środa, 28 lutego 2018

U 53 - U-boot, który przepłynął Atlantyk

8 Października 1916 roku. Wody międzynarodowe w pobliżu Newport U.S.A.

Ocean był spokojny, U 53 lekko kołysał się na falach jakieś niecałe 2,5 km od latarniowca "Nantucket". Kapitänleutnant Hans Rose stał w kiosku okrętu i patrzył jak holenderski parowiec "Blommersdyk" zatrzymuje się na dany wcześniej rozkaz. Sygnalista wysłał polecenie "Okazać dokumenty". Niemiecki kapitan spojrzał na swój zegarek, wskazówki pokazywały 4:55. Zaczynało robić się ciemno i widoczność znacznie się pogorszyła, pogoda była jednak nadal ładna. Rose z niecierpliwością patrzył w stronę "Holendra". Tamci nie spieszyli się najwidoczniej, był już kwadrans po 5 i za chwilę miała zapaść noc. Nagle, obserwator lustrujący horyzont zameldował nerwowym głosem:
- Herr Kapitän, niszczyciel na horyzoncie! 
Rose szybko odwrócił głowę w stronę, w którą patrzył marynarz. Na tle ciemnego nieba, wyraźnie malowała się sylwetka okrętu. 
- Alarm bojowy! Zanurzenie awaryjne! 
Zarządził kapitan i pospiesznie opuścił kiosk okrętu. Ostatni marynarz zaryglował luk i zjechał po poręczach drabiny w dół. U-boot szybko zanurzył się na głębokość peryskopową a Rose zaczął obserwować zbliżający się niszczyciel, który wziął kurs na latarniowiec. Przez peryskop dokładnie widział jak zaczyna podejmować na pokład ludzi z szalup statków, które Niemcy zatopili dzisiejszego przedpołudnia. "Amerykańska jednostka" - pomyślał. Chwile się wahał, zanim wydał rozkaz do ponownego wynurzenia. Ameryka zachowywała neutralność w tej wojnie, więc...
Kiedy U 53 z chlupotem pojawił się na powierzchni była 17:30 a z Newport zbliżały się kolejne, amerykańskie niszczyciele. Sygnalista ponowił polecenie dostarczenia dokumentów przez załogę "Blommersdyka".  
- Herr Kapitän, parowiec od wschodu! 
Zameldował obserwator. Rose miał jeszcze kilka torped więc zdecydował się zatrzymać i ten statek. Było już ciemno i nie dało się rozpoznać bandery ani nazwy, gdy pasażerski parowiec znajdował się 6.000 m od Niemców, osiemdziesiątka-ósemka z rufy oddała salwę przed dziób statku. Liniowiec nie miał wyjścia i również stanął. Zaraz zaroiło się w okół niego od amerykańskich niszczycieli, ale kapitan Rose nie miał teraz czasu się nad tym zastanawiać. Do U-boota dotarł oficer z holenderskiego frachtowca. Jego dokumenty wykazywały niespójności i pomimo wpisanych holenderskich portów, z papierów celnych wynikało, że towar przeznaczony jest dla Brytyjczyków. Niemiec spojrzał na nerwowego Holendra i dał mu znak do opuszczenia pokładu swojego okrętu. kiedy oficer wsiadł do szalupy U 53 zaczął ją holować do frachtowca.
- Nadać Holendrom sygnał do opuszczenia statku! 
Rose był pewien, że kontrabanda miała trafić do Anglii a on na to pozwolić nie mógł. U-boot zaczął zbliżać się do "Blommersdyka", kiedy nagle na kursie kolizyjnym znalazł się jeden z jankeskich niszczycieli. Było ich około 16 więc zrobiło się nieco ciasno. Rose krzyknął:
- Maszyny stop! Cała wstecz! 
Mało brakowało a doszło by do kolizji, całe szczęście okręty stanęły kilka metrów od siebie. Holendrzy zaczęli powoli schodzić ze swego statku a Rose by nie tracić czasu chciał przejrzeć dokumenty pasażerskiej jednostki. U 53 zbliżał się powoli do niej, manewrując pomiędzy amerykańskimi okrętami. Niemiecki kapitan zastanawiał się, co zrobić z ewentualnymi pasażerami  gdyby zabrakło szalup. Po chwili wydał polecenie: 
- Nadać "You can proceed".
Co oznaczało, że statek mógł wznowić swój rejs. Jednak parowiec okazał się opuszczony. Gdy reflektory niszczycieli omiotły jego sylwetkę, Rose zorientował się dlaczego. Statek nosił nazwę "Stephano Liverpool" i był pod brytyjską banderą. Rojące się po zatrzymaniu go niszczyciele, profilaktycznie ewakuowały załogę i pasażerów. Skoro więc już nie trzeba było martwić się o ludzi, Hans Rose postanowił posłać na dno i ten statek. Ale najpierw chciał zająć się "Blommersdykiem".  
U 53 wziął ponownie kurs na holenderski frachtowiec. Po zajęciu dogodnej pozycji, U-boot zalał swoje wyrzutnie torpedowe. Jednak jeden z amerykańskich okrętów, cały czas trzymał się blisko "Blommersdyka". Nie chcąc ryzykować Niemiec zwrócił się do swojego sygnalisty:
- Niech ten przeklęty jankes się odsunie, bo jeszcze i jego trafimy. Nadaj prośbę o oddalenie się od naszego celu.
Sygnalista szybko przekazał Morsem wiadomość swego kapitana. Po kilku chwilach niszczyciel posłusznie oddalił się od statku towarowego. 
U 53 dwoma torpedami zatopił holenderski towarowiec...   
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych

Obraz Clausa Bergen przedstawiający U 53 atakujący parowiec towarowy

U 53 ma bardzo ciekawą historię. Ten U-boot z czasów I Wojny Światowej nie jest może okrętem, który zatopił najwięcej wrogich jednostek, jednak ma na swoim koncie inny wyczyn. Jako pierwszy wojenny okręt podwodny, przepłynął przez Atlantyk i u wybrzeży Stanów Zjednoczonych z powodzeniem polował na statki z zaopatrzeniem dla Brytyjczyków. To wydarzenie obfituje w wiele zuchwałych a wręcz bezczelnych poczynań niemieckiego kapitana i jego załogi. Ale od początku.

środa, 24 stycznia 2018

Gabryszewski Franciszek - Jak struś został orłem

Lato 1940 roku. Wojskowa szkoła lotnicza Parks Air College, East Saint Louis U.S.A. 

Pogoda była wprost wymarzona do latania. Słońce tego bezwietrznego dnia paliło swoim żarem, zamieniając ziemię wokół pasa startowego w spękaną skorupę. Na błękitnym tle bezchmurnego nieba w oddali zaczęła rysować się sylwetka PT-19 Fairchild. Samolot leciał a właściwie "podskakiwał" w powietrzu, jak gdyby miał problemy z silnikiem. Zbliżając się do lotniska tracił zbyt szybko na wysokości, jednak kilkaset jardów przed jego płytą pilot poderwał maszynę w górę by skorygować błąd. Opadając ponownie samolot zbliżał się do pasa nieco trawersując, każdy kto obserwował te "popisy"  mógł być pewien, że za chwile nastąpi katastrofa, no może w najlepszym wypadku samolot straci podwozie przy kontakcie z gruntem. Jakimś cudem jednak, PT-19 zdołał bez szwanku wylądować i zatrzymać się obok hangaru. W maszynie szkoleniowej miejsce zajmowało dwóch pilotów. Siedzący z tyłu, nerwowo odpiął swoją pilotkę i cisnął ją z samolotu na ziemię.
- Mój Boże! Chłopcze! To było najstraszniejsze pół godziny w moim życiu! 
Krzyczał zdenerwowany instruktor. Jego podopieczny siedział nadal w bezruchu za sterami ze spuszczoną głową. Nauczyciel kontynuował swój monolog:
- Nie spotkałem jeszcze w mojej karierze tak nieutalentowanej osoby. Nigdy nie będziesz pilotem, nie nadajesz się do tego! Chyba że chcesz odebrać sobie życie, ale ja ci w tym nie pomogę!
Gdy drżąc na myśl o ostatnich kilkudziesięciu minutach, instruktor wreszcie dotknął stopami ziemi nieco się uspokoił. Wziął do ręki deskę z klipem i zaczął coś wypisywać na przypiętych do niej kartach. 
Nieudolny pilot wygramolił się w między czasie z kokpitu i stał teraz obok, wpatrując się w osobę, która miała wydać ostateczny wyrok decydujący o jego karierze jako pilota. 
- No dobrze Gabreski, twoja ostatnia szansa.
Na formularzu instruktor nagryzmolił "Egzamin kwalifikacyjny!". Oznaczało to ostatnią możliwość poprawy wyników przed usunięciem ze szkoły pilotów, co równało się z zamknięciem drogi do U.S. Air Force. 
Instruktor nawet gdyby mu powiedziano nie uwierzył by, że ten pozbawiony talentu latania młodzieniec, okaże się jednym z najlepszych amerykańskich asów myśliwskich nadchodzącej wojny, którzy walczyli w Europie pod amerykańskim sztandarem.     
* Sfabularyzowany tekst w oparciu o materiały źródłowe

Franciszek Gabryszewski przed P-47 Thunderbolt.

Oto historia Amerykańskiego i dosyć kiepskiego pilota, który dzięki swoim polskim korzeniom uwierzył, że potrafi latać. Francis "Gabby" Gabreski, lub jakby go przedstawili nam jego rodzice Franciszek Gabryszewski, jest bardzo ciekawą postacią. Tym bliższą, że posiadał polskie pochodzenie, którego nigdy się nie zaparł i które pomogło mu w tym co wielu uznałoby za niemożliwe.

czwartek, 30 listopada 2017

Rewolucja październikowa - Z ucisku pod terror


Luty 1920 roku okazał się nadzwyczaj mroźny. Ziemia była twarda niczym skała a lód na Angrze gruby na ponad metr. Kilku sołdatów, popychając przed sobą człowieka w mundurze carskiej armii, zbliżało się ku rzece. Za nimi kroczył ich zwierzchnik, niejaki Samuel Czudnowski. Bolszewicy podeszli do przerębli wybitej w lodzie i ustawili przed nią skazańca.
 - Admirale Kołczak, mam rozkaz waszego rozstrzelania.
Powiedział beznamiętnie Czudnowski. Stojący do swych oprawców plecami, admirał Aleksander Kołczak wbił wzrok w horyzont. Niby od niechcenia spytał swego kata:
- A jaki stopień macie, żołnierzu?
- Jestem komisarzem.
Odparł zadziornie bolszewik. Admirał zatopił swój wzrok w ostro rysującym się zimowym niebie, na którym niewyraźnie rysowała się gwiazda polarna. Lufa pistoletu uniósł się i zatrzymała w kilkucentymetrowej odległości od tyłu głowy Kołczaka. Skazaniec pokiwał głową i żachnął się:
- W wojsku nie ma takiego stopnia, a komenderować egzekucją oficera może tylko ktoś wyższy stopniem.
Nagle zapadło milczenie, lufa wymierzonej w tył głowy broni nieznacznie opadła. Czudnowski nerwowo poruszał ustami, jednak były to bezgłośne drgania. Wiatr poderwał śnieg z zaspy i sypnął kłujące drobinki w twarz carskiego admirała, ten zamrugał spoglądając ku polarnej gwieździe. Po chwili odetchnął i rzucił krotko do swych oprawców:
- Strzelać!
Kula przeszyła czaszkę Aleksandra Kołczaka, a jego martwe ciało runęło w przeręblę i zniknęło pod lodem. 7 lutego 1920 roku zabito ostatniego białego admirała a wraz z nim nadzieję monarchistów na przejęcie inicjatywy w wojnie domowej, rozdzierającej Rosję.
*sfabularyzowany tekst na podstawie książki Marty Panas-Goworskiej i Andrzeja Goworskiego „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików”

12 (25) października 1917 roku. Bolszewicy przyjęli rezolucję o zbrojnym powstaniu.

W tym roku mija sto lat od niechlubnego przewrotu w Rosji, zwanego rewolucją październikową. Na łonie porażek carskiej armii na frontach I wojny światowej, braku zrozumienia przemian społecznych przez wyższe sfery i pogłębiającego się kryzysu politycznego wyrosła siła, która przetrąciła kręgosłup starego porządku. Czy lepszego niż bolszewia? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, ale z pewnością nie gorszego. Już sama nazwa czerwonej rewolucji nie jest zgodna z prawdą. Wynika to jednak z różnic kalendarzowych carskiej Rosji i Europy. Faktycznie rewolucja październikowa miała miejsce w listopadzie. Nie chcę tu jednak opisywać jej genezy i przebiegu. Chciałbym natomiast obraz tego przewrotu ukazać na przykładzie ludzi, którzy byli nie tylko jej świadkami ale i częścią. Ludzi których rewolucja ukształtowała, zmieniła i ostatecznie, w niektórych przypadkach zniszczyła.

sobota, 11 listopada 2017

Tarnów - Jak rodziła się niepodległość

Żołnierze jednej z kompanii 20 Pułku Piechoty Polskiej Armii Austriackiej w Tarnowie gromko krzyknęli:
- "Niech żyje Polska!".
Następnie jak jeden mąż wyciągnęli ręce zdejmując z głów swoje szaro-niebieskie czapki. Dłonie pośpiesznie odginały, zrywały i z brzękiem rzucały na ziemię austriackie bączki.  
Kapitan Jan Styliński z uśmiechem na ustach poprowadził sowich towarzyszy w mrok budzącego się dnia. Właśnie zaczynał się 31 Październik roku pańskiego 1918.
Kompania szybkim marszem ruszyła ulicami Tarnowa do koszar, w których kwaterowały kompanie wiedeńskie. Wkoło panowała cisza i spokój, jak gdyby ten świt nie różnił się niczym od wielu innych leniwie wstających w mieście nad Dunajcem. Kiedy Polacy "wlali" się na ulicę Wałową, niespodziewanie przed nimi pojawili się austriaccy oficerowie jednego z pułków wiedeńskich. Legioniści złapali za broń, w ich oczach błysnęło zdecydowanie i tęsknota - uczucia dojrzewające w narodzie przez 123 lata. Tamci jednak zbili się w grupkę i lekko unosząc dłonie zawołali:
- "Halt!". 
Z tego zlepku zaborców, na czoło wysunął się jeden człowiek.
- "My bić się nie chcemy!" przemówił "Uzbrojeni Polacy na dworcu nie pozwalają żadnemu Austriakowi ujść z bronią w ręku. Nikt z nas nie myślał, że będzie to tak wyglądać."
"Wiedeńczyk" zatoczył nerwowo spojrzeniem po swoich towarzyszach a następnie po Polakach. Ci ostatni nieco opuścili lufy karabinów. Wtedy kolejny z oficerów zaproponował:
- "Pozwólcie nam zatrzymać broń a niezwłocznie opuścimy wasze miasto. W obecnej sytuacji wydarzenia w Tarnowie spotykają się z naszym désintéressement. Broni zostawcie nam chociażby tyle, aby móc przed napaścią się obronić. Żołnierz bez broni niczym od "chama" się nie różni, a czasy niespokