środa, 1 listopada 2017

"Indianapolis" - "Posłaniec śmierci"

Litchfield - Connecticut, USA. 6 listopada 1968 roku.
Poranek był rześki w tę pochmurną środę (9°C), było jednak sucho. Charles McVay ubrał się w swój admiralski mundur. Pomimo 70 lat trzymał się prosto a w jego ruchach widać lata wojskowego drylu. Spojrzał w bok a następnie powoli wyciągnął dłoń w stronę leżącego na stoliku rewolweru. W pół drogi cofnął jednak rękę. Teraz sięgnął do kieszeni, by dotknąć swojego talizmanu. Dobrze pamiętał moment, gdy ojciec podarował mu ołowianego marynarzyka. Zacisnął powieki, spod których spłynęła łza.
"Louise... tak mi ciebie brakuje...".
Ze wszystkich trzech żon, druga była miłością jego życia. Dopóki rak nie postanowił inaczej.
Otworzył oczy i spojrzał niewidzącym wzrokiem w lustro. Zamiast swego odbicia widział "Indy". Tak żartobliwie nazywano wówczas ten okręt. Znów musiał zacisnąć powieki. To się dzieje na nowo... Bezustannie powracający koszmar, zarówno we śnie jak i na jawie. Zacisnął rękę na ołowianej figurce, tak mocno że ból przeszył jego dłoń. Jednak prześladujące go slajdy nie zniknęły.
Eksplozja, szarpnięcie i jęk stali. McVay zrywa się z pryczy. Podbiega do interkomu, głucho... Okręt trzeszczy i dziwnie się przechyla. Kapitan wybiega na pokład, który już został ogarnięty przez ogień.
"Myślałem, że go ugasimy...".
Marynarze biegają w amoku, część z nich w kamizelkach, inni wyrwani ze snu, półnadzy. Większość nie reaguje na wykrzykiwane przez niego polecenia. Ktoś wyskakuje za burtę, potem kolejny.
"Szalupy... szalupy... dlaczego mnie nie słuchali?"
Słyszy swój głos nakazujący wysłać SOS i komunikat o zatonięciu.
"Tak, wtedy było już po wszystkim, „Indy” był śmiertelnie ranny"
Widząc beznadziejność sytuacji i czując, jak okręt przechyla się dziobem w dół daje rozkaz do opuszczenia jednostki.
"12 minut... jak to możliwe? Cały okręt zniknął w 12 minut".
Potem już tylko ciemność, słona woda i palący oczy oraz gardło olej unoszący się na wodzie niczym nagrobek po krążowniku.
"Musiałem stracić przytomność...".
Kolejny slajd to dzień. Setki jego chłopców dryfuje na falach, było zaledwie kilka tratw ratunkowych.
"Dlaczego mnie nie słuchali? Szalupy...".
Najgorsze jednak były krzyki, gdy przypłynęły rekiny. Jeden po drugim znikający pod taflą, momentalnie czerwieniącej się wody, ludzie. Utrata człowieczeństwa, gdy dryfujący na falach zaczęli w walce o miejsce na tratwie mordować się nawzajem, gdy ogarniał ich obłęd i halucynacje z powodu odwodnienia i hipernatremii.
"Krzyki i bezsilność... miałem w tedy jak inni, po prostu skoczyć i dać się objąć ciemności".
Kontradmirał szybkim ruchem zgarnął ze stolika swoją służbową broń, zbiegł po schodach i wyszedł do ogrodu. W dłoni ołowiany marynarzyk. McVay patrzy na niego, jak gdyby chciał przeprosić, błagać o wybaczenie. Drugą rękę, tę z rewolwerem, uniósł do skroni... Ciemność.



USS "Indianapolis" na kotwicy w Pearl Harbor, rok 1937.


By opowiedzieć Historię krążownika USS "Indianapolis", trzeba wspomnieć również kilka innych. Losy tego okrętu splatają się z losami wielu setek a nawet tysięcy, jeśli nie milionów ludzi. 10.000 ton żelaza przyniosło rozpacz i śmierć dwóm nacjom i stało się synonimem "posłańca śmierci", pomimo, że tak naprawdę za wszystkimi tymi nieszczęściami stali ludzie i ich nonszalancja.
USS "Indianapolis" był ciężkim krążownikiem o oznaczeniu CA-35. Amerykanie zbudowali go w oparciu o Traktat waszyngtoński (1922), który nakładał ograniczenia ilościowe i jakościowe. Okręt nie mógł przekroczyć 10.000 ton a jego działa nie mogły mieć większego kalibru niż 203 mm. "Indy" był jednym z dwóch krążowników klasy "Portland", jakie zbudowano dla US Navy. Stępkę pod niego położono 31 marca 1930 roku w nowojorskiej stoczni New York Shipbuilding Corporation, wodowanie nastąpiło 7 listopada 1931 roku a matką chrzestną była Lucy Taggart, córka burmistrza Indianapolis z lat 1895 - 1901, miasta od którego jednostka otrzymała nazwę. Zaraz po pierwszych próbach stwierdzono nienaturalne przechyły okrętu. Aby je wyrównać, zamontowano specjalne stępki, co zniwelowało wadę. Pierwotnie klasa "Portland" nie miała być zbytnio opancerzona, zarówno pokład jak i pas pancerza miały mieć grubość 1 cala, czyli jakieś 2,54 cm. W trakcie budowy konstruktorzy jednak odeszli od tej wytycznej. Pokład pogrubiono do 2,5 cala (6,35 cm), opancerzenie kadłuba zaś do  3,25 cala (8,25 cm) a na wysokości magazynów amunicji aż do 5 cali (12,7 cm). Wieże artyleryjskie chroniła stal o grubości 2,5 cala (6,32 cm) a barbety 1,5 cala (3,81 cm). Sterówka miała najcieńszą osłonę o grubości 1,25 cala (3,17 cm).
Okręt był długi na 186 m i szeroki na 20 m, przy pełnej wyporności 10.258 ton zanurzał się na 6,4 m. Zgodnie z założeniami traktatu na okręcie zainstalowano 9 armat 203 mm / L55. Umieszczono je w typowy dla Amerykanów sposób: jedna wieża z 3 działami na rufie i dwie wieże, łącznie 6 dział, w superpozycji - co oznacza położenie wież jedna nad drugą - na dziobie. Takie usytuowanie głównej artylerii dziobowej dawało większe pokrycie ogniem w tym samym kierunku. Były to działa typu MK 9, zaprojektowane i produkowane w drugiej połowie lat 20 XX wieku. Zasięg ognia wynosił trochę ponad 31.000 m i każda "rura" mogła w ciągu minuty oddać od 3 do 4 salw, 120 kilogramowy pocisk osiągał prędkość 850 m/s. W styczniu 1945 roku wymieniono je na typ MK 14, który właściwie nie różnił się niczym od poprzednika poza chromowaną lufą i bardziej kompaktową komorą. Wieże artylerii głównej obracały się hydraulicznie przy pomocy silnika elektrycznego.
Artylerię pomocniczą stanowiło 8 uniwersalnych dział 127 mm / L25, ustawiono je pojedynczo i bez osłony. Były one dosyć szybkostrzelne (15 - 20 salw na minutę), zaprojektowano je również w latach 20 i były przeznaczone głównie do zwalczania samolotów. Ich zasięg wahał się, w zależności od kąta pod jakim strzelano, między 13.200 m a 8.200 m. W 1943 roku modernizowano "Indianapolis" i zmieniono je na 4 baterie po 4 sprzężone armaty przeciwlotnicze Boforsa 40 mm. W 1945 dodano kolejne 2 baterie oraz 12 działek 20 mm "Oreklion". Ciekawostką jest, że te ostatnie były niemieckimi działkami zaprojektowanymi w 1919 roku i produkowanymi na licencji w wielu krajach europejskich. Broń ta jest używana do dziś, na przykład na łodziach straży wybrzeża USA.

USS "Indianapolis", widok rufy, w trakcie budowy w New York Shipbuilding Corporation. 1931 rok.

Wzmiankuje się również dwie armaty 3 funtowe QF Hotchkiss, są to działa z 1886 roku. W XX wieku były praktycznie już przestarzałe i stosowano je na jednostkach drugoligowych, więc ciężko mi jest przyporządkować specyficzne ich zastosowanie na krążowniku. Armaty zbudowano do zwalczania szybszych mniejszych jednostek, w późniejszych czasach były wykorzystywane jako działa uniwersalne do zwalczania zarówno celów lotniczych jak i naziemnych, czy okrętów. Całości uzbrojenia dopełniało 8 karabinów maszynowych Browning M2 12,5 mm. W odróżnieniu od japońskich czy niemieckich jednostek tej klasy, okręt nie posiadał wyrzutni torped.
Krążownik miał za to dwie katapulty dla samolotów rozpoznawczych. Początkowo na wyposażeniu były 4 sztuki wodolotów Vought O2U Corsair. Te jednak jako przestarzałe, zamieniono na dwa rozpoznawcze wodnosamoloty Vought OS2U Kingfisher.             
Cała ta kupa stali i uzbrojenia poruszała się po wodach oceanów przy pomocy 4 śrub z maksymalną prędkością 32,86 węzłów, czyli jakieś niecałe 61 km/h i mogła pokonać jednorazowo 10.000 mil morskich, co odpowiada 19.000 km. Chociaż obliczeniowo okręt nie miał poruszać się szybciej niż 32 węzły (59 km/h). Prędkość ekonomiczna "Indianapolis" to 15 węzłów (28 km/h). Niezbędnej mocy dawały 4 turbiny Parsons GT napędzane parą z 8 kotłów Yarrow a ich moc rzeczywista była również wyższa niż obliczeniowa. W trakcie testów zamiast planowanych 79.000 kW osiągnięto 80.000 kW.

Wodowanie kadłuba USS "Indianapolis", rok 1931 New York Shipbuilding.

"Indianapolis" budowano jako jednostkę flagową, z dodatkową przestrzenią dla admirała i jego sztabu. Standardowa liczba załogantów wynosiła 807 ludzi, jednak gdy okręt pełnił funkię admiralską, mógł pomieścić 1229 oficerów i marynarzy. W swój dziewiczy rejs pod dowództwem kapitana Johna M. Smealliea, okręt wypłynął na testy po Atlantyku. Portem docelowym było Guantanamo, gdzie jednostka zawinęła 23 lutego 1932 roku. Po uzupełnieniu zaopatrzenia wypłynięto w rejs szkoleniowy, poprzez Kanał Panamski i wzdłuż wybrzeży Chile, który skończył się w suchym doku w Filadelfii. Tam dokonano niezbędnych napraw i usunięto usterki, które wyszły w trakcie pierwszego rejsu. 15 listopada 1932 roku. USS "Indianapolis" wszedł oficjalnie do służby. Jego pierwsza misja była niebagatelna. 1 lipca 1933 roku na pokład wszedł ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Delano Roosevelt i znajdował się na jednostce przez trzy dni. Wyruszył z rodzinnej posiadłości na wyspie Campobello w Nowym Brunszwiku do Annapolis w stanie Maryland. Na pokładzie spotkał się z 6 członkami swojego gabinetu by następnie wygłosić orędzie na temat światowego kryzysu gospodarczego. Po powrocie do Filadelfii, 6 września, na okręt zaokrętowano Claude A. Swansona, sekretarza marynarki. Na pokładzie "Indy" odbył on inspekcję floty Pacyfiku, poprzez Kanał Panamski, Hawaje, San Pedro, aż do San Diego. Wizytacja obejmowała zarówno okręty jak i instalacje obrony wybrzeża, by w końcu 27 października 1933 roku, wysadzić swojego prominentnego pasażera na ląd.
Już 1 listopada, jednostkę i jej załogę czekały nowe zadania. USS "Indianapolis" został przydzielony do "Scouting Force 1" jako okręt flagowy. Był to związek okrętów, które nie wchodziły w skład głównych sił marynarki wojennej ani handlowej. Zgrupowanie początkowo składało się ze starszych, drugoligowych jednostek operujących na Atlantyku i Morzu Karaibskim. Później, gdy w jego skład wszedł "Indianapolis", okręty przerzucono na Pacyfik. "Indy" pozostał okrętem flagowym "Scouting Force 1" aż do 1941 roku.
W ramach swojego nowego zadania "Indy" operował z portu Long Beach w stanie California, z którego wypłynął 9 kwietnia 1934 roku w stronę Nowego Jorku, gdzie dotarł 29 maja. Tam na jego pokładzie znów gościł Roosevelt, przeprowadził przegląd morski, wizytując wraz z członkami rządu siły floty USA.

Załoga USS "Indianapolis" wita na pokładzie prezydenta USA, Franklina D. Roosevelta. Nowy York 31 maja 1934 rok. 

Najwidoczniej prezydent upodobał sobie krążownik, gdyż później jeszcze raz korzystał z jego gościnności. Po powrocie do Long Beach 9 listopada 1934 roku, okręt wznowił ćwiczenia taktyczne ze swoim zgrupowaniem. W grudniu nastąpiła też zmiana na stanowisku kapitana, dowodzenie przejął William S. McClintic. Szkoląc załogi i koordynację działań w zgrupowaniu floty, okręt spędził czas aż do 18 listopada 1936 roku. Wówczas prezydent Roosevelt wezwał krążownik po raz kolejny. W Charleston w Karolinie Południowej zaokrętowano głowę państwa po raz trzeci, w celu odbycia kilku kurtuazyjnych wizyt w państwach Ameryki Południowej. Rejs trwał do 15 grudnia i prowadził poprzez Brazylię, Argentynę i Urugwaj i z powrotem do Charleston. W jego trakcie jednostką dowodził Henry Kent Hewitt.
Kiedy Franklin Delano Roosevelt "lądował" w amerykańskim porcie przy akompaniamencie muzyki i ogólnego uniesienia narodowego, w trakcie krótkiego przemówienia wspomniał swój chrzest równikowy, tradycyjny obrzęd na jednostce pływającej dla osób pierwszy raz przekraczających równik, polegający na szeregu upokorzeń i wymyślnych zadań:
"Ta intensywna inicjacja trwała dwa dni, ale wszyscy przeżyliśmy i jak widać wróciliśmy cali z powrotem".        
Głowa państwa, wraz ze swoim sztabem przeszła ten chrzest 26 listopada i otrzymała nawet za to certyfikat od marynarzy.

Kiedy 7 grudnia 1941 roku, krótko przed 8 rano, japońskie samoloty torpedowe, bombowe i myśliwce, zamieniły Pearl Harbor w inferno, wyłączając Flotę Pacyfiku z możliwości działań na prawie pół roku, USS "Indianapolis" przebywał akurat na atolu Johnston, przeprowadzając pozorowany ostrzał wyspy. Wiadomość,
"Znajdujemy się w stanie wojny z Japonią - To jest oficjalne",
dotarła na krążownik, akurat, gdy lądowano żołnierzy i sprzęt na wyspę. Zaraz po otrzymaniu komunikatu, załoga wyrzuciła za burtę wszystko co było łatwopalne i zbędne. Okręt włączono do naprędce utworzonego zespołu Task Force 12 w celu wytropienia nieprzyjacielskich lotniskowców. Poszukiwania okazały się bezowocne i 13 grudnia "Indy" wrócił do Pearl Harbor i został włączony do Task Force 11. Grupa bojowa skupiona wokół lotniskowca USS "Lexington" skierowała się w stronę Nowej Gwinei, gdzie Japończycy gromadzili siły desantowe. Po drodze, 20 lutego 1942 roku, okręty zostały zaatakowane przez 18 cesarskich bombowców, 16 z nich zostało strąconych przez artylerię przeciwlotniczą "Indianapolis". 10 marca doszło do bitwy u brzegów wysp Lae i Salamaua, jednak główne skrzypce odegrały samoloty z amerykańskich lotniskowców. Po tej operacji, "Indianapolis" udał się do stoczni Mare Island celem przebudowy. Po dokonaniu napraw i modernizacji krążownik eskortował konwój do Australii a następnie dołączył do zgrupowania na północnym Pacyfiku. Japończycy właśnie wylądowali na Aleutach więc amerykanie starali się reagować.

USS "Indianapolis" rok 1941 lub 1942, lokalizacja nieznana.

7 sierpnia 1942 roku w gęstej mgle amerykański zespół okrętów poszedł w okolice japońskiej bazy na wyspie Kiska. Cała operacja odbywała się bez uprzedniego rozpoznania i bazowała na zaskoczeniu przeciwnika. "Indianapolis" skierował swoją artylerię na zatokę i port. Ogień z 203 mm dział okrętu, jak również pozostałych jednostek odbywał się "w ciemno" z powodu gęstej mgły. Siły japońskie zostały zupełnie zaskoczone, przez pierwsze 15 minut nie odezwała się artyleria nabrzeżna.  Po tym czasie część z niej oddała salwy w niebo, wychodząc z założenia, że ich pozycje są bombardowane przez samoloty. Amerykańskie samoloty zwiadowcze meldowały zatopienie kilku statków stojących w porcie. Po krótkiej odpowiedzi Japończyków celny ogień z amerykańskich okrętów "uciszył" działa nabrzeżne. Pomimo braku oficjalnego potwierdzenia zatopienia cesarskich okrętów, operację uznano za udaną.             
"Indianapolis" wspierał ogniem swoich dział kolejne desanty i ataki, realizujące taktykę "żabich skoków" amerykańskich sił na Aleutach. 19 lutego 1943 roku wypłynął razem z dwoma niszczycielami, patrolując obszar na południowy - zachód od wyspy Attu, by przechwycić ewentualne zaopatrzenie dla japońskich garnizonów na wyspie. Późnym wieczorem zlokalizowano transportowiec "Akagane Maru", poruszający się bez eskorty. Uznano go za statek amunicyjny i nadano wezwanie do poddania. Jednostka próbowała zareagować, jednak nie zrozumiano intencji Japończyków. Krążownik otworzył ogień z dział artylerii głównej. Pierwsza celna salwa spowodowała eksplozję statku o wyporności 3.100 ton, który miał w ładowniach amunicję, prowiant i żołnierzy. Kula ognia wyrzuciła ludzi i towary w powietrze rozrzucając wszystko po Pacyfiku. Wszyscy ze 140 osobowej załogi jak i z kontyngentu żołnierzy zginęli. Amerykańskie okręty nie miały nawet kogo podejmować z wody.
Wkrótce wyparto siły cesarskie z Aleutów a "Indy" udał się na kolejną modernizację i naprawę poszycia do portu na Mare Island. Z doków powrócił w charakterze okrętu flagowego admirała Raymonda A. Spruance´a, który dowodził Piątą Flotą. Zgrupowanie wyszło w morze z portu w Pearl Harbor 10 listopada 1943 by wziąć udział w inwazji na wyspy Gilberta i Marshalla. Okręt głównie wspierał lądowanie ostrzałem z dział. Musiał również odpierać ataki lotnicze, co czynił z sukcesem niszcząc jeden japoński samolot. W noc sylwestrową Amerykanie przeprowadzili atak na największy atol Wysp Marshalla - Kwajalein. Ogień artylerii okrętów zgrupowania torował drogę lądującym na wyspach żołnierzom. USS "Indianapolis" zniszczył dwie baterie nadbrzeżne, bunkry stojące na drodze amerykańskich marines i instalacje portowe. 4 lutego 1944 roku "Indy" rzucił kotwicę w porcie i pozostał w nim, wspierając żołnierzy na lądzie, aż do końca walk o atol.

USS "Indianapolis" po drugim remoncie w Mare Island Navy Yard. 2 maja 1943 rok.

W marcu i kwietniu siły USA przeprowadziły inwazję na Wyspy Karolińskie. Walki toczyły się głównie w oparciu o samoloty startujące z lotniskowców, więc "Indianapolis" nie maił zbyt wiele do roboty. Ubezpieczając działania i podejmując z oceanu zestrzelonych pilotów, skutecznie obronił się przed zbłąkanym japońskim samolotem torpedowym, zapisując kolejną japońską maszynę na swoje konto. Pozostając ciągle w charakterze okrętu flagowego 5 Floty, do końca 1944 roku, "Indy" ubezpieczał kolejne lądowania i ostrzeliwał pozycje Japończyków na wyspach Morza Filipińskiego. Warto wspomnieć jeszcze może, że 23 czerwca 1944 roku, krążownik prowadził ostrzał wyspy Saipan w trakcie desantu. Po 6 dniach wyruszył by zniszczyć instalacje nabrzeżne na Tinian, w międzyczasie Amerykanom udało się zdobyć Guam a "Indianapolis" był pierwszym okrętem USA, który wpłynął do portu Apra Harbor. W trakcie walk o Guam na pokład krążownika spadł 120 mm pocisk artyleryjski. Na szczęście dla załogi i samej jednostki okazał się on niewypałem a samo jego uderzenie nie wyrządziło prawie żadnych szkód. We wrześniu naprawy wymagały działa artylerii głównej, więc okręt powrócił do portu Mare Island w Kalifornii.

USS Indianapolis ostrzeliwuje wyspę Saipan. Pod osłoną artylerii okrętu, do brzegu płynął łodzie desantowe. Czerwiec 1944 rok.

Na początku stycznia 1945 roku "Indianapolis" opuścił port i po ponownym zaokrętowaniu admirała Raymonda A. Spruance`a, w ramach Task Force 58, wziął kurs na Iwo Jimę. Od lutego okręt fungował tam jako wsparcie artyleryjskie. Miał za zadanie eliminowanie japońskich punktów oporu na wyspie. 25 lutego "Indy" osłaniał jako wsparcie przeciwlotnicze, powracające lotniskowce, by w marcu w trakcie walk o Okinawę strącić 6 samolotów. Następnie zajęto się tym co marynarze czynili niemal już automatycznie, ostrzeliwaniem wyspy. Japończycy w swojej zaciętości przypuszczali kolejne samobójcze ataki lotnicze na amerykańskie okręty. W końcu jeden z kamikaze zdołał przebić się przez obronę przeciwlotniczą i uprzednio zrzucając bombę, wbił się wraz ze swoją maszyną w okręt. Bomba przebiła pokład i leżącą pod nim messę dla marynarzy, oraz poniżej znajdujący się zbiornik paliwa. Na końcu wybiła dziurę w kadłubie i eksplodowała w wodzie poniżej krążownika. Samolot wraz z nieszczęsnym pilotem - samobójcą przeorał "Indy" wzdłuż bakburty. Jego silnik stanął momentalnie w płomieniach, marynarze rzucili się by zepchnąć płonący wrak z pokładu i tym samym uniknąć pożaru.  Śmierć poniosło 9 ludzi a kolejnych 26 zostało rannych.
Jeden z marynarzy, wtedy zaledwie 19 letni strzelec artyleryjski, Giles McCoy wspomina:
"Obsługiwałem jedno z dział w wieżyczce. Widziałem jak nadlatujące samoloty zamieniały się w kule ognia lub po prostu spadały do oceanu. Nagle zauważyłem kolejny obiekt, który się do nas zbliżał. Wziąłem go na cel, leciał prosto na nas. W ułamku sekundy dotarło do mnie, że to kamikaze. Rzuciłem się na pokład, kiedy spadła bomba a sam samolot rozbił się o okręt".
"Indianapolis" nabrał wody, jako że bomba perforowała kadłub poniżej linii zanurzenia, co zmusiło okręt w kwietniu do powrotu na 3 miesiące do suchego doku portu Mare Island. Jednostka pomimo dziury w kadłubie, zniszczonych zbiorników słodkiej wody, paliwa, uszkodzeniu kardanów śrub i nieszczelnych kotłów, po prowizorycznych naprawach, pokonała Pacyfik o własnych siłach. Kiedy "Indianapolis" dotarł do Mare Island Naval Shipyard w Kaliforni, kapitan McVay otrzymał wiadomość z admiralicji:
"Gratulacje za opanowanie uszkodzeń, pańscy ludzie wykonali niesamowitą robotę".
Naprawy ciągnęły się więc w nieskończoność. Załoga w tym czasie pozwoliła sobie na rozluźnienie. Wojna w Europie już się skończyła a Japonia zdawała się czekać na dobicie. Służba na okręcie ograniczała się jedynie do pełnienia wacht, by po ich odbębnieniu wyruszyć na "podbój" miasta.

USS "Indianapolis" stoi na kotwicy w Navy Yard Mare Island, po ostatnim remoncie. 10 lipiec 1945 rok.

15 lipca USS "Indianapolis" przeniesiono do nieistniejącego dziś portu Bayview-Hunters Point, San Francisco i postawiono w stan gotowości. Nikt jednak nie przeczuwał nic nadzwyczajnego. Komandor Charles Butler McVay III, który był kapitanem "Indy" od 18 listopada 1944 roku, otrzymał tajne rozkazy z Naczelnego Dowództwa. Wiele jednak się z nich nie dowiedział. Jedynie tyle, że on, jego ludzie i okręt zostali wyznaczeni do specjalnego zadania i w trybie natychmiastowym muszą przetransportować "materiały bojowe specjalnego przeznaczenia".
W tym miejscu warto wspomnieć o osobie samego komandora. USS "Indianapolis" nie był pierwszym okrętem, którym dowodził. Komandor McVay miał za sobą 26 lat solidnej kariery w US Navy, został odznaczony "Srebrną Gwiazdą", "Brązową Gwiazdą" i "Purpurowym Sercem". Jego rodzina służyła od trzech pokoleń w marynarce a jego ojciec był admirałem. Akademię morską ukończył w 1920 roku i był postrzegany jako osoba bardzo zdolna i potrafiąca zjednać sobie swoich podwładnych.   
Koło północy, 16 lipca, kiedy cala załoga znajdowała się na pokładzie, nabrzeże jak i pirs, przy którym cumował krążownik, zostało szczelnie otoczone przez żandarmerię wojskową. Jakikolwiek dostęp do okrętu od strony lądu był niemożliwy. Kiedy po godzinie 4 rano, letnie niebo zaczynało się powoli rozjaśniać, do portu wjechały dwie eskortowane przez marines ciężarówki. Z pierwszej, przy pomocy dźwigu portowego, przeniesiono na pokład przypominającą nieco dużych rozmiarów trumnę, skrzynię. Następnie ustawiono ją na pokładzie i zabezpieczono grubymi linami. Wokół niej ustawili się milczący marines, wyglądali nieco komicznie, jak gdyby pełnili wartę honorową. Jednak marynarze chcący podejść i przyjrzeć się ładunkowi, szybko przekonali się, że ci pierwsi traktują swoje zadanie nader poważnie. Załoga nawet nie mogła się zbliżyć do skrzyni. Jednak największe zdziwienie i konsternację, wywołał wyniesiony z drugiej ciężarówki pojemnik. Niosło go dwóch ludzi, pomimo że był rozmiarów małego wiadra z pokrywką. Trafiło ono do kajuty admiralskiej, gdzie na samym środku przygotowano dla niego specjalne leże. Kajuta była teraz ogołocona z całego wyposażenia, na jej środku znajdowały się obręcze z uchwytami, w których zamocowano owe tajemnicze wiadro. Ładunek spięto linami i zabezpieczono kłódką, do której klucz trafił na szyję jednego z dwóch oficerów pilnujących pojemnika przez cały jego rejs. Oficer przedstawiał się jako major Robert Furman z Korpusu Inżynieryjnego Armii. Robert Furman był inżynierem, który między innymi miał spory wkład w projekt budowy Pentagonu, tym razem jego misja była nieco inna. Załoga spekulowała na temat ładunku, który przyszło im transportować. Najpopularniejsze teorie mówiły o sztabach złota lub o zarazkach do broni biologicznej. Nikt z załogi "Indianapolis" nie miał pojęcia co musi być tak pilnie dostarczone przez Pacyfik.
Jakżeż ogromne musiało być zdziwienie komandora McVay`a gdy otrzymał instrukcje, jak i samej załogi, kiedy "Indy" o 8 rano wypłynął z portu bez jakiejkolwiek eskorty i z pełną prędkością obrał kurs na Pearl Harbor. Rozkazy mówiły jasno: Port docelowy na Tinian, poprzez Pearl Harbor, ma być osiągnięty jak najszybciej. Okręt ma podróżować bez jakiejkolwiek eskorty niszczycieli, czy innych mniejszych jednostek, co samo w sobie było pogwałceniem sztuki wojennej na morzu. Jednak McVay jako oddany oficer niezwłocznie wyprowadza swoją jednostkę z portu w San Francisco i płynąc pełną prędkością ustanawia nowy rekord czasowy, do portu na Hawajach krążownik wpłynął po 3 dniach. Po krótkim postoju "Indianapolis" wychodzi z Pearl Harbor i obiera kurs na Tinian, gdzie dociera 26 lipca 1945 roku. Na miejscu ładunek pospiesznie został wyładowany i w asyście eskorty odjechał. Nikt z załogi USS "Indianapolis" nie zdawał sobie sprawy z wagi misji, którą właśnie wykonali a większość z nich miała się już nigdy nie dowiedzieć co było transportowane na okręcie. Ludzie domyślali się, że może mieć to związek z lotnictwem taktycznym, ponieważ na Tinian znajdowała się baza samolotów B-29, które nękały japońskie miasta.

USS "Indianapolis" w porcie na Tinian, najprawdopodobniej już po wyładowaniu części bomby atomowej. Lipiec 1945

Skrzynia tak pilnie strzeżona przez marines, zawierała mechanizm detonacyjny do bomby. Jednak ten był dosyć wyjątkowy, ponieważ został wykorzystany do pierwszej użytej bojowo bomby atomowej (a właściwie uranowej). Natomiast w pojemniku - wiadrze znajdowało się około 64 kg uranu 235. "Indy" dostarczył najważniejsze komponenty do amerykańskiej bomby "Little Boy", bomby, która przyniosła zagładę i cierpienie setkom tysięcy Japończyków.

6 sierpnia 1945 roku kilkanaście minut po 8 rano (czasu Hiroszima) na niebie nad Hiroszimą pojawił się amerykański bombowiec B-29 "Superforteca" o dźwięcznie brzmiącej, nadanej mu przez jego kapitana, nazwie "Enola Gay". Nazwa pochodziła od imienia i nazwiska matki dowódcy "Superfortecy", Paula Tibbetsa. O 8:15 na wysokości 9.500 m luk bombowy otworzył się i samolot wypluł swój ponad czterotonowy ładunek. "Little Boy" zaczął spadać na bezbronne miasto, spadochron zamocowany do bomby otworzył się z łopotem. Spowalniał on opadanie, by dać załodze samolotu niezbędny czas do ucieczki z obszaru zagrożenia. o godzinie 8:16 specjalny mechanizm, zdetonował bombę, 580 m nad dziedzińcem szpitala Shima. W kilka sekund wszystko w promieniu 400 m wyparowało w temperaturze przekraczającej 300.000 stopni Celsjusza. Ludzie znajdujący się kilometr od epicentrum, palili się żywcem a każdy oddalony do około 3,5 km doznał dotkliwych oparzeń. Hiroszima przestała istnieć. 13 kilometrów kwadratowych miasta zostało w kilka sekund zupełnie wymazanych powierzchni ziemi. Siła wybuchu wynosiła 16 - 18 kiloton trotylu. Kitayama Futaba, jedna z tych, którzy przeżyli piekło Hiroszimy, relacjonowała później:
"Nagle, bez uprzedniego alarmu, pojawił się bardzo wysoko, nad naszymi głowami pojedynczy nieprzyjacielski samolot. Jedna z kobiet krzyknęła: „patrzcie, spadochron!”. Odwróciłam się na ten okrzyk i właśnie w tym momencie przenikliwy błysk zakrył całe niebo. Co było pierwsze: błysk czy huk wybuchu, który zdawał się rozdzierać mnie na kawałki? Nie pamiętam. Rzuciło mną o ziemię i natychmiast świat zaczął się walić wokół mnie, na mnie, na moją głowę. Przestałam cokolwiek widzieć. Zaczęłam dość mocno pocierać sobie nos serwetką, zawieszoną przy pasku. Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że na serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy… Ach! I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać".   
Śmierć poniosło, według oficjalnych amerykańskich szacunków z 1945 roku, blisko 70.000 osób. Jednak według Jezuitów, którzy prowadzili misję w mieście, liczba ofiar wynosiła co najmniej 100.000. Faktyczną ilość ofiar dziś jest nie sposób ustalić, tym bardziej, że w późniejszych latach na choroby popromienne oraz powikłania chorobowe i psychiczne zmarło co najmniej kolejne 100.000 ludzi. Niektóre źródła podają nawet 250.000 jako łączną liczbę ofiar bomby "Little Boy". Amerykanie nie użyli ani nie zbudowali więcej bomby uranowej ponieważ okazała się... mniej skuteczna niż zakładali. Rozszczepieniu uległo zaledwie około 1,5% izotopu, czyli jakieś 700 - 800 gram z 51 kg uranu. Bomba okazała się więc w oczach wojskowych nieekonomiczna. Skutki tragedii odczuwalne są do dzisiaj, tym bardziej, że 3 dni później na Nagasaki spadła inna bomba, plutonowa, która miała być skuteczniejsza. Rozmiar zniszczenia i okrucieństwa spowodowany zagładą Hiroszimy jest niewyobrażalny a pomimo to nie wahano się użyć drugiej bomby, tylko po to by przyspieszyć to co było i tak nieuniknione. Drugi z pilotów "Enola Gay" miał w chwili wybuchy powiedzieć:
"O mój Boże, co myśmy zrobili?"...

