W polskiej pamięci historycznej jedno twierdzenie uchodzi za nienaruszalny dogmat: jako jedyni w okupowanej Europie nie wystawiliśmy u boku Hitlera żadnego kolaboracyjnego legionu. Nie mieliśmy swojego Quislinga, nie stworzyliśmy polskiej dywizji SS. I choć w ogólnym rozrachunku to prawda, historia lubi skrywać w swoich okruchach fakty, które burzą czarno-biały spokój sumienia.
![]() |
| Goniec Krakowski wydanie ze stycznia 1944 roku |
Jednym z nich jest opowieść o ponad czterystu mężczyznach, którzy latem 1942 roku założyli zielone mundury i przypięli do pasów niemieckie ładownice. Poznajcie dzieje Schutzmannschaftsbataillon 202 – jedynej polskiej formacji zmilitaryzowanej policji pomocniczej, która operowała u boku Niemców.
Rekrutacyjny blamaż i „ochotnicy” z musu
Wszystko zaczęło się wiosną 1942 roku od głuchej ciszy. Heinrich Himmler już w lipcu poprzedniego roku dał zielone światło dla tworzenia na wschodzie batalionów policji pomocniczej, zwanych potocznie batalionami „Szuma” (Schutzmannschaften). Na terytorium Generalnego Gubernatorstwa powstało ich dwanaście. Większość była ukraińska, cztery kozackie i ten jeden, polski, oznaczony numerem 202.
Gdy dowódca
niemieckiej policji porządkowej (Ordnungspolizei) wydał rozkaz sformowania
polskiej jednostki, zadanie to spadło na barki podpułkownika Aleksandra
Reszczyńskiego, komendanta Policji Granatowej w Warszawie. Niemcy wyobrazili
sobie sprawną akcję werbunkową. Rzeczywistość uderzyła ich jednak w twarz
potężnym policzkiem. Na apel o wstępowanie do nowej formacji odpowiedziało...
zaledwie dwóch ochotników.
Niemiecka machina nie
mogła jednak pozwolić sobie na tak wizerunkowy blamaż. Skoro nie było chętnych,
uruchomiono bezwzględny przymus. Wyżsi oficerowie oraz podoficerowie Policji
Granatowej zaczęli otrzymywać imienne, przymusowe przydziały personalne. Odmowa
wykonania rozkazu równała się z wyrokiem śmierci lub obozem koncentracyjnym.
Przełożonym polskiej części batalionu mianowano ostatecznie majora Antoniego
Ignacego Kowalskiego, a nadzór nad całością z ramienia Niemców objął kapitan
Tschnadel.
Pułapka „gadzinówki”, czyli
głód i konspiracyjne złudzenia
Gdy oficerowie łapali się za głowy,
zastanawiając się, jak przeżyć przymusowy przydział, niemiecki aparat
propagandowy zmienił taktykę. W polskojęzycznej prasie wydawanej pod
hitlerowskim nadzorem, słynnych „gadzinówkach”, takich jak „Goniec Krakowski”, pojawiły
się kuszące ogłoszenia. Werbowano młodych mężczyzn do „szkoły policyjnej” lub
zwykłych posterunków Policji Polskiej.
Obiecywano stały zarobek i stabilizację na
miejscu, w Generalnym Gubernatorstwie. Dla tysięcy ludzi, zepchniętych przez
okupanta na skraj biologicznego przetrwania, była to propozycja nie do
odrzucenia.
Powojenne zeznania byłych członków
batalionu bezlitośnie obnażają ten dramat. Zygmunt Sadowski wspominał po
latach:
»Znajdując się w ciężkich warunkach materialnych, jako wysiedlony, a równocześnie jeniec wojenny [...] byłem zmuszony do wstąpienia w szeregi policji«.
W podobne sidła wpadł Tadeusz Dębicki,
który zaledwie kilka miesięcy po ślubie musiał zostawić żonę:
»[…] co nie czyniłem z dobrej woli, a jedynie z powodu ciężkich warunków życiowych«.
![]() |
| Szkoła polskiej policji granatowej w Nowym Sączu |
Dla innych niemiecki mundur paradoksalnie
stawał się jedyną szansą na ucieczkę przed Gestapo. Kazimierz Partyka zgłosił
się do formacji po tym, jak zbiegł z niemieckiej obławy we Lwowie, gdzie
przyłapano go na szmuglowaniu bimbru i masła. Co najgorsze, w jego domu ukrywał
się wówczas żydowski kolega ze szkoły. To właśnie ten ukrywający się chłopak,
czytając gazety, doradził Partyce: idź do policji, tam cię nie znajdą.
Z kolei Stanisław Styś, dawny inspektor
oświaty, uciekał przed wywózką na Śląsk i lwowskim więzieniem. Zgłoszenie się
na ochotnika w Krakowie było dla niego jedynym sposobem na „zalegalizowanie”
rąk do pracy.
Bywało i tak, że niemiecki werbunek
próbowali ograć polscy konspiratorzy. Adolf Urban, wysiedleniec z Pomorza,
klepał skrajną biedę w powiecie dąbrowskim. Przed złożeniem podania
skontaktował się z Józefem Łabuzem, komendantem komunistycznej Armii Ludowej
(AL) na tamten rejon. Obaj naiwnie sądzili, że Urban dostanie przydział na
lokalnym posterunku w Radgoszczy i stanie się bezcenną wtyczką podziemia. Łabuz
nie oponował. Nikt jednak nie przypuszczał, jak głęboko sięga ta niemiecka
mistyfikacja. Józef Urbanek krótko podsumował to, co widzieli wszyscy
rekrutowani: z ogłoszeń jasno wynikało, że jadą po prostu do „Szkoły
Policyjnej”.
Zielone mundury w AFN-SS Pustków
![]() |
| Heinrich Himmler podczas wizyty w Pustkowie (w środku) z lewej strony Franz Augsberger. 28 Września 1943r |
Polaków umundurowano w nietypowe, zielone
uniformy pozbawione jakichkolwiek oznak, najprawdopodobniej zdobyte przez
Wehrmacht w magazynach po armiach Litwy, Łotwy lub Estonii. Zimowe płaszcze,
które dostali później, były z kolei przerobionymi sukmanami Armii Czerwonej.
Niemcy od początku oszczędzali na tej formacji, traktując ją czysto
instrumentalnie.
Sformowano trzy kompanie, każda po trzy
plutony, dzielone na trzy sekcje. Choć oficjalne, wewnętrzne dowództwo nad
całością powierzono polskiemu majorowi Antoniemu Ignacemu Kowalskiemu,
zastąpionemu później przez majora. Kazimierza Mięsowicza, a instruktaż
prowadzili podoficerowie z Policji Granatowej, to nad wszystkim unosił się
ciężki, niemiecki but. Przy każdej kompanii czuwał niemiecki podoficer
Schutzpolizei, a nad całością czuwał oficer nadzorujący (DAO) – kapitan
Tschnadel.
Półroczny, morderczy trening w Pustkowie
zupełnie nie przypominał szkolenia dla krakowskich czy warszawskich
krawężników. Niemieccy instruktorzy uczyli Polaków rzemiosła typowo wojskowego:
Obsługi ciężkiej broni maszynowej, walki wręcz i walki w przestrzeni miejskiej,
sztuki okopywania się, posługiwania kompasem i działań w gęstych lasach.
Niemcy szkolili ich do jednego celu:
bezwzględnej wojny antypartyzanckiej. Berlin od początku wiedział, że ci ludzie
nie wrócą do swoich domów w Generalnym Gubernatorstwie. Mieli stać się mięsem
armatnim na Kresach Wschodnich.
Kierunek: Front Wschodni
Polskie dowództwo stało się fikcją, pełnię władzy nad batalionem przejął
niemiecki oficer porządkowy, kapitan Weidlich.
W styczniu 1943 roku zapakowano
zdezorientowanych i przerażonych Polaków do wagonów. Droga nie prowadziła
jednak na placówki w dystrykcie krakowskim czy radomskim. Pociągi ruszyły na
wschód. Cel: Borysów na okupowanej Białorusi, głębokie zaplecze niemieckiej
Grupy Armii „Środek”. To tam, w bagnach i lasach, Polacy w obcych mundurach
mieli przejść swój chrzest bojowy.
Oszustwo lwowskie i białoruskie bagniska
Zanim pociągi z polskimi policjantami ruszyły w nieznane, Niemcy do końca dbali o utrzymanie ich w głębokiej niewiedzy. Oficjalnie szeptano rekrutom, że transport jedzie do Lwowa. Prawda uderzyła w nich dopiero na stacji w Kochanówce.
Alojzy Urban zapamiętał ten moment jako
nagłe, brutalne zderzenie z rzeczywistością:
»W dzień odejścia od nas instruktorów
policji polskiej skierowano nas do transportu [...] Ładując i przydzielając nam
jednocześnie tabor wozów. Jechaliśmy, jak nam mówiono, do Lwowa, lecz zamiast
na Lwów pojechaliśmy przez Baranowicze do Borysowa«.
