czwartek, 25 czerwca 2026

202. Batalion Schutzmanschaft - Mundur zdrajcy, misja obrońcy. Tragiczny paradoks polskiej „Szumy”

W polskiej pamięci historycznej jedno twierdzenie uchodzi za nienaruszalny dogmat: jako jedyni w okupowanej Europie nie wystawiliśmy u boku Hitlera żadnego kolaboracyjnego legionu. Nie mieliśmy swojego Quislinga, nie stworzyliśmy polskiej dywizji SS. I choć w ogólnym rozrachunku to prawda, historia lubi skrywać w swoich okruchach fakty, które burzą czarno-biały spokój sumienia. 


Goniec Krakowski wydanie ze stycznia 1944 roku

Jednym z nich jest opowieść o ponad czterystu mężczyznach, którzy latem 1942 roku założyli zielone mundury i przypięli do pasów niemieckie ładownice. Poznajcie dzieje Schutzmannschaftsbataillon 202 – jedynej polskiej formacji zmilitaryzowanej policji pomocniczej, która operowała u boku Niemców.


Rekrutacyjny blamaż i „ochotnicy” z musu

Wszystko zaczęło się wiosną 1942 roku od głuchej ciszy. Heinrich Himmler już w lipcu poprzedniego roku dał zielone światło dla tworzenia na wschodzie batalionów policji pomocniczej, zwanych potocznie batalionami „Szuma” (Schutzmannschaften). Na terytorium Generalnego Gubernatorstwa powstało ich dwanaście. Większość była ukraińska, cztery kozackie i ten jeden, polski, oznaczony numerem 202.

Gdy dowódca niemieckiej policji porządkowej (Ordnungspolizei) wydał rozkaz sformowania polskiej jednostki, zadanie to spadło na barki podpułkownika Aleksandra Reszczyńskiego, komendanta Policji Granatowej w Warszawie. Niemcy wyobrazili sobie sprawną akcję werbunkową. Rzeczywistość uderzyła ich jednak w twarz potężnym policzkiem. Na apel o wstępowanie do nowej formacji odpowiedziało... zaledwie dwóch ochotników.

Niemiecka machina nie mogła jednak pozwolić sobie na tak wizerunkowy blamaż. Skoro nie było chętnych, uruchomiono bezwzględny przymus. Wyżsi oficerowie oraz podoficerowie Policji Granatowej zaczęli otrzymywać imienne, przymusowe przydziały personalne. Odmowa wykonania rozkazu równała się z wyrokiem śmierci lub obozem koncentracyjnym. Przełożonym polskiej części batalionu mianowano ostatecznie majora Antoniego Ignacego Kowalskiego, a nadzór nad całością z ramienia Niemców objął kapitan Tschnadel.

 

Pułapka „gadzinówki”, czyli głód i konspiracyjne złudzenia

 

Gdy oficerowie łapali się za głowy, zastanawiając się, jak przeżyć przymusowy przydział, niemiecki aparat propagandowy zmienił taktykę. W polskojęzycznej prasie wydawanej pod hitlerowskim nadzorem, słynnych „gadzinówkach”, takich jak „Goniec Krakowski”, pojawiły się kuszące ogłoszenia. Werbowano młodych mężczyzn do „szkoły policyjnej” lub zwykłych posterunków Policji Polskiej.

Obiecywano stały zarobek i stabilizację na miejscu, w Generalnym Gubernatorstwie. Dla tysięcy ludzi, zepchniętych przez okupanta na skraj biologicznego przetrwania, była to propozycja nie do odrzucenia.

Powojenne zeznania byłych członków batalionu bezlitośnie obnażają ten dramat. Zygmunt Sadowski wspominał po latach:

 

»Znajdując się w ciężkich warunkach materialnych, jako wysiedlony, a równocześnie jeniec wojenny [...] byłem zmuszony do wstąpienia w szeregi policji«.

 

W podobne sidła wpadł Tadeusz Dębicki, który zaledwie kilka miesięcy po ślubie musiał zostawić żonę:

 

»[…] co nie czyniłem z dobrej woli, a jedynie z powodu ciężkich warunków życiowych«.

 

Szkoła polskiej policji granatowej w Nowym Sączu

Dla innych niemiecki mundur paradoksalnie stawał się jedyną szansą na ucieczkę przed Gestapo. Kazimierz Partyka zgłosił się do formacji po tym, jak zbiegł z niemieckiej obławy we Lwowie, gdzie przyłapano go na szmuglowaniu bimbru i masła. Co najgorsze, w jego domu ukrywał się wówczas żydowski kolega ze szkoły. To właśnie ten ukrywający się chłopak, czytając gazety, doradził Partyce: idź do policji, tam cię nie znajdą.

