Dla tysięcy
więźniów radzieckich łagrów droga na Kołymę nie kończyła się
na wielotygodniowej podróży bydlęcymi wagonami przez Syberię.
Najgorszy etap – ten, o którym krążyły mrożące krew w żyłach
legendy – zaczynał się w portach Dalekiego Wschodu. To tam, w
mrocznych czeluściach ładowni statków „floty śmierci”,
człowiek przestawał być jednostką, a stawał się jedynie
elementem „ludzkiego ładunku”.
 |
| Statek "Odessa" w porcie we Władywostoku. Jedna z jednostek "Floty Gułagu" |
Porty, z których nie było powrotu
Wyprawa do
„Przeklętej Wyspy”, jak powszechnie nazywano Kołymę, wymagała
pokonania zdradliwych wód Morza Ochockiego. Choć terytorialnie
stanowiła ona integralną część kontynentu azjatyckiego, jej
izolacja geograficzna, odcięcie od reszty świata przez potężne
pasma górskie i skuta lodem tajga sprawiała, że w świadomości
więźniów funkcjonowała jako osobny, niedostępny ląd, z którego
nie było ucieczki.
Geograficznie region ten obejmował
dorzecze rzeki Kołymy, gdzie surowość natury osiągała swoje
ekstremum. Panował tam klimat subarktyczny z rekordowo niskimi
temperaturami, spadającymi zimą nawet do -60°C. Wieczna zmarzlina,
przenikliwe wiatry i krótkie, bagniste lata czyniły z tego miejsca
jedno z najbardziej nieprzyjaznych środowisk na Ziemi, co czyniło
pracę w tamtejszych kopalniach złota morderczym wyzwaniem.
Transporty
formowano głównie w trzech punktach: we Władywostoku, w Nachodce
oraz, od połowy lat 40., w porcie Wanino. To ostatnie miejsce,
uwiecznione w przejmującej pieśni więźniów zatytułowanej „Ja
pomnju tot Wańinskij port” (ros.
Я помню тот Ванинский
порт), stało się symbolem
ostatecznego pożegnania z cywilizacją. Tekst tej ballady, śpiewany
szeptem w bydlęcych wagonach i w ładowniach statków, opisywał
moment wejścia na pokład „parostatku idącego do Magadanu” jako
przekroczenie progu piekła.
 |
| Trasa i porty na której kursowały statki "Floty Gułagu" |
Dla wielu
więźniów, takich jak Gustaw Herling-Grudziński, sama wiadomość
o „etapie na Kołymę” brzmiała jak wyrok śmierci. Strach przed
tym kierunkiem był tak paraliżujący, że osadzeni w innych łagrach
decydowali się na drastyczne samookaleczenia, byle tylko uniknąć
transportu na wschód. Wiedzieli, że statki płynące do Magadanu,
takie jak „Dżurma”
czy „Indigirka”,
to maszyny skonstruowane do przewozu towarów, a nie ludzi. W ich
ładowniach, w ścisku, ciemności i przy braku wentylacji, tysiące
skazańców stawało się jedynie „żywym balastem”
transportowanym do serca arktycznego archipelagu Gułagu.
Architektura udręki
Martin J.
Bollinger w swojej książce „Flota
Gułagu” zwraca uwagę na techniczną
stronę tej operacji. Statki takie jak „Dżurma”, „Indigirka”
czy „Sowietskaja Łatwija” były w rzeczywistości frachtowcami,
których ładownie przystosowano do transportu więźniów w sposób
najbardziej prymitywny z możliwych. Pod pokładem montowano
pięciopoziomowe drewniane prycze (nary), dzieląc przestrzeń na
ciasne segmenty. Na powierzchni zaledwie dziewięciu metrów
kwadratowych upychano nawet dwudziestu pięciu więźniów. W takich
warunkach „świeże powietrze” było luksusem dostępnym jedynie
przez nieliczne klapy wentylacyjne, które podczas sztormów
szczelnie zamykano, skazując tysiące ludzi na powolne duszenie się
w odorze potu, ekskrementów i wymiotów.
 |
| Statek "Dżurma" w trakcie rejsu. |
Kluczowym
elementem udręki był czas trwania rejsu oraz skrajne niedożywienie.