Na miejscu, w skutej lodem Białorusi,
złudzenia prysły ostatecznie. Polaków od razu pozbawiono resztek pozorów,
odebrano im dotychczasowe uniformy i jak wspominał Alojzy Urban,
„przemundurowano w stare mundury i rozdzielono kompaniami na miejscowości”.
Rozpoczęła się szara, nużąca, a z czasem śmiertelnie niebezpieczna egzystencja.
Niemieccy leśnicy i urzędnicy potraktowali 202. Batalion jako darmową siłę
roboczą i strażników. Adolf Urban opisywał to po latach wprost:
»Batalion 202 powstał, a raczej utworzony został jako ochrona [...] zostaliśmy przydzieleni do pomocy niemieckich leśników, którzy prowadzili wyrąb lasów«.
Polacy, rozlokowani po białoruskich
wioskach, ramię w ramię z miejscową ludnością cywilną ścinali drzewa i
pilnowali linii zaopatrzeniowych przed atakami leśnych oddziałów. Co ciekawe,
relacje z Białorusinami układały się nadzwyczaj dobrze. Okupacyjne racje
żywnościowe dla formacji pomocniczych były głodowe, dlatego, jak relacjonował
Zygmunt Sadowski, miejscowi wprost dożywiali polskich policjantów.
Konspiracja,
wsypa i zdrada ordynansa
Atmosfera wewnątrz batalionu gęstniała z każdym tygodniem. Przejmowanie pełnej, bezpośredniej kontroli przez oficerów z niemieckiej Schutzpolizei tuż przed wyjazdem z Pustkowa pokrzyżowało plany polskiego podziemia. Adolf Urban nie miał wątpliwości:
»Gdyby był batalion nasz pozostał nadal na terenie G.G., to jest pod dowództwem mjr. Kowalskiego, to na pewno byłby cały poszedł do podziemia, gdyż do tego celu było już wszystko przygotowane, tylko Niemcy temu przeszkodzili«.
W borysowskich lasach, w bezpośrednim
sąsiedztwie silnej partyzantki sowieckiej, Polacy postanowili jednak działać na
własną rękę. Skoro nie mogli walczyć w kraju, postanowili uciec do lasu i
uderzyć w Niemców na tyłach frontu wschodniego. Zawiązał się potężny,
obejmujący całe kompanie spisek. Tadeusz Dębicki wspominał:
»Wówczas wszyscy Polacy zrobiliśmy spisek, po porozumieniu się z partyzantką radziecką, że cały batalion przejdzie na ich stronę«.
Sowieccy partyzanci wysłali nawet do
skoszarowanych Polaków specjalny list, w którym precyzyjnie wyznaczyli trasę i
bezpieczne korytarze ucieczki. Batalion był o krok od spektakularnego buntu. Wtedy
jednak pojawili się donosiciele.
![]() |
| Zbiórka kadry partyzanckiej brygady „Razgrom”, działającej m.in. na terenie powiatu borysowskiego, 6 listopada 1943 roku |
Ludźmi, którzy wbili swoim kolegom nóż w
plecy, okazali się rekrut Józef Banert oraz niejaki Szpręgel (w innych
dokumentach zapisany jako Sprengier) z Częstochowy, o którym Adolf Urban pisał
krótko: „był duchem niemieckim”. Szpręgel, pełniący funkcję ordynansa u jednego
z niemieckich oficerów, podsłuchał przygotowania i natychmiast zameldował o
wszystkim dowództwu.
O tym, że plan runął, Polacy dowiedzieli
się przypadkiem. Tadeusz Dębicki usłyszał nerwową rozmowę niemieckich oficerów
o wykrytym buncie i natychmiast ostrzegł jednego z przywódców konspiracji,
Antoniego Wysockiego. Tej samej nocy Wysocki wraz z pięcioma ludźmi zdołał
zbiec w ostatniej chwili do lasu. Kilka dni wcześniej w podobny sposób zniknęła
część polskiego dowództwa: Karol Lesko, szef kompanii Smertycha, Kowalówka oraz
prowiantowy Piotrowski.
Rozbrojenie
i perfidna oferta Oberleutnanta
Reakcja Niemców była natychmiastowa i bezwzględna. Rankiem na plac apelowy z ryczącymi silnikami wjechały ciężarówki pełne esesmanów. Józef Glazer opisał te dramatyczne chwile:
»Do rozbrojenia nas wezwano policję litewską, która nas rozbroiła. Wtedy broń została nam zabrana«.