Z kolei Stanisław Styś, dawny inspektor oświaty, uciekał przed wywózką na Śląsk i lwowskim więzieniem. Zgłoszenie się na ochotnika w Krakowie było dla niego jedynym sposobem na „zalegalizowanie” rąk do pracy.

Bywało i tak, że niemiecki werbunek próbowali ograć polscy konspiratorzy. Adolf Urban, wysiedleniec z Pomorza, klepał skrajną biedę w powiecie dąbrowskim. Przed złożeniem podania skontaktował się z Józefem Łabuzem, komendantem komunistycznej Armii Ludowej (AL) na tamten rejon. Obaj naiwnie sądzili, że Urban dostanie przydział na lokalnym posterunku w Radgoszczy i stanie się bezcenną wtyczką podziemia. Łabuz nie oponował. Nikt jednak nie przypuszczał, jak głęboko sięga ta niemiecka mistyfikacja. Józef Urbanek krótko podsumował to, co widzieli wszyscy rekrutowani: z ogłoszeń jasno wynikało, że jadą po prostu do „Szkoły Policyjnej”.

 

Zielone mundury w AFN-SS Pustków

 Prawda okazała się uderzeniem obuchem w głowę. Latem 1942 roku wszyscy zwerbowani, łącznie ponad 400 osób, zamiast na spokojne posterunki, zostali skierowani na poligon Waffen-SS  Heidelager w Pustkowie, tzw. Ring 4, Kochanówka koło Dębicy. Tam dopadł ich potworny dysonans.


Heinrich Himmler podczas wizyty w Pustkowie (w środku) z lewej strony Franz Augsberger. 28 Września 1943r

Polaków umundurowano w nietypowe, zielone uniformy pozbawione jakichkolwiek oznak, najprawdopodobniej zdobyte przez Wehrmacht w magazynach po armiach Litwy, Łotwy lub Estonii. Zimowe płaszcze, które dostali później, były z kolei przerobionymi sukmanami Armii Czerwonej. Niemcy od początku oszczędzali na tej formacji, traktując ją czysto instrumentalnie.

Sformowano trzy kompanie, każda po trzy plutony, dzielone na trzy sekcje. Choć oficjalne, wewnętrzne dowództwo nad całością powierzono polskiemu majorowi Antoniemu Ignacemu Kowalskiemu, zastąpionemu później przez majora. Kazimierza Mięsowicza, a instruktaż prowadzili podoficerowie z Policji Granatowej, to nad wszystkim unosił się ciężki, niemiecki but. Przy każdej kompanii czuwał niemiecki podoficer Schutzpolizei, a nad całością czuwał oficer nadzorujący (DAO) – kapitan Tschnadel.

Półroczny, morderczy trening w Pustkowie zupełnie nie przypominał szkolenia dla krakowskich czy warszawskich krawężników. Niemieccy instruktorzy uczyli Polaków rzemiosła typowo wojskowego: Obsługi ciężkiej broni maszynowej, walki wręcz i walki w przestrzeni miejskiej, sztuki okopywania się, posługiwania kompasem i działań w gęstych lasach.

Niemcy szkolili ich do jednego celu: bezwzględnej wojny antypartyzanckiej. Berlin od początku wiedział, że ci ludzie nie wrócą do swoich domów w Generalnym Gubernatorstwie. Mieli stać się mięsem armatnim na Kresach Wschodnich.

 

Kierunek: Front Wschodni

 Na przełomie 1942 i 1943 roku maski ostatecznie opadły. Szkolenie dobiegło końca, a formację oficjalnie przemianowano na Schutzmannschaftsbataillon 202.

Polskie dowództwo stało się fikcją, pełnię władzy nad batalionem przejął niemiecki oficer porządkowy, kapitan Weidlich.

W styczniu 1943 roku zapakowano zdezorientowanych i przerażonych Polaków do wagonów. Droga nie prowadziła jednak na placówki w dystrykcie krakowskim czy radomskim. Pociągi ruszyły na wschód. Cel: Borysów na okupowanej Białorusi, głębokie zaplecze niemieckiej Grupy Armii „Środek”. To tam, w bagnach i lasach, Polacy w obcych mundurach mieli przejść swój chrzest bojowy.

 

Oszustwo lwowskie i białoruskie bagniska

Zanim pociągi z polskimi policjantami ruszyły w nieznane, Niemcy do końca dbali o utrzymanie ich w głębokiej niewiedzy. Oficjalnie szeptano rekrutom, że transport jedzie do Lwowa. Prawda uderzyła w nich dopiero na stacji w Kochanówce.