Powróćmy jednak do USS "Indianapolis" i jego załogi, można już w tym momencie powiedzieć o tym krążowniku jako o "posłańcu śmierci", ale to jeszcze nie koniec jego historii.
Po pozbyciu się dziwnego ładunku, który okazał się pierwszą na świecie użytą bomba atomową, komandor McVay otrzymuje kolejne rozkazy. Ma udać się  na pobliską wyspę Guam w celu wymiany części załogi, która ukończyła już służbę a następnie po uzupełnieniu zapasów przepłynąć na Filipiny do zatoki wyspy Leyte. Grupowały się tam okręty 5 Floty, przygotowujące się do inwazji na Wyspy Japońskie. Tam miał oddać okręt pod rozkazy admirała Oldendorfa, dowodzącego Task Force 95. McVay prosił o przydzielenie eskorty niszczycieli, co jest standardowym działaniem. Tym bardziej, że jego okręt nie posiadał nie tylko żadnej broni przeciw okrętom podwodnym, ale nawet nie miał na wyposażeniu urządzeń mogących wykryć takie jednostki. Oficer koordynacyjny, porucznik Waldron musiał się uprzednio skontaktować ze swoim przełożonym, wiceadmirałem Murray`em, ponieważ żaden niszczyciel nie był wolny. Odpowiedź nadeszła stosunkowo szybko i mówił, że eskorta jest zbędna, ponieważ w obliczu zbliżającej się klęski Japończyków, wody w tamtym rejonie są zupełnie bezpieczne. Komandor McVay został okłamany, gdyż kilka dni wcześniej w tamtym rejonie został zatopiony amerykański niszczyciel USS "Underhill". Fakt ten odtajniono dopiero w latach 90 XX wieku.
"Indianapolis" znów samotnie wypłynął więc w rejs. Z prędkością 15,7 węzłów dotarł po krótkim czasie do Apra Harbor, gdzie w 1944 roku był pierwszym okrętem USA, który zajął port. Po zatankowaniu i wymianie załogi, krążownik wyruszył w dalszą podróż.

Jest to najprawdopodobniej ostatnie zdjęcie zrobione krążownikowi USS "Indianapolis". Apra Harbor, Guam 27 lipca 1945 roku.

28 lipca, gdy "Indy" wychodził z portu przekazano do dowództwa 5 Floty standardowy meldunek. Podano średnią prędkość jednostki i zaznaczono przewidywany na 31 lipca czas dotarcia do Leyte. Jednak ten meldunek nigdy nie dotarł do Oldendorfa, oficer radiowy przekazał mu ją dopiero po jakimś czasie, zmieniając jej treść i zarazem znaczenie. Innymi słowy, Admirał Oldendorf nie spodziewał się krążownika. Było to spowodowane chaosem i bałaganem w trakcie przygotowań do desantu i ćwiczeń rozmaitych jednostek i okrętów. Komandor McVay otrzymał rozkaz "zygzakowania" za dnia, co miało profilaktycznie chronić okręt przed okrętami podwodnymi. Co do nocnego "zygzakowania", pozostawiono to w gestii kapitana "Indianapolis". W niedzielę 29 lipca pogoda znacznie się pogorszyła a ocean stał się niespokojny. Okręt podążał ostrymi zygzakami w kierunku Leyete, kiedy zaczęło robić się ciemno, McVay wydał rozkaz zaprzestania "zygzakowania" ze względu na pogodę i udał się na spoczynek. Na odchodnym wydal polecenie meldowania przy każdym drobnym wydarzeniu.
Kaigun-taisa (komandor porucznik) Mochitsura Hashimoto kapitan japońskiego okrętu podwodnego I-58 obserwował Pacyfik przez peryskop, uważnie wypatrując amerykańskich okrętów. Japońska jednostka znajdowała się około 450 km na północ od Palau i 1.000 km na wschód od Filipin.  Do okrętu podwodnego przytwierdzonych było 6 "Kaitenów", żywych torped, które ręcznie naprowadzali na cel marynarze Kamikaze. Po kilku minutach zdecydował się dać rozkaz do wynurzenia. I-50 wypłynął na powierzchnię krótko po godzinie 23, zaczęto wietrzyć okręt i ładować akumulatory. Kapitan Hashimoto wyszedł na zewnątrz by zaczerpnąć świeżego powietrza. Nagle jeden z obserwatorów w kiosku zauważył, mniej więcej w odległości 10.000 m, ciemną plamkę na tle srebrnej tarczy księżyca. Po ponownym upewnieniu się zaalarmował Hashimoto, ten po krótkiej obserwacji nocnego horyzontu, nakazał natychmiastowe zanurzenie i ogłosił alarm bojowy. I-58 był nowym typem okrętów podwodnych, o długości ponad 108 m był większy od amerykańskich jednostek i gabarytowo prawie dwukrotnie niż niemieckie U-booty. Gdy o 23:35 japoński okręt wrócił na głębokość peryskopową, "Indianapolis" zbliżył się już znacznie do jego pozycji. Hashimoto zidentyfikował go nieco błędnie, biorąc okręt za krążownik typu "Iowa". Jako że Japoński komandor cenił życie swoich ludzi zdecydował się na konwencjonalne torpedy. Przygotowano 6 superszybkich torped nowego typu, miały zostać odpalone w 3 sekundowych odstępach. O godzinie 0:02 wydano rozkaz do odpalenia 4 torped, miały one do przebycia niecałe 2.000 m co były w stanie uczynić w około minutę. Kiedy zalano luki i pociski zaczęły pędzić w stronę amerykańskiego okrętu, Hashimoto uważnie obserwował go przez peryskop. W końcu 14 minut po północy, 30 lipca 1945 roku, w okularze peryskopu pojawiły się dwa rozbłyski eksplozji pod wieżami numer 2 i 3. Japończyk nie dowierzając w możliwość napotkania osamotnionego krążownika rozkazał maksymalne zanurzenie by przeczekać ewentualny atak niszczycieli. Gdy po dłuższej chwili nic się nie wydarzyło, zaryzykował sprawdzenie sytuacji przez peryskop. Poza falami Pacyfiku i księżycem nie dostrzegł jednak niczego. I-58 wynurzył się na powierzchnię i kiedy Hashimoto wyszedł na pokład ujrzał unoszące się szczątki. Zgodnie z regulaminem, przekazał drogą radiową do dowództwa wiadomość o zatopieniu amerykańskiego Krążownika klasy "Iowa". Kuriozalne jest to, że Amerykanie przechwycili ów meldunek, został on jednak wzięty za przechwałki i nieprawdziwy, jako że według ich wiedzy, w okolicy nie znajdował się żaden okręt tej klasy. W efekcie zignorowano przechwyconą wiadomość.