Zdezorientowanych Polaków wyprowadzono bez
karabinów na środek placu. SS-mani zaczęli wyczytywać z przygotowanej przez
konfidentów listy nazwiska podejrzanych o spisek. Ponieważ większość zdążyła
zbiec, Niemcy aresztowali Józefa Urbanka, pod zarzutem zmowy z uciekinierami,
oraz Jurkiewicza, którego wywieziono w nieznanym kierunku.
Przez kolejne dni batalion egzystował w
upokorzeniu, bez broni, pod lufami niemieckich i litewskich strażników,
przeniesiony do samego miasta Borysów. Niemcy znaleźli się jednak w kropce. Z
jednej strony mieli do czynienia z potencjalnymi buntownikami, z drugiej,
panicznym strachem przed brakami kadrowymi na froncie wschodnim sprawiał, że
żal im było marnować kilkuset przeszkolonych żołnierzy. Postanowili więc
rozegrać tę partię psychologicznie.
Po kilku dniach zarządzono kolejną zbiórkę.
Przed polskimi policjantami stanął niemiecki Oberleutnant. Zamiast wyroków śmierci, wyciągnął kartkę i
przeczytał oficjalny rozkaz wyższego dowództwa. Słowa, które padły, były
majstersztykiem hitlerowskiej manipulacji „dziel i rządź”.
Niemiec oświadczył, że Berlin rozumie, iż
Polacy nie chcą bić się z Sowietami, bo traktują ich jak sojuszników w walce
przeciwko Niemcom. Po czym uderzył w najczulszy punkt: zapytał, czy wiedzą, co
w tym samym czasie dzieje się na Ukrainie i Wołyniu, gdzie ukraińscy
nacjonaliści masowo, w bestialski sposób wyrzynają polskie kobiety i dzieci.
„Czy chcecie jechać tam i bronić swoich rodaków?” – padło pytanie.
To był moment zwrotny. Wielu policjantów z
202. Batalionu pochodziło właśnie z Kresów lub miało tam rodziny. Do
boryszowskich koszar od miesięcy docierały dramatyczne, pisane drżącą ręką
listy od bliskich, opisujące pierwsze rzezie. Argumentacja Niemców, choć
głęboko cyniczna, trafiła na podatny grunt. Większość spiskowców, gnana
strachem o własne rodziny i chęcią walki z UPA, zgodziła się na te warunki.
W marcu 1943 roku zapakowano Polaków do
wagonów na stacji w Borysowie i skierowano na ogarnięty pożogą Wołyń. W trakcie
drogi do Łucka Niemcy oddali im karabiny. Tym razem jednak, zamiast pięciu
sztuk amunicji, Polacy otrzymali pełne ładownice. Wkrótce mieli się przekonać,
że boryszowski wyrąb lasu był zaledwie przedsionkiem prawdziwego piekła.
Krwawy antywirus. Polacy wchodzą w
wołyńskie piekło
Gdy w maju 1943 roku transporty z 202. Batalionem Schutzmannschaft dotarły w okolice Łucka, rykoszet wojny domowej uderzył w nich od razu. Kresy płonęły. Całe połacie Wołynia były sparaliżowane rebelią Ukraińskiej Powstańczej Armii, która przystąpiła do systematycznej, masowej eksterminacji polskiej ludności cywilnej. Józef Glazer zapamiętał chaos tamtych dni z perspektywy żołnierza rzuconego na głęboką wodę:
»W tym czasie na Ukrainie panował duży zamęt, a nas tam przydzielili po to, by uspokoić Ukraińców, którzy mordowali Polaków«.
Niemiecka administracja, przerażona skalą ukraińskiego buntu i wcześniejszą masową dezercją ukraińskich formacji Schuma do lasu, traktowała polski batalion jako wygodne narzędzie do stabilizowania tyłów frontu. Generalny komisarz Wołynia i Podola, Heinrich Schöne, potrzebował ludzi do ochrony niemieckich obiektów gospodarczych, ale Polacy szybko zrewidowali narzucone im zadania. Dla nich priorytetem nie było ślepe pilnowanie interesów III Rzeszy, lecz ratowanie rodaków z rzezi.
Batalion rozrzucono kompaniami po kluczowych punktach regionu. Policjanci stali się aniołami stróżami dla przerażonych uchodźców. Zygmunt Sadowski wspominał:
»W Łucku oznajmiono nam, że zostaliśmy przeznaczeni do ochrony ludności polskiej przed mordującymi ją bandami ukraińskimi. Wraz z trzydziestoma kolegami zostałem przydzielony do miejscowości Zurno, gdzie koncentrowała się ludność polska z wypalonych wokoło wiosek [...] wyjeżdżaliśmy z ludnością do ich miejsc stałych zamieszkania, aby dać im ochronę i możność zebrania z pola coś do życia«.