Alojzy Urban zapamiętał ten moment jako nagłe, brutalne zderzenie z rzeczywistością:

 

»W dzień odejścia od nas instruktorów policji polskiej skierowano nas do transportu [...] Ładując i przydzielając nam jednocześnie tabor wozów. Jechaliśmy, jak nam mówiono, do Lwowa, lecz zamiast na Lwów pojechaliśmy przez Baranowicze do Borysowa«.

 

Na miejscu, w skutej lodem Białorusi, złudzenia prysły ostatecznie. Polaków od razu pozbawiono resztek pozorów, odebrano im dotychczasowe uniformy i jak wspominał Alojzy Urban, „przemundurowano w stare mundury i rozdzielono kompaniami na miejscowości”.
Rozpoczęła się szara, nużąca, a z czasem śmiertelnie niebezpieczna egzystencja. Niemieccy leśnicy i urzędnicy potraktowali 202. Batalion jako darmową siłę roboczą i strażników. Adolf Urban opisywał to po latach wprost:

 

»Batalion 202 powstał, a raczej utworzony został jako ochrona [...] zostaliśmy przydzieleni do pomocy niemieckich leśników, którzy prowadzili wyrąb lasów«.

 

Polacy, rozlokowani po białoruskich wioskach, ramię w ramię z miejscową ludnością cywilną ścinali drzewa i pilnowali linii zaopatrzeniowych przed atakami leśnych oddziałów. Co ciekawe, relacje z Białorusinami układały się nadzwyczaj dobrze. Okupacyjne racje żywnościowe dla formacji pomocniczych były głodowe, dlatego, jak relacjonował Zygmunt Sadowski, miejscowi wprost dożywiali polskich policjantów.

 

Konspiracja, wsypa i zdrada ordynansa

Atmosfera wewnątrz batalionu gęstniała z każdym tygodniem. Przejmowanie pełnej, bezpośredniej kontroli przez oficerów z niemieckiej Schutzpolizei tuż przed wyjazdem z Pustkowa pokrzyżowało plany polskiego podziemia. Adolf Urban nie miał wątpliwości:

 

»Gdyby był batalion nasz pozostał nadal na terenie G.G., to jest pod dowództwem mjr. Kowalskiego, to na pewno byłby cały poszedł do podziemia, gdyż do tego celu było już wszystko przygotowane, tylko Niemcy temu przeszkodzili«.

 

W borysowskich lasach, w bezpośrednim sąsiedztwie silnej partyzantki sowieckiej, Polacy postanowili jednak działać na własną rękę. Skoro nie mogli walczyć w kraju, postanowili uciec do lasu i uderzyć w Niemców na tyłach frontu wschodniego. Zawiązał się potężny, obejmujący całe kompanie spisek. Tadeusz Dębicki wspominał:

 

»Wówczas wszyscy Polacy zrobiliśmy spisek, po porozumieniu się z partyzantką radziecką, że cały batalion przejdzie na ich stronę«.

 

Sowieccy partyzanci wysłali nawet do skoszarowanych Polaków specjalny list, w którym precyzyjnie wyznaczyli trasę i bezpieczne korytarze ucieczki. Batalion był o krok od spektakularnego buntu. Wtedy jednak pojawili się donosiciele.


Zbiórka kadry partyzanckiej brygady „Razgrom”, działającej m.in. na terenie powiatu borysowskiego, 6 listopada 1943 roku


Ludźmi, którzy wbili swoim kolegom nóż w plecy, okazali się rekrut Józef Banert oraz niejaki Szpręgel (w innych dokumentach zapisany jako Sprengier) z Częstochowy, o którym Adolf Urban pisał krótko: „był duchem niemieckim”. Szpręgel, pełniący funkcję ordynansa u jednego z niemieckich oficerów, podsłuchał przygotowania i natychmiast zameldował o wszystkim dowództwu.

O tym, że plan runął, Polacy dowiedzieli się przypadkiem. Tadeusz Dębicki usłyszał nerwową rozmowę niemieckich oficerów o wykrytym buncie i natychmiast ostrzegł jednego z przywódców konspiracji, Antoniego Wysockiego. Tej samej nocy Wysocki wraz z pięcioma ludźmi zdołał zbiec w ostatniej chwili do lasu. Kilka dni wcześniej w podobny sposób zniknęła część polskiego dowództwa: Karol Lesko, szef kompanii Smertycha, Kowalówka oraz prowiantowy Piotrowski.

 


Rozbrojenie i perfidna oferta Oberleutnanta

Reakcja Niemców była natychmiastowa i bezwzględna. Rankiem na plac apelowy z ryczącymi silnikami wjechały ciężarówki pełne esesmanów. Józef Glazer opisał te dramatyczne chwile:

 

»Do rozbrojenia nas wezwano policję litewską, która nas rozbroiła. Wtedy broń została nam zabrana«.

 

Zdezorientowanych Polaków wyprowadzono bez karabinów na środek placu. SS-mani zaczęli wyczytywać z przygotowanej przez konfidentów listy nazwiska podejrzanych o spisek. Ponieważ większość zdążyła zbiec, Niemcy aresztowali Józefa Urbanka, pod zarzutem zmowy z uciekinierami, oraz Jurkiewicza, którego wywieziono w nieznanym kierunku.

Przez kolejne dni batalion egzystował w upokorzeniu, bez broni, pod lufami niemieckich i litewskich strażników, przeniesiony do samego miasta Borysów. Niemcy znaleźli się jednak w kropce. Z jednej strony mieli do czynienia z potencjalnymi buntownikami, z drugiej, panicznym strachem przed brakami kadrowymi na froncie wschodnim sprawiał, że żal im było marnować kilkuset przeszkolonych żołnierzy. Postanowili więc rozegrać tę partię psychologicznie.

Po kilku dniach zarządzono kolejną zbiórkę. Przed polskimi policjantami stanął niemiecki
Oberleutnant. Zamiast wyroków śmierci, wyciągnął kartkę i przeczytał oficjalny rozkaz wyższego dowództwa. Słowa, które padły, były majstersztykiem hitlerowskiej manipulacji „dziel i rządź”.

Niemiec oświadczył, że Berlin rozumie, iż Polacy nie chcą bić się z Sowietami, bo traktują ich jak sojuszników w walce przeciwko Niemcom. Po czym uderzył w najczulszy punkt: zapytał, czy wiedzą, co w tym samym czasie dzieje się na Ukrainie i Wołyniu, gdzie ukraińscy nacjonaliści masowo, w bestialski sposób wyrzynają polskie kobiety i dzieci. „Czy chcecie jechać tam i bronić swoich rodaków?” – padło pytanie.

To był moment zwrotny. Wielu policjantów z 202. Batalionu pochodziło właśnie z Kresów lub miało tam rodziny. Do boryszowskich koszar od miesięcy docierały dramatyczne, pisane drżącą ręką listy od bliskich, opisujące pierwsze rzezie. Argumentacja Niemców, choć głęboko cyniczna, trafiła na podatny grunt. Większość spiskowców, gnana strachem o własne rodziny i chęcią walki z UPA, zgodziła się na te warunki.

W marcu 1943 roku zapakowano Polaków do wagonów na stacji w Borysowie i skierowano na ogarnięty pożogą Wołyń. W trakcie drogi do Łucka Niemcy oddali im karabiny. Tym razem jednak, zamiast pięciu sztuk amunicji, Polacy otrzymali pełne ładownice. Wkrótce mieli się przekonać, że boryszowski wyrąb lasu był zaledwie przedsionkiem prawdziwego piekła.



Krwawy antywirus. Polacy wchodzą w wołyńskie piekło

Gdy w maju 1943 roku transporty z 202. Batalionem Schutzmannschaft dotarły w okolice Łucka, rykoszet wojny domowej uderzył w nich od razu. Kresy płonęły. Całe połacie Wołynia były sparaliżowane rebelią Ukraińskiej Powstańczej Armii, która przystąpiła do systematycznej, masowej eksterminacji polskiej ludności cywilnej. Józef Glazer zapamiętał chaos tamtych dni z perspektywy żołnierza rzuconego na głęboką wodę:

 

»W tym czasie na Ukrainie panował duży zamęt, a nas tam przydzielili po to, by uspokoić Ukraińców, którzy mordowali Polaków«.

 

Zamordowane przez UPA dzieci w Katerynówce (pow. Łuck) – synowie małżeństwa Gwiazdowskich i (w środku) Stasia Stefaniak, córka Polaka i Ukrainki, z rozprutym brzuchem i połamanymi kończynami. Czerwiec 1943 rok.

Niemiecka administracja, przerażona skalą ukraińskiego buntu i wcześniejszą masową dezercją ukraińskich formacji Schuma do lasu, traktowała polski batalion jako wygodne narzędzie do stabilizowania tyłów frontu. Generalny komisarz Wołynia i Podola, Heinrich Schöne, potrzebował ludzi do ochrony niemieckich obiektów gospodarczych, ale Polacy szybko zrewidowali narzucone im zadania. Dla nich priorytetem nie było ślepe pilnowanie interesów III Rzeszy, lecz ratowanie rodaków z rzezi.

Batalion rozrzucono kompaniami po kluczowych punktach regionu. Policjanci stali się aniołami stróżami dla przerażonych uchodźców. Zygmunt Sadowski wspominał:

»W Łucku oznajmiono nam, że zostaliśmy przeznaczeni do ochrony ludności polskiej przed mordującymi ją bandami ukraińskimi. Wraz z trzydziestoma kolegami zostałem przydzielony do miejscowości Zurno, gdzie koncentrowała się ludność polska z wypalonych wokoło wiosek [...] wyjeżdżaliśmy z ludnością do ich miejsc stałych zamieszkania, aby dać im ochronę i możność zebrania z pola coś do życia«.

Polscy policjanci w niemieckich mundurach organizowali konwoje ewakuacyjne, wyciągali rannych ze zgliszcz i przewozili ich do ufortyfikowanych miast lub większych baz samoobrony. Adolf Urban potwierdza to w swoich zeznaniach:

»[…] wykorzystani zostaliśmy do konwojów ludności polskiej ewakuowanej z Ukrainy, gdyż tam zagrażała im śmierć ze strony band ukraińskich«.

Czasami jednak na ratunek bywało za późno. Niemiecka broń i mundury nie mogły cofnąć czasu w miejscach, gdzie UPA zdążyła już przeprowadzić czystkę. Przejmujący obraz takiego krajobrazu po katastrofie zostawił Tadeusz Dębicki:

 

»Przewieziono nas do Janowej Doliny, która była całkowicie spalona i zniszczona przez Ukraińców, a ludność wymordowana. Tam byliśmy do chwili zbliżenia się Armii Radzieckiej«.

 


Między młotem a kowadłem: Konflikty z „Schuma” i niemiecka niechęć

Służba na Wołyniu przypominała taniec na polu minowym. Polscy policjanci musieli dzielić kwatery i zadania z innymi jednostkami pomocniczymi, w tym z policją ukraińską. W takich miejscach jak Klewań czy Kostopol dochodziło do regularnych, zbrojnych zatargów między formacjami. Ukraińscy policjanci potrafili zatrzymać mniejsze polskie patrole, rozbroić je, a nawet przygotowywać egzekucje polskich kolegów z Schuma. Wzajemna nienawiść była tak silna, że niemieccy komendanci musieli osobiście, przy wsparciu samochodów pancernych i przy użyciu bezpośredniej przemocy fizycznej wobec ukraińskich dowódców, wymuszać zwolnienie polskich zakładników.


Ukraińscy milicjanci z niemieckiej policji pomocniczej. Okupowana Ukraina, wrzesień 1942 roku

Co najbardziej paradoksalne, ta dramatyczna walka o przetrwanie polskich skupisk ludzkich toczyła się często przy całkowitej obojętności, niewiedzy, a nieraz otwartej niechęci niemieckich zwierzchników. Niemcy chcieli czystych dróg zaopatrzeniowych dla Wehrmachtu i dostaw kontyngentów żywnościowych. Gdy Polacy samowolnie ruszali z odsieczą do wyrzynanych kolonii, łamali niemiecką dyscyplinę wojskową.

 

Oko za oko, wieś za wieś. Ślepy odwet

Obserwowanie zmasakrowanych zwłok kobiet i dzieci, odnajdywanie ciał pomordowanych kolegów z obciętymi uszami i nosami, uruchomiło w żołnierzach 202. Batalionu potężną, niszczycielską żądzę zemsty. Polacy przestali brać jeńców. Bardzo szybko działania defensywne przerodziły się w brutalne akcje odwetowe, polegające na pacyfikacjach całych ukraińskich wsi, oskarżanych o wspieranie i funkcjonowanie jako zaplecze logistyczne dla UPA.

Batalion przeszedł ogniem i mieczem przez miejscowości takie jak Pidłuże, Stawki, Złazno, Hołowin czy Japołoć. W trakcie tych operacji dochodziło do tragicznych i bezwzględnych scen, w płomieniach i od kul ginęli nie tylko upowcy, ale również ukraińscy cywile, w tym kobiety i dzieci. Jeden z policjantów zanotował później ponure zdanie o Japołoci:

 

»Wieś Japołoć, miejsce trzykrotnej zasadzki, spalona, kobiety, dzieci wystrzelane«.

 

Ten bezwzględny odwet, choć motywowany wołyńską apokalipsą, stał się najmroczniejszą kartą w historii tej jednostki.

 

Przełom, nowi rekruci i droga do podziemia


Długie miesiące spędzone w wołyńskim tyglu doprowadziły do głębokich zmian w strukturze batalionu. Straty bojowe w ciągłych starciach z UPA i partyzantką sowiecką były ogromne. Aby je uzupełnić, Niemcy zmienili dotychczasową politykę i zaczęli masowo wcielać do jednostki ocalałych z rzezi lokalnych Polaków, młodych chłopaków z Wołynia, których rodziny zginęły, a wsie zostały obrócone w popiół.
Dla tych „nowych” niemiecki mundur był wyłącznie narzędziem do legalnego zdobycia karabinu i amunicji. Skala tego zjawiska była ogromna. szacuje się, że w tamtym okresie przez niemieckie formacje policyjne na Wołyniu przeszło od 1500 do nawet 2000 Polaków. Oprócz 202. batalionu, z lokalnych rekrutów sformowano m.in. Schutzmannschaftsbataillon 107 w Maciejowie, a kolejne polskie jednostki pomocnicze (bataliony 203. i 204.) zaczęły powstawać także w dystrykcie radomskim.