Podróż z portów tranzytowych do Magadanu trwała zazwyczaj od 6 do
10 dni, jednak w przypadku wystąpienia sztormów lub zatorów
lodowych na Morzu Ochockim, czas ten mógł wydłużyć się do dwóch
tygodni. Przez cały ten okres więźniowie otrzymywali jedynie
głodowe racje, składające się z kilkuset gramów gliniastego
chleba oraz kubka słonej, ledwo ciepłej wody z dodatkiem mąki lub
kaszy. Szczególnie okrutną praktyką było podawanie więźniom
wyłącznie słonych ryb (śledzi) przy jednoczesnym drastycznym
ograniczaniu dostępu do wody pitnej. Wywoływało to u tysięcy
stłoczonych ludzi paraliżujące pragnienie, które doprowadzało do
obłędu i licznych zgonów jeszcze przed dotarciem do celu.
Wspomnienia
ocalałych, między innymi
Thomasa Sgovio czy Eugenii Ginzburg, malują obraz dantejski: w
absolutnej ciemności, przy wtórze ponurych śpiewów i jęków
chorych, więźniowie leżeli warstwami na brudnych deskach. Brak
elementarnej higieny, przelewające się dwustulitrowe beczki służące
za latryny oraz epidemie tyfusu i czerwonki sprawiały, że każdy
rejs kończył się wynoszeniem na brzeg dziesiątek, a czasem setek
ciał. Dla tych, którzy przeżyli, widok portu w Magadanie nie był
jednak wyzwoleniem, a jedynie początkiem kolejnego etapu lądowego
piekła.
Prawo pięści pod pokładem
Największym
horrorem rejsu nie były jednak warunki sanitarne, lecz bezwzględna
hierarchia więzienna. Administracja GUŁagu stosowała celową
politykę faworyzowania recydywistów i pospolitych morderców,
zwanych urkami, kosztem więźniów politycznych. W mrocznych
ładowniach, gdzie strażnicy bali się zaglądać przez cały okres
trwania rejsu, panowało prawo dżungli.
Ten brutalny
system uderzył z ogromną siłą w tysiące Polaków, którzy po
sowieckiej agresji we wrześniu 1939 roku trafili do niewoli i
zostali skazani na „pracę poprawczą” na Dalekim Wschodzie.
Polscy oficerowie, inteligenci i urzędnicy, określani przez
kryminalistów pogardliwym mianem „frajerów”, stawali się ich
głównym celem. Wstrząsające świadectwo tych spotkań pozostawił
m.in. Anatol Krakowiecki. Opisywał on, jak polscy więźniowie,
nieprzyzwyczajeni do bezwzględnych reguł panujących w radzieckim
świecie przestępczym, musieli toczyć codzienną walkę o
przetrwanie z bandytami, dla których ludzkie życie nie miało
żadnej wartości.
Urkowie
terroryzowali „politycznych”, odbierając im resztki ubrań,
jedzenie, a nawet wodę. Jak wspominał gen. Aleksander Gorbatow,
bandyci potrafili pobić do nieprzytomności za parę butów, a
wewnętrzne sądy kryminalistów kończyły się brutalnymi
morderstwami, dokonywanymi w całkowitej bezkarności. Dla kobiet
transport statkiem był doświadczeniem jeszcze bardziej
traumatycznym. Eugenia Ginzburg opisywała momenty, gdy do ładowni
pełnej osłabionych kobiet „wpuszczano” bandy kryminalistów, co
zamieniało rejs w pasmo zbiorowych gwałtów i niewyobrażalnego
upodlenia. Reakcja strażników na te wydarzenia ograniczała się
zazwyczaj do cynicznych żartów lub całkowitej obojętności, co
dopełniało obrazu upadku wszelkich wartości moralnych na pokładach
„statków śmierci”.
Piekło kobiet i
„tramwaj kołymski”
Jeśli ładownie statków
były przedsionkiem piekła, to dla kobiet osadzonych w systemie
GUŁagu stanowiły one miejsce ostatecznego upodlenia. Materiały
zebrane przez Martina J. Bollingera oraz wstrząsające relacje Eleny
Glinki czy Janusza Bardacha odsłaniają kulisy zjawiska nazywanego
„tramwajem kołymskim”. Były to masowe, zbiorowe gwałty,
dokonywane przez bandy recydywistów, którzy siłą wdzierali się
do kobiecych ładowni. Opisy są drastyczne: rycząca, półnaga
horda kryminalistów, błyskające w mroku noże i bezsilność
ofiar.