Polscy policjanci w niemieckich mundurach organizowali konwoje ewakuacyjne, wyciągali rannych ze zgliszcz i przewozili ich do ufortyfikowanych miast lub większych baz samoobrony. Adolf Urban potwierdza to w swoich zeznaniach:
»[…] wykorzystani zostaliśmy do konwojów ludności polskiej ewakuowanej z Ukrainy, gdyż tam zagrażała im śmierć ze strony band ukraińskich«.
Czasami jednak na ratunek bywało za późno.
Niemiecka broń i mundury nie mogły cofnąć czasu w miejscach, gdzie UPA zdążyła
już przeprowadzić czystkę. Przejmujący obraz takiego krajobrazu po katastrofie
zostawił Tadeusz Dębicki:
»Przewieziono nas do Janowej Doliny, która była całkowicie spalona i zniszczona przez Ukraińców, a ludność wymordowana. Tam byliśmy do chwili zbliżenia się Armii Radzieckiej«.
Między młotem a kowadłem: Konflikty z
„Schuma” i niemiecka niechęć
Służba na Wołyniu przypominała taniec na polu minowym. Polscy policjanci musieli dzielić kwatery i zadania z innymi jednostkami pomocniczymi, w tym z policją ukraińską. W takich miejscach jak Klewań czy Kostopol dochodziło do regularnych, zbrojnych zatargów między formacjami. Ukraińscy policjanci potrafili zatrzymać mniejsze polskie patrole, rozbroić je, a nawet przygotowywać egzekucje polskich kolegów z Schuma. Wzajemna nienawiść była tak silna, że niemieccy komendanci musieli osobiście, przy wsparciu samochodów pancernych i przy użyciu bezpośredniej przemocy fizycznej wobec ukraińskich dowódców, wymuszać zwolnienie polskich zakładników.
![]() |
| Ukraińscy milicjanci z niemieckiej policji pomocniczej. Okupowana Ukraina, wrzesień 1942 roku |
Co najbardziej paradoksalne, ta dramatyczna
walka o przetrwanie polskich skupisk ludzkich toczyła się często przy
całkowitej obojętności, niewiedzy, a nieraz otwartej niechęci niemieckich
zwierzchników. Niemcy chcieli czystych dróg zaopatrzeniowych dla Wehrmachtu i
dostaw kontyngentów żywnościowych. Gdy Polacy samowolnie ruszali z odsieczą do
wyrzynanych kolonii, łamali niemiecką dyscyplinę wojskową.
Oko za oko, wieś za wieś. Ślepy odwet
Obserwowanie zmasakrowanych zwłok kobiet i dzieci, odnajdywanie ciał pomordowanych kolegów z obciętymi uszami i nosami, uruchomiło w żołnierzach 202. Batalionu potężną, niszczycielską żądzę zemsty. Polacy przestali brać jeńców. Bardzo szybko działania defensywne przerodziły się w brutalne akcje odwetowe, polegające na pacyfikacjach całych ukraińskich wsi, oskarżanych o wspieranie i funkcjonowanie jako zaplecze logistyczne dla UPA.
Batalion przeszedł ogniem i mieczem przez
miejscowości takie jak Pidłuże, Stawki, Złazno, Hołowin czy Japołoć. W trakcie
tych operacji dochodziło do tragicznych i bezwzględnych scen, w płomieniach i
od kul ginęli nie tylko upowcy, ale również ukraińscy cywile, w tym kobiety i
dzieci. Jeden z policjantów zanotował później ponure zdanie o Japołoci:
»Wieś Japołoć, miejsce trzykrotnej zasadzki, spalona, kobiety, dzieci wystrzelane«.
Ten bezwzględny odwet, choć motywowany
wołyńską apokalipsą, stał się najmroczniejszą kartą w historii tej jednostki.
Przełom, nowi rekruci i droga do podziemia
Dla tych „nowych” niemiecki mundur był wyłącznie narzędziem do legalnego zdobycia karabinu i amunicji. Skala tego zjawiska była ogromna. szacuje się, że w tamtym okresie przez niemieckie formacje policyjne na Wołyniu przeszło od 1500 do nawet 2000 Polaków. Oprócz 202. batalionu, z lokalnych rekrutów sformowano m.in. Schutzmannschaftsbataillon 107 w Maciejowie, a kolejne polskie jednostki pomocnicze (bataliony 203. i 204.) zaczęły powstawać także w dystrykcie radomskim.