Pojawienie się wołyńskiego elementu, napędzanego wyłącznie chęcią ochrony rodaków i zemsty, drastycznie przyspieszyło proces, którego Niemcy bali się najbardziej. Rozpoczęły się masowe dezercje. Zamiast bić się za III Rzeszę, polscy policjanci, zarówno dawni przymusowi rekruci z Generalnego Gubernatorstwie, jak i nowo przyjęci Wołyniacy, zaczęli falami uciekać do lasu, zabierając ze sobą niemiecką broń, naboje i mapy.


Żołnierze polskiego oddziału samoobrony na Wołyniu. lato 1943 roku.

Warto jednak pamiętać o kluczowym rozróżnieniu: choć z 202. Batalionu dezerterowały mniejsze lub większe grupy, to formacją, która w styczniu 1944 roku zbuntowała się w całości i przeszła na stronę Polskiego Państwa Podziemnego, był wspomniany, wołyński Batalion Schutzmannschaft 107. Uciekinierzy z obu tych formacji przynieśli do lasu bezcenne, profesjonalne wyszkolenie taktyczne i rzemiosło bojowe. To właśnie ci ludzie stali się później jednym z najtwardszych filarów powstającej 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, tworząc kręgosłup obrony i skutecznego oporu przeciwko UPA.
Tymczasem stopiony w walkach, przetrzebiony dezercjami i pozbawiony złudzeń rdzeń 202. Batalionu musiał szykować się na najgorsze, od wschodu nadciągał nowy, potężny przeciwnik: Armia Czerwona.


Krwawy zmierzch nad Stochodem i ucieczka do Lwowa

Prawdziwa katastrofa nadeszła jednak wraz z początkiem 1944 roku. To wtedy na Wołyń zwalił się walec sowieckiej ofensywy, a polscy policjanci, dotychczas uwikłani w partyzanckie walki podjazdowe z UPA, musieli stawić czoła regularnej, potężnej machinie wojennej Armii Czerwonej. Niemcy, cofając się w panice, rzucili 202. Batalion Schutzmannschaft na pierwszą linię ognia, jako osłonę własnego odwrotu.

Polacy stoczyli krwawy, beznadziejny bój nad rzeką Stochód w rejonie Kostopola. W starciu z przeważającymi siłami sowieckimi formacja została dosłownie zmieciona z powierzchni ziemi. Batalion poniósł gigantyczne, paraliżujące straty w ludziach. Z potężnej niegdyś jednostki, liczącej w szczytowym momencie kilkuset świetnie wyszkolonych żołnierzy, pozostała zaledwie garstka zszokowanych niedobitków.

Niemieckie raporty były bezwzględne: przed ostateczną dyslokacją do Lwowa udało się zebrać zaledwie około 200 ocalałych policjantów. Ponad połowa stanu osobowego batalionu zginęła, odniosła rany lub zaginęła w wołyńskich błotach.

W tej nowej, rozpaczliwej rzeczywistości strategicznej dowództwo SS i policji musiało podjąć decyzję, co zrobić z formacją, która w oczach Niemców stawała się tykającą bombą zegarową. Mnożące się dezercje Polaków na Wołyniu oraz fakt, że zdrada wisiała w powietrzu, doszczętnie zrujnowały i tak nikłe zaufanie hitlerowców. Niemcy po prostu bali się, że przy pierwszej okazji ocalali z pogromu ludzie obrócą broń i przejdą na stronę radziecką lub podległych Lwowowi struktur AK.

W styczniu 1944 roku zapadła decyzja: natychmiastowa ewakuacja. Owych 200 niedobitków z 202. Batalionu ściągnięto do Lwowa, upchnięto w wagony i wywieziono na drugi koniec okupowanej Europy – do Alzacji, na pogranicze francusko-niemieckie. Koszary urządzono w niewielkim miasteczku Drusenheim (mylnie zapamiętanym przez niektórych jako „Drużenkosin”) niedaleko Strasburga.


Pobyt na zachodzie miał specyficzny, surrealistyczny charakter. Przez ponad trzy miesiące Polacy tkwili tam w całkowitej próżni operacyjnej. Alojzy Urban pisał lakonicznie:

 

»[...] przesłano nas na pogranicze francusko-niemieckie, gdzie staliśmy bezczynnie«.

 

Zygmunt Sadowski uzupełniał ten obraz:

 

»[...] siedzieliśmy dłuższy czas bez żadnego celu i zajęcia«.

 

Jedynym urozmaiceniem były rutynowe ćwiczenia. Jednak i tu Niemcy dostrzegli zagrożenie. Zbliżał się moment inwazji alianckiej, a skoszarowani w Drusenheim Polacy błyskawicznie znaleźli wspólny język z miejscową ludnością francuską. Jak trafnie zauważył Tadeusz Dębicki:

 

»Ponieważ jednak za bardzo przyjaźniliśmy się z Francuzami i front angielsko-amerykański się zbliżał, przewieziono nas z powrotem do Częstochowy«.

 

Trzymanie potencjalnych buntowników na zapleczu spodziewanego frontu zachodniego okazało się dla Berlina zbyt dużym ryzykiem.

 

Rozczłonkowanie potwora i kieleckie epopeje

Wiosną 1944 roku historia Schutzmannschaftsbataillon 202 dobiegła końca. W Częstochowie zapadła oficjalna decyzja o rozformowaniu jednostki. Niemcy uznali, że bezpieczniej będzie rozbić tę strukturę i rozproszyć ludzi pojedynczo lub w małych grupach.

Zygmunt Sadowski zapamiętał, że:

 

»Jedni przeszli na służbę wartowniczą na gorzelnie, czy majątki państwowe, a drudzy na posterunki policji polskiej«.

 

Zamiast jednak zyskać lojalnych strażników, Niemcy ułatwili Polakom ucieczkę. Rozsiani po terenie Generalnego Gubernatorstwa weterani z Kresów masowo dezerterowali. Adolf Urban opisywał to jako powszechny proces: te małe grupy

 

»...albo się rozchodziły, nie dojeżdżając do miejsca przeznaczenia, albo na miejscu przeznaczenia nawiązywały kontakt z podziemiem i do nich przechodziły«.

 

Alojzy Urban potwierdzał, że przydzieleni do zasilenia prac przy okopach policjanci masowo uciekali „wobec bliskiego frontu”, przez co grupy te same się rozwiązywały.

Dla tych, przy których postawiono silniejszą straż niemiecką, powrót do GG zamienił się w dramat. Tadeusz Dębicki wraz z grupą dawnych towarzyszy broni trafił na posterunek do Radomska, a stamtąd, z powodu zbyt szybkiego „robienia znajomości” z lokalnymi Polakami, do Buska-Zdroju. To tam zrodził się brawurowy plan zbiorowej ucieczki do Armii Krajowej, zaaranżowany przez kaprala o nazwisku Duch.

Plan zakładał fortel: oddział ucieka, ale na miejscu zostaje dwóch ludzi, którzy mają udawać przed Niemcami, że zostali pominięci w „porwaniu” przez partyzantkę. Padło m.in. na Dębickiego. Mimo wystrzelenia umówionych rakiet i odegrania teatru przed niemieckimi żołnierzami, hitlerowski komendant nie uwierzył w bajkę o przymusowym uprowadzeniu.

Wściekły Oberleutnant na widok ocalałych rzucił tylko jedno, mrożące krew w żyłach słowo: „umlegen” (rozstrzelać).

Polaków uratował ich niemiecki plutonowy, zugwachtmeister Sausing, który w ostatniej chwili cofnął egzekucję spod ściany. Zamiast śmierci, Dębickiego czekała jednak kielecka i częstochowska gehenna więzienna, gdzie upokarzany i kopany przez Niemców („ten pies rozumie po niemiecku”) pracował w kuchni.

Ostatnim akordem wojennych losów tych ludzi była ucieczka z niewoli w trakcie zimowej ofensywy sowieckiej na początku 1945 roku. Niemcy, cierpiący na permanentny brak rąk do pracy, gnali pozostałych przy nich Polaków jako przymusowych furmanów dla Wehrmachtu. Sadowski uciekł z takiego transportu w okolicach Wrocławia, przedzierając się do Czechosłowacji. Dębicki zerwał się z końskich lejców w Ząbkowicach Śląskich (wówczas Frankenstein) i tą samą, czeską trasą wrócił w maju 1945 roku do rodzinnego Krakowa. Wojna się skończyła, ale dla ludzi w zielonych mundurach zaczął się kolejny koszmar. Tym razem przed komunistycznymi sądami.

 

Sprawiedliwość z ludzką twarzą? Powojenne procesy

W powojennej Polsce ludowej prokuratorzy i sędziowie wojskowi dysponowali surowym narzędziem – art. 91 § 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego (KKWP). Przepis ten przewidywał długoletnie więzienie, a nawet karę śmierci dla każdego obywatela polskiego, który „dobrowolnie przyjmuje obowiązki w wojsku nieprzyjacielskim”. Z punktu widzenia litery prawa, służba w Schutzmannschaft była ewidentną zbrodnią kolaboracji.


Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie.

Jednak analiza wyroków stalinowskich sądów wojskowych z 1945 roku przynosi ogromne zaskoczenie. Wymiar sprawiedliwości wobec byłych żołnierzy 202. Batalionu okazał się niezwykle liberalny. Kary rzędu 2 lub 3 lat więzienia w tamtych krwawych czasach były traktowane niemal jak uniewinnienie. Dlaczego komunistyczni sędziowie łagodzili wyroki?

Kluczem okazały się okoliczności rekrutacji i specyfika Wołynia. W wyroku Wojskowego Sądu Okręgu Krakowskiego z 14 grudnia 1945 roku dotyczących wspomnianego Tadeusza Dębickiego (skazanego na 3 lata) czytamy wprost:

 

»Sąd wymierzył mu karę stosunkowo łagodną [...] Biorąc pod uwagę, że skazany Dębicki został niejako podstępem wciągnięty do służby niemieckiej, że jak wynika z zeznań świadków, czuł się nadal Polakiem, zachowywał się przyzwoicie i lojalnie nikomu nie szkodząc«.

 

Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie Mariana Boligłowy (wyrok z 21 sierpnia 1945 r., kara 2 lat więzienia). Sąd uzasadniał łaskawość faktem, że chłopak:

 

»[…] wstąpił dobrowolnie do policji polskiej tzw. granatowej, skąd następnie został przeniesiony do formacji „Schutzmanschaft”, na które to przeniesienie nie miał żadnego wpływu i co nastąpiło wbrew jego woli«.

 

Sędziowie, a także obrona, doskonale rozumieli, że ci ludzie nie szli służyć Hitlerowi. Szli do pracy z głodu, uciekali przed Gestapo, a na Kresach użyli niemieckiej broni do obrony biologicznej substancji narodu przed rzezią wołyńską.


Ślad w literaturze


Historia 202. Batalionu Schutzmannschaft przez dekady była tematem tabu, spchniętym na margines oficjalnej cenzurowanej historii. Jednak prawda powoli przebijała się na karty rzetelnych opracowań naukowych.
O przypadkach ścisłej współpracy tych policjantów z Armią Krajową i strukturami polskiej samoobrony, o ich krwawych bojach z UPA oraz masowych ucieczkach pisał Wincenty Romanowski w swojej fundamentalnej monografii wołyńskich struktur ZWZ-AK. Epizod ten zyskał także szerokie tło w monumentalnym dziele Władysława i Ewy Siemaszków, poświęconym martyrologii i ludobójstwu dokonanemu na Polakach na Wołyniu. Z kolei sam początek tej drogi – mordercze i specyficzne szkolenie na ringach obozu SS w Pustkowie – precyzyjnie udokumentował Stanisław Zabierowski.
W nowszej historiografii temat ten wywołał ożywioną dyskusję m.in. za sprawą Grzegorza Motyki i Marka Wierzbickiego, którzy na łamach prestiżowego kwartalnika „Karta” opublikowali unikalny dokument – anonimową relację policjanta z tego batalionu, złożoną wiosną 1944 roku podziemiu we Lwowie. Badacze ci, zwłaszcza prof. Motyka, nie uciekali przy tym od trudnego tematu akcji odwetowych i pacyfikacji ludności ukraińskiej. Z kolei na dokumentach z archiwów niemieckich swoje nowatorskie artykuły o 202. batalionie opierał Jarosław Gdański, analizując przydatność i stopień realnej kolaboracji Polaków z machiną wojenną Rzeszy.
Dzieje 202. Batalionu Schutzmannschaft to prawdopodobnie jedna z najbardziej skomplikowanych, tragicznych i wielowarstwowych historii polskiego uwikłania w II wojnę światową. Pokazuje, jak cienka w wojennej matni bywa granica między wymuszonym mundurem zdrajcy a rolą jedynego obrońcy bezbronnych.


 

Materiały źródłowe:

Michał Wenklar - "
Polacy w niemieckiej policji pomocniczej. Schutzmannschaftsbataillon 202  w świetle zeznań jego członków"
Łukasz Gladysiak - "
Jednostki specjalnego przeznaczenia niemieckiej Służby Bezpieczeństwa podczas działań wojennych na froncie wschodnim w latach 1941-1945"
Marek Getter - "Policja Polska w Generalnym Gubernatorstwie 1939-1945"
Jan Niewiński - "Stosunki polsko-ukraińskie"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.