszcze bardziej niż przedtem.
"Mieliśmy kilka godzin na wypoczynek. Wierzyliśmy, że kiedy Niemcy myśleli że Smok już nie istniał, będziemy mogli ich naprawdę zaskoczyć."
Marynarze, którzy jeździli pociągiem, nie zastanawiali się już nad przynależnością do konkretnego rodzaju broni. Teraz czuli się po prostu obrońcami. Polakami walczącymi o swoją ojczyznę. Z niecierpliwością wyczekiwali rozkazu z Dowództwa Obrony Lądowej i kolejnego zadania. Ten przyszedł wieczorem, kiedy było już ciemno. Był jednak z goła inny niż oczekiwali.
"W związku z opuszczeniem przez nas Gdyni i koncentracją obrony na Oksywiu załogę Smoka Kaszubskiego spieszyć i przekazać do obrony Portu Wojennego"
Tak kończy się historia pociągu pancernego "Smok Kaszubski". Co się stało z odtworzoną maszyną? Tego nie wiadomo. Nie zachowało się żadne zdjęcie do którego można by jednoznacznie przypisać "Smoka." Jedyne co można znaleźć na jego temat to zeznania świadków, uczestników i raporty z działalności pociągu. 
Niemcy w jednym z opracowań na temat Wehrmachtu pod tytułem "Wie das Gesetz es befehl" najlepiej wystawili ocenę i przydatność polskich pociągów pancernych:
"Polska miała nieliczne tylko pociągi pancerne, ale ich oficerowie i szeregowi dobrze się bili. Wciąż na nowo wyłaniały się one z ukrycia w gęstych krzakach, niepokojąc niemieckie połączenia."
Powyższa historia jest znakomitym przykładem męstwa i skutecznego oporu przeciw silniejszemu wrogowi. Nie zapomnijmy o ludziach, którzy oddawali swoje życie dla ojczyzny, dla przyszłych pokoleń, dla nas. 







Korekta: Raetus

Materiały źródłowe:
Wspomnienia kapitana F. Hubickiego - "Nasze Sygnały" nr 75
Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Tadeusz Krawczak i Jerzy Odziemkowski - "Polskie pociągi pancerne w wojnie 1939"



2 komentarze:

  1. pod Mokrą niemcy też dostali porządnego łupnia od pociągów pancernych

    OdpowiedzUsuń
  2. Powyzsza historia a raczej opowiesc o tej historii z udzialem"Smoka kaszubskiego",jest dowodem na to,ze sa ludzie,ktorzy poswiecaja swoj czas i swoje staranie,by tacy jak my czytelnicy tego bloga mogli sie znow czegos niesamowitego,nowego dowiedziec o mestwie i woli walki z najezdzca o wolna i niepodlegla Ojczyzne,ktora sie dzis cieszymy. Dziekujemy za te ciekawe kadry wyszukiwane ze stert tasm naszej historii.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.