Pojawienie się wołyńskiego elementu, napędzanego wyłącznie chęcią ochrony rodaków i zemsty, drastycznie przyspieszyło proces, którego Niemcy bali się najbardziej. Rozpoczęły się masowe dezercje. Zamiast bić się za III Rzeszę, polscy policjanci, zarówno dawni przymusowi rekruci z Generalnego Gubernatorstwie, jak i nowo przyjęci Wołyniacy, zaczęli falami uciekać do lasu, zabierając ze sobą niemiecką broń, naboje i mapy.
Tymczasem stopiony w walkach, przetrzebiony dezercjami i pozbawiony złudzeń rdzeń 202. Batalionu musiał szykować się na najgorsze, od wschodu nadciągał nowy, potężny przeciwnik: Armia Czerwona.
Krwawy zmierzch nad Stochodem i ucieczka do Lwowa
Prawdziwa katastrofa nadeszła jednak wraz z początkiem 1944 roku. To wtedy na Wołyń zwalił się walec sowieckiej ofensywy, a polscy policjanci, dotychczas uwikłani w partyzanckie walki podjazdowe z UPA, musieli stawić czoła regularnej, potężnej machinie wojennej Armii Czerwonej. Niemcy, cofając się w panice, rzucili 202. Batalion Schutzmannschaft na pierwszą linię ognia, jako osłonę własnego odwrotu.
Polacy stoczyli krwawy, beznadziejny bój
nad rzeką Stochód w rejonie Kostopola. W starciu z przeważającymi siłami
sowieckimi formacja została dosłownie zmieciona z powierzchni ziemi. Batalion
poniósł gigantyczne, paraliżujące straty w ludziach. Z potężnej niegdyś
jednostki, liczącej w szczytowym momencie kilkuset świetnie wyszkolonych
żołnierzy, pozostała zaledwie garstka zszokowanych niedobitków.
Niemieckie raporty były bezwzględne: przed
ostateczną dyslokacją do Lwowa udało się zebrać zaledwie około 200 ocalałych
policjantów. Ponad połowa stanu osobowego batalionu zginęła, odniosła rany lub
zaginęła w wołyńskich błotach.
W tej nowej, rozpaczliwej rzeczywistości
strategicznej dowództwo SS i policji musiało podjąć decyzję, co zrobić z
formacją, która w oczach Niemców stawała się tykającą bombą zegarową. Mnożące
się dezercje Polaków na Wołyniu oraz fakt, że zdrada wisiała w powietrzu,
doszczętnie zrujnowały i tak nikłe zaufanie hitlerowców. Niemcy po prostu bali
się, że przy pierwszej okazji ocalali z pogromu ludzie obrócą broń i przejdą na
stronę radziecką lub podległych Lwowowi struktur AK.
W styczniu 1944 roku zapadła decyzja:
natychmiastowa ewakuacja. Owych 200 niedobitków z 202. Batalionu ściągnięto do
Lwowa, upchnięto w wagony i wywieziono na drugi koniec okupowanej Europy – do
Alzacji, na pogranicze francusko-niemieckie. Koszary urządzono w niewielkim
miasteczku Drusenheim (mylnie zapamiętanym przez niektórych jako „Drużenkosin”)
niedaleko Strasburga.
Pobyt na zachodzie miał specyficzny,
surrealistyczny charakter. Przez ponad trzy miesiące Polacy tkwili tam w
całkowitej próżni operacyjnej. Alojzy Urban pisał lakonicznie:
»[...] przesłano nas na pogranicze francusko-niemieckie, gdzie staliśmy bezczynnie«.
Zygmunt Sadowski uzupełniał ten obraz:
»[...] siedzieliśmy dłuższy czas bez żadnego celu i zajęcia«.
Jedynym urozmaiceniem były rutynowe
ćwiczenia. Jednak i tu Niemcy dostrzegli zagrożenie. Zbliżał się moment inwazji
alianckiej, a skoszarowani w Drusenheim Polacy błyskawicznie znaleźli wspólny
język z miejscową ludnością francuską. Jak trafnie zauważył Tadeusz Dębicki:
»Ponieważ jednak za bardzo przyjaźniliśmy się z Francuzami i front angielsko-amerykański się zbliżał, przewieziono nas z powrotem do Częstochowy«.
Trzymanie potencjalnych buntowników na
zapleczu spodziewanego frontu zachodniego okazało się dla Berlina zbyt dużym
ryzykiem.
Rozczłonkowanie potwora i kieleckie epopeje
Wiosną 1944 roku historia Schutzmannschaftsbataillon 202 dobiegła końca. W Częstochowie zapadła oficjalna decyzja o rozformowaniu jednostki. Niemcy uznali, że bezpieczniej będzie rozbić tę strukturę i rozproszyć ludzi pojedynczo lub w małych grupach.
Zygmunt Sadowski zapamiętał, że:
»Jedni przeszli na służbę wartowniczą na gorzelnie, czy majątki państwowe, a drudzy na posterunki policji polskiej«.
Zamiast jednak zyskać lojalnych strażników,
Niemcy ułatwili Polakom ucieczkę. Rozsiani po terenie Generalnego
Gubernatorstwa weterani z Kresów masowo dezerterowali. Adolf Urban opisywał to
jako powszechny proces: te małe grupy
»...albo się rozchodziły, nie dojeżdżając do miejsca przeznaczenia, albo na miejscu przeznaczenia nawiązywały kontakt z podziemiem i do nich przechodziły«.
Alojzy Urban potwierdzał, że przydzieleni
do zasilenia prac przy okopach policjanci masowo uciekali „wobec bliskiego
frontu”, przez co grupy te same się rozwiązywały.
Dla tych, przy których postawiono
silniejszą straż niemiecką, powrót do GG zamienił się w dramat. Tadeusz Dębicki
wraz z grupą dawnych towarzyszy broni trafił na posterunek do Radomska, a
stamtąd, z powodu zbyt szybkiego „robienia znajomości” z lokalnymi Polakami, do
Buska-Zdroju. To tam zrodził się brawurowy plan zbiorowej ucieczki do Armii
Krajowej, zaaranżowany przez kaprala o nazwisku Duch.
Plan zakładał fortel: oddział ucieka, ale
na miejscu zostaje dwóch ludzi, którzy mają udawać przed Niemcami, że zostali
pominięci w „porwaniu” przez partyzantkę. Padło m.in. na Dębickiego. Mimo
wystrzelenia umówionych rakiet i odegrania teatru przed niemieckimi
żołnierzami, hitlerowski komendant nie uwierzył w bajkę o przymusowym
uprowadzeniu.
Wściekły Oberleutnant na widok ocalałych
rzucił tylko jedno, mrożące krew w żyłach słowo: „umlegen” (rozstrzelać).
Polaków uratował ich niemiecki plutonowy,
zugwachtmeister Sausing, który w ostatniej chwili cofnął egzekucję spod ściany.
Zamiast śmierci, Dębickiego czekała jednak kielecka i częstochowska gehenna
więzienna, gdzie upokarzany i kopany przez Niemców („ten pies rozumie po
niemiecku”) pracował w kuchni.
Ostatnim akordem wojennych losów tych ludzi
była ucieczka z niewoli w trakcie zimowej ofensywy sowieckiej na początku 1945
roku. Niemcy, cierpiący na permanentny brak rąk do pracy, gnali pozostałych
przy nich Polaków jako przymusowych furmanów dla Wehrmachtu. Sadowski uciekł z
takiego transportu w okolicach Wrocławia, przedzierając się do Czechosłowacji.
Dębicki zerwał się z końskich lejców w Ząbkowicach Śląskich (wówczas
Frankenstein) i tą samą, czeską trasą wrócił w maju 1945 roku do rodzinnego
Krakowa. Wojna się skończyła, ale dla ludzi w zielonych mundurach zaczął się
kolejny koszmar. Tym razem przed komunistycznymi sądami.
Sprawiedliwość z ludzką twarzą? Powojenne
procesy
W powojennej Polsce ludowej prokuratorzy i sędziowie wojskowi dysponowali surowym narzędziem – art. 91 § 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego (KKWP). Przepis ten przewidywał długoletnie więzienie, a nawet karę śmierci dla każdego obywatela polskiego, który „dobrowolnie przyjmuje obowiązki w wojsku nieprzyjacielskim”. Z punktu widzenia litery prawa, służba w Schutzmannschaft była ewidentną zbrodnią kolaboracji.

Wojskowy Sąd Rejonowy w Szczecinie.
Jednak analiza wyroków stalinowskich sądów
wojskowych z 1945 roku przynosi ogromne zaskoczenie. Wymiar sprawiedliwości
wobec byłych żołnierzy 202. Batalionu okazał się niezwykle liberalny. Kary
rzędu 2 lub 3 lat więzienia w tamtych krwawych czasach były traktowane niemal
jak uniewinnienie. Dlaczego komunistyczni sędziowie łagodzili wyroki?