Szczególnie makabrycznie
wyglądają opisy samego sposobu dostarczania ofiar w ręce oprawców.
Janusz Bardach wspominał sceny, w których mężczyźni tłoczyli
się przy otworach w grodziach, przez które „przeciągali
kobiety jak worki z mąką”.
Gdy tylko więźniarka została wyciągnięta przez taki otwór,
natychmiast zdzierano z niej odzież i kosztowności, a na bezbronną
kobietę rzucało się jednocześnie kilku napastników. Elena Glinka
wspomina, że opór karano natychmiastową śmiercią – ciała
zamęczonych kobiet po prostu zrzucano z prycz na brudną podłogę
przy akompaniamencie obelżywych krzyków oprawców. W
książce „Flota Gułagu” możemy przeczytać:
»W
zatłoczonej ładowni rozlegały się żałosne krzyki kobiet i
błagania zmieszane ze skowytem i jękami mężczyzn. [...]
Widziałyśmy pierwsze sceny nieskończonych zbiorowych gwałtów«.
Najbardziej przerażający w tych
relacjach jest fakt całkowitej bierności konwojentów. Żołnierze
i marynarze nie tylko nie interweniowali, by chronić więźniarki,
ale nierzadko sami brali udział w tym procederze lub „wybierali”
sobie co atrakcyjniejsze kobiety do kajut oficerskich. W książce
„Flota Gułagu” Elinor Lipper dobitnie podkreślała tę izolację
od jakiejkolwiek sprawiedliwości:
»Przez
cały tygodniowy rejs żaden nadzorca ani członek załogi nie
wchodził do ładowni. Bali się, szczególnie gdy transportowano
wielu morderców i bandytów. [...] Z tego powodu podczas wszystkich
transportów kryminaliści wprowadzali rządy terroru«.
Jak zauważa jedna z ocalałych,
okrucieństwa znane z opisów handlu niewolnikami w Ameryce bledną
przy tym, co działo się pod pokładami floty płynącej do
Magadanu.
Bunt ugaszony lodem
Desperacja więźniów,
stłoczonych w nieludzkich warunkach i terroryzowanych przez urków,
prowadziła niekiedy do aktów desperackiego oporu. Władze
radzieckie były jednak przygotowane na każdą ewentualność i
dysponowały arsenałem metod o skrajnym okrucieństwie, mających na
celu natychmiastowe zdławienie jakiejkolwiek podmiotowości
osadzonych. Obok masowych egzekucji i „ślepego ognia” z
automatów kierowanego w głąb ładowni przez otwarte włazy,
powszechnie stosowano torturę pragnienia, po jakimkolwiek incydencie
strażnicy odcinali dostęp do wody pitnej, co w dusznych,
pozbawionych wentylacji pomieszczeniach doprowadzało ludzi do obłędu
w ciągu zaledwie kilku godzin. Innym razem, by spacyfikować tłum,
do ładowni wrzucano granaty łzawiące lub wpuszczano dym z
kotłowni, wywołując masową panikę i duszenie się więźniów w
całkowitych ciemnościach.
 |
| "W grudniu 1945 roku „Feliks Dzierżyński" — statek flagowy floty NKWD — wypłynął z Portland w USA, przewożąc kilkuset radzieckich jeńców uwolnionych z niemieckich obozów. Ta „repatriacja" niemal na pewno była rejsem prosto w czeluść Kołymy, gdyż tych, którzy trafili do niewoli, Stalin uważał za zdrajców". - M.J. Bollinger "Flota Gułagu" |
Najbardziej przerażające świadectwo
tych praktyk pozostawił Warłam Szałamow, opisując losy więźniów
na statku „KIM” w grudniu 1947 roku. Gdy na pokładzie wybuchł
bunt spowodowany nieludzkim traktowaniem, naczelstwo podjęło
decyzję o użyciu pomp strażackich i zalaniu ładowni lodowatą
morską wodą. W warunkach arktycznego mrozu, sięgającego
czterdziestu stopni poniżej zera, oznaczało to masowe wyroki
śmierci lub kalectwa. Więźniowie, którzy przeżyli tę „kąpiel”,
zamieniali się w żywe sople lodu; zmagali się z odmrożeniami
trzeciego i czwartego stopnia, a ich mokre łachmany przymarzały
bezpośrednio do ciała. Dla wielu z nich był to pierwszy dzień
„pracy” na Kołymie, który kończył się amputacją kończyn w
prymitywnych obozowych warunkach lub powolnym gniciem w szpitalnych
barakach. Te brutalne metody, od „mrożenia” po głodzenie na
sucho, stanowiły integralny element systemu, który miał
ostatecznie złamać człowieka, zanim ten jeszcze postawił stopę
na przeklętym brzegu Magadanu.
Statki widma i zatarte ślady
Historia morskiego
transportu do GUŁagu pełna jest mrocznych niedopowiedzeń i
niepotwierdzonych oficjalnie tragedii, które do dziś budzą grozę
u badaczy tematu. Wśród więźniów krążyły złowieszcze
pogłoski o „statkach widmach” – jednostkach wywożących na
pełne morze inwalidów, osoby niezdolne do pracy i „ludzkie
wraki”, które następnie miały być celowo zatapiane, by odciążyć
system obozowy od kosztów ich utrzymania. Polscy więźniowie
wspominali wstrząsające sceny z jesieni 1941 roku, gdy w Magadanie
formowano kolumny ludzi, którzy właściwie przestali już
przypominać żywe istoty. Bollinger w swojej książce pisze:
»Widzący
tę scenę nie mogli uwierzyć, że to ludzie. Nie była to kolumna
ludzi, lecz zwłok i korpusów. Większość nie miała nosów, ust i
uszu. Bardzo wielu nie miało rąk albo nóg. [...] W Magadanie
mówiono, że tych ludzi utopiono, gdy statek był na pełnym morzu«.
Nadieżda Mandelsztam wspominała o
podobnych mechanizmach eliminacji w porcie we Władywostoku.
Opisywała barki wypełnione niepełnosprawnymi więźniami, których
zadaniem w obozie przejściowym było jedynie oczyszczanie latryn;
jednostki te wyprowadzano w morze, a chwilę później świadkowie na
brzegu słyszeli potężne eksplozje zwiastujące ich zatopienie.
Choć oficjalne radzieckie rejestry milczą na temat takich
egzekucji, relacje świadków takich jak Wiktor Fiedonuk sugerują,
że znikanie całych transportów – czy to w wyniku celowej
zbrodni, czy katastrofalnego stanu technicznego jednostek – nie
było rzadkością. Przykładem może być tragedia statku
„Indigirka”, który w 1939 roku rozbił się u wybrzeży Japonii.
W jego ładowniach zginęły setki ludzi, a ci, którzy próbowali
wydostać się z tonącego wraku, ginęli od kul strażników
pilnujących, by nikt nie zdołał uciec z tego morskiego grobu. Z 1173 osób znajdujących się na pokładzie śmierć poniosło 741 ludzi.
 |
| "Indigirka" leży na burcie. Pomoc dotarła dopiero po 30 godzinach. |
Dziedzictwo milczenia
Statki floty
GUŁagu były kluczowym, choć przez lata pomijanym ogniwem w
maszynie radzieckiego terroru. Bez nich „archipelag” na Kołymie
nigdy nie mógłby funkcjonować na tak masową skalę. Każdy rejs
był logistycznym sukcesem systemu i ludzką katastrofą zarazem.
Dla Martina J.
Bollingera i innych badaczy, analiza relacji więźniów płynących
pod pokładem to nie tylko próba odtworzenia faktów historycznych,
ale przede wszystkim oddanie głosu tym, których prochy spoczywają
dziś na dnie Morza Ochockiego lub w bezimiennych mogiłach Magadanu.
„Pływające trumny” Stalina pozostają jednym z najbardziej
jaskrawych dowodów na to, jak nisko w systemie totalitarnym
wyceniano ludzkie życie. Sprowadzone
do roli balastu, który można w każdej chwili wyrzucić za burtę
historii.
Materiały źródłowe:
Martin J. Bollinger - "Flota Gułagu"
Wstrząsające. Ruski mir w swojej czystej postaci...
OdpowiedzUsuń