Kaigun-taisa Mochitsura Hashimoto przy peryskopie I-58. Fotografia zrobiona 29 lipca 1945 roku, czyli na dzień przed zatopieniem "Indianapolis".

Kiedy japońskie torpedy rozerwały kadłub pod wieżą dziobową oraz między wieżą rufową a mostkiem, większość marynarzy razem z kapitanem spała. Na podkładzie pozostała jedynie nocna wachta. Druga eksplozja pozbawiła okręt prądu i łączności, co znacznie utrudniło akcję ewakuacyjną. Wielu marynarzy nie zdołało wydostać się na pokład. Jeden z marynarzy, Giles McCoy wspomina:
"Pilnowałem kilku aresztowanych marynarzy, których zatrzymano po pijanemu na służbie. Kiedy moja wachta dobiegła końca, chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Było mi bardzo gorąco. W drodze na pokład poczułem pierwszą eksplozję, która rzuciła mnie na ziemię, kilka sekund potem okrętem wstrząsnęła druga. Słyszałem krzyki i pobiegłem w ich stronę. Pomagałem ludziom wydostać się spod różnych szczątków, kiedy nad głową usłyszałem krzyk, że muszą zamknąć grodź. Odpowiedziałem im, żeby dali mi jeszcze minutę, na dole ciągle byli ludzie. Kilka minut później ten sam głos krzyknął, że zamyka lukę. Musiałem wyjść na górę, na dole nadal słyszałem ludzi, około 9 osób... Kiedy klapa grodzi się zatrzaskiwała oni nadal krzyczeli..."
"Indianapolis" zaczął się przechylać na dziób. Komandor McVay wiedząc, że to już koniec rozkazał nadać sygnał SOS. Przy pomocy awaryjnej radiostacji, główna była niesprawna z powodu braku energii. Trzy stacje nasłuchowe odebrały wezwanie o pomoc, jednak ani jedna nie przekazała go dalej. W pierwszej oficer radiowy przekazał ją swojemu przełożonemu, ten był jednak pijany i zignorował meldunek. Druga stacja błędnie zinterpretowała treść i zbagatelizowała meldunek. W trzeciej natomiast wzięto sygnał za japońską prowokację i próbę wciągnięcia w pułapkę. Nie zorganizowano więc żadnej akcji ratunkowej. "Indianapolis" zatonął w przeciągu 12 minut od pierwszego trafienia, zabierając ze sobą 296 marynarzy. Na falach Pacyfiku nadal unosiło się około 900 ludzi, wierzących w ratunek, ponieważ wysłano sygnał mayday, mayday, mayday. Oficerom udało się zaprowadzić dyscyplinę i względny porządek. Na kilu tratwach rozlokowano rannych i tych, którzy nie posiadali kamizelek ratunkowych. Do rana jednak życie straciło około 100 marynarzy. Umarli z wyczerpania, na skutek hipotermii i od ran. Gdy nazajutrz wzeszło słońce okazało się, że dryfują w ogromnej, ponad 2 kilometrowej plamie oleju, który zalewał ich oczy, uszy i usta, powodował wymioty i omdlenia. Słońce zamieniało skórę w ropiejące bąble. Ludzie zaczynali w desperacji pić słoną wodę co pogarszało ich sytuację jeszcze bardziej. Jednak najgorsze miało dopiero się pojawić. Pierwsze rekiny przypłynęły pierwszego dnia po zatonięciu, około południa. Nikt na początku nie zauważył, że ludzie, z cichym pluskiem, znikają pod wodą. Trzeba tu wspomnieć, iż na Pacyfiku od 1941 roku toczyły się nieustannie walki, które pozostawiały tysiące zabitych i rannych w wodach oceanu. Przez te lata rekiny dobrze poznały smak ludzkiego mięsa a łatwość w dopadnięciu zdobyczy jeszcze bardziej je przyciągała. W pewnej chwili jeden z rozbitków zaczął się wydzierać, kiedy jego towarzysze podpłynęli do niego okazało się, że rekin odgryzł mu dolną część ciała. Pod wieczór, między rozbitkami, taflę wody pruło kilkadziesiąt trójkątnych płetw. Drapieżniki nie spieszyły się, przecież ich ofiary nie miały gdzie uciec. Raz po raz rozlegał się, przyprawiający o utratę zmysłów wrzask kolejnej ofiary. W tedy ostatecznie utracono jakikolwiek ład i porządek. Ludzie zaczęli walczyć o miejsca na tratwach, spychając z nich rannych i słabszych. Walczono o to by w dryfujących grupach nie być na zewnątrz, dochodziło nawet do morderstw. Po dwóch dniach nieustannego pożerania (średnio co godzinę rekiny pożerały 5 osób) większość marynarzy odchodziła od zmysłów. Mając w perspektywie pożarcie przez drapieżną rybę, niektórzy wybierali śmierć w otchłani oceanu. Rozpinając kamizelki znikali w głębinach Pacyfiku. "Indianapolis" miał zawinąć do portu 31 lipca, przez panujący bałagan i niesumienność, nie zauważono jego braku do 2 sierpnia. Wówczas to przez przypadek rozbitków dostrzegł pilot amerykańskiego bombowca. Wracający z patrolu Lockheed Ventura doznał usterki anteny. Pilot, porucznik Wilbur Gwinn, postanowił naprawić samodzielnie usterkę. Kiedy po skończonej pracy spogląda w dół dostrzega dziwną plamę na wodzie. Po obniżeniu lotu załoga samolotu nie wierzy własnym oczom, setki dryfujących rozbitków. Porucznik Gwinn natychmiast wzywa przez radio pomoc. Na miejsce zostaje wysłany hydroplan Catalina, który dociera do celu o 15:30. Początkowo planowano zrzucić kilka tratw ratunkowych i racje żywnościowe, by ludziom łatwiej było czekać na skierowane w ich sektor okrety. Jednak kiedy załoga samolotu dostrzega pożerające ludzi rekiny decyduje się wylądować.  Pilot hydroplanu, porucznik Adrian Marks wspomina:
"Wokół rozbitków krążyły setki rekinów, które pożerały ludzi żywcem, co chwila któryś z wrzaskiem znikał w głębinach".
Załoga samolotu starała się odstraszyć drapieżniki ogniem z broni ręcznej, ale bezskutecznie. Rozbitkowie zaczęli wdrapywać się na samolot, przy maksymalnej liczbie miejsc wynoszącej 9 osób, porucznik Marks zabrał z wody ponad 20. Marynarze wdrapywali się na skrzydła i tam czekali na kolejne samoloty i łodzie. Pod wieczór na miejsce przybył niszczyciel USS "Cecil Doyle" ratując ponad 100 ludzi.

Grupa rozbitków z USS "Indianapolis", podjęta z oceanu przez jeden z okrętów wysłanych w rejon zatonięcia krążownika.

Cała akcja ratunkowa trwała przez kolejne 5 dni. Z 1196 osób uratowano 316 marynarzy. Śmierć poniosło 880 ludzi, ocenia się, że ponad 500 osób zostało pożartych przez rekiny, jest to do dziś największa udokumentowana rzeź jakiej dopuściły się rekiny na ludziach.
Wszelkiego rodzaju serwisy informacyjne i pseudohistoryczne portale internetowe przypomniały tę historię 18 sierpnia 2017 roku, kiedy na głębokości 5.500 m odnaleziono wrak Krążownika USS "Indianapolis". Powtarzając po sobie nawzajem sensacyjną wiadomość, jakoby była to najcięższa katastrofa, w której poniesiono największe straty w ludziach na skutek zatopienia jednego okrętu w całej historii Marynarki Wojennej. Nie jest to jednak prawdą. Celowo lub nie, zapomniano o USS "Arizonie", który to okręt trafiła japońska bomba w czasie ataku na Pearl Harbor. Wybuch zdetonował magazyn amunicyjny, a eksplozja niesiona kanałami wentylacyjnymi uśmierciła w jednej chwili 1.177 osób.
Tak kończy się historia ciężkiego krążownika USS "Indianapolis", jak i większości członków jego załogi. Jednak to jeszcze nie wszystkie "ofiary" tego okrętu. Zaraz po zakończeniu wojny tysiące rodzin zaczęło zadawać sobie pytania: Dlaczego US Navy spóźniło się z akcją ratunkową? Dlaczego przez kolejnych 5 dni po zatonięciu okrętu umierały setki ludzi i nikt tego nawet nie zauważył? Całą sprawą zainteresował się Kongres i zażądał wyjaśnień. Pod presją Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych rozpoczęła śledztwo. W efekcie postawiono przed sądem Komandora Charlesa Butlera McVay`a, za zaniedbanie obowiązków. Kapitanowi "Indianapolis" zarzucano, że w momencie ataku okręt nie wykonywał manewru zygzakowania, co w efekcie miało spowodować katastrofę oraz, w drugim punkcie oskarżenia, brak wydania rozkazu opuszczenia jednostki, co miało skutkować większymi stratami w ludziach.
Przez całą II wojnę światową Amerykanie stracili 436 okrętów wojennych a w sumie 700 jednostek pływających. Przed sądem natomiast stanął tylko jeden kapitan.
Zeznania ocalałych, że system komunikacyjny po trafieniu drugiej torpedy uległ awarii i z tego powodu rozkaz opuszczenia okrętu nie mógł dotrzeć do wszystkich, przyczyniły się do uniewinnienia komandora odnośnie do punktu 2. Pierwszy punkt oskarżenia, chciano podeprzeć zeznaniami, specjalnie sprowadzonego z Japonii, komandora Mochitsury Hashimoto, dowódcy I-58. Świadek zeznał, że faktycznie "Indianapolis" płynął kursem prostym z prędkością około 17 węzłów. Jednak w tamtych okolicznościach było bez znaczenia czy okręt zygzakował czy nie. Według japońskiego podwodniaka, "Indy" nie miałby i tak najmniejszych szans, Hashimoto musiałby jedyne dokonać drobnej korekty kursu. Jednak w tym przypadku uznano McVay`a za winnego zaniedbania obowiązków. Nikogo nie obchodziło to, że wysłanie samotnego pancernika było zwykłym szaleństwem. To, że nikt nie zauważył nawet braku okrętu 31 lipca w bazie na Leyte i to, że zignorowano kolejne meldunki o zatopieniu amerykańskiego pancernika, oraz wezwania SOS, również nikogo nie interesowało. US Navy po prostu potrzebowała na szybko kozła ofiarnego, którym stał się ostatni kapitan "Indianapolis". W listopadzie 1945 roku ogłoszono wyrok. McVay Stracił 100 punktów promocyjnych z opinii służbowych i został zawieszony w wykonywaniu obowiązków. Jednak już na początku 1946 roku, dzięki staraniom admirała Chestera Nimitza, szefa operacji morskich, Komandor Charles McVay został ułaskawiony. Przywrócono mu również punkty promocyjne i powołano do czynnej służby, którą pełnił w Nowym Orleanie. W 1949 odszedł ze służby w stopniu kontradmirała.


Komandor Charles B. McVay III.

Z pozoru wszystko skończyło się więc dobrze. Jednak wyrok skazujący, który tak naprawdę służył jedynie odwróceniu uwagi opinii publicznej od zaniedbań i ogólnego bałaganu w sztabie głównym US Navy, splamił honor tego prawego człowieka. W opinii publicznej był postrzegany jako winowajca śmierci 880 marynarzy. Nie było tygodnia, w którym by nie otrzymywał oskarżycielskich listów od rodzin tych którzy w tedy stracili życie, lub telefonów z pogróżkami. Pod wpływem presji, ciągłego poczucia winy i depresji, 6 listopada 1968 Charles Butler McVay III odebrał sobie życie z służbowego rewolweru. W ręku trzymał ołowianego marynarzyka, którego dostał od swojego ojca i który był zarówno jego talizmanem, jak i symbolem sensu życia.
Smutnym jest natomiast fakt, że oczyszczono go z zarzutów dopiero w 2000 roku, pod wpływem 12 letniego Scotta Huntera. Jako uczeń brał udział w programie historycznym, wybrał sobie za temat właśnie tragedię "Indianapolis". Do problemu podszedł jednak rzetelniej niż ktokolwiek do tej pory. Przeprowadził wywiady ze 150 ocalałymi tragedię i przejrzał ponad 800 dokumentów. Dzięki temu światło dzienne ujrzały błędy sądowe popełnione w 1945 roku. Sprawą zainteresował się Kongres i Ameryka "odkryła" dla siebie nowego bohatera. Pytanie tylko czy cena którą zapłacił McVay była tego warta…
Kontradmirał Charles Butler McVay III był ostatnią ofiarą "posłańca śmierci", ciężkiego krążownika USS "Indianapolis", który dostarczył śmierć Hiroszimie oraz 880 marynarzom. Tylko czy to ów okręt przyniósł te wszystkie tragedie, czy raczej siedzący za biurkami sztabowcy i politycy?


Oficerowie i marynarze USS "Indianapolis". Fotografia z 1937 roku.


Korekta: Raetus

Materiały źródłowe:

 Richard F. Newcomb - "Opuścić okręt! Tragedia USS Indianapolis"
Pete Nelson - "Left for Dead"
Dan Kurzman -  "Fatal Voyage"
JR Potts - "USS Indianapolis (CA-35) Heavy Cruiser Warship" - MilitaryFactory




                              
       
       
  

 
         

2 komentarze:

  1. kolejny swietny artykul. czekam na kolejne. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobry artykul....
    Poltycy oraz oficerowie za biurkami ratujac siebie samych czesto szukaja "kozlow ofiarnych"
    Niestety

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.