Kluczem okazały się okoliczności rekrutacji
i specyfika Wołynia. W wyroku Wojskowego Sądu Okręgu Krakowskiego z 14 grudnia
1945 roku dotyczących wspomnianego Tadeusza Dębickiego (skazanego na 3 lata)
czytamy wprost:
»Sąd wymierzył mu karę stosunkowo łagodną [...] Biorąc pod uwagę, że skazany Dębicki został niejako podstępem wciągnięty do służby niemieckiej, że jak wynika z zeznań świadków, czuł się nadal Polakiem, zachowywał się przyzwoicie i lojalnie nikomu nie szkodząc«.
»[…] wstąpił dobrowolnie do policji polskiej tzw. granatowej, skąd następnie został przeniesiony do formacji „Schutzmanschaft”, na które to przeniesienie nie miał żadnego wpływu i co nastąpiło wbrew jego woli«.
Sędziowie, a także obrona, doskonale
rozumieli, że ci ludzie nie szli służyć Hitlerowi. Szli do pracy z głodu,
uciekali przed Gestapo, a na Kresach użyli niemieckiej broni do obrony
biologicznej substancji narodu przed rzezią wołyńską.
Ślad w literaturze
Historia 202. Batalionu Schutzmannschaft
przez dekady była tematem tabu, spchniętym na margines oficjalnej cenzurowanej
historii. Jednak prawda powoli przebijała się na karty rzetelnych opracowań
naukowych.
O przypadkach ścisłej współpracy tych
policjantów z Armią Krajową i strukturami polskiej samoobrony, o ich krwawych
bojach z UPA oraz masowych ucieczkach pisał Wincenty Romanowski w swojej
fundamentalnej monografii wołyńskich struktur ZWZ-AK. Epizod ten zyskał także
szerokie tło w monumentalnym dziele Władysława i Ewy Siemaszków, poświęconym
martyrologii i ludobójstwu dokonanemu na Polakach na Wołyniu. Z kolei sam
początek tej drogi – mordercze i specyficzne szkolenie na ringach obozu SS w
Pustkowie – precyzyjnie udokumentował Stanisław Zabierowski.
W nowszej historiografii temat ten wywołał
ożywioną dyskusję m.in. za sprawą Grzegorza Motyki i Marka Wierzbickiego,
którzy na łamach prestiżowego kwartalnika „Karta” opublikowali unikalny
dokument – anonimową relację policjanta z tego batalionu, złożoną wiosną 1944
roku podziemiu we Lwowie. Badacze ci, zwłaszcza prof. Motyka, nie uciekali przy
tym od trudnego tematu akcji odwetowych i pacyfikacji ludności ukraińskiej. Z
kolei na dokumentach z archiwów niemieckich swoje nowatorskie artykuły o 202.
batalionie opierał Jarosław Gdański, analizując przydatność i stopień realnej
kolaboracji Polaków z machiną wojenną Rzeszy.
Dzieje 202. Batalionu Schutzmannschaft to
prawdopodobnie jedna z najbardziej skomplikowanych, tragicznych i
wielowarstwowych historii polskiego uwikłania w II wojnę światową. Pokazuje,
jak cienka w wojennej matni bywa granica między wymuszonym mundurem zdrajcy a
rolą jedynego obrońcy bezbronnych.
Materiały źródłowe:
Michał Wenklar - "Polacy w niemieckiej policji pomocniczej. Schutzmannschaftsbataillon 202 w świetle zeznań jego członków"
Łukasz Gladysiak - "Jednostki specjalnego przeznaczenia niemieckiej Służby Bezpieczeństwa podczas działań wojennych na froncie wschodnim w latach 1941-1945"
Marek Getter - "Policja Polska w Generalnym Gubernatorstwie 1939-1945"
Jan Niewiński - "Stosunki polsko-ukraińskie"

%20w%20Nowym%20S%C4%85czu.png)
%20z%20lewej%20strony%20Franz%20Augsberger%2028%20Wrze%C5%9Bnia%201943r.jpg)

%20%E2%80%93%20synowie%20ma%C5%82%C5%BCe%C5%84stwa%20Gwiazdowskich%20i%20(w%20%C5%9Brodku)%20Stasia%20Stefaniak,%20c%C3%B3rka%20Polaka%20i%20Ukrainki,%20z%20rozprutym%20brzuchem%20i%20po%C5%82amanymi%20ko%C5%84czynami.jpg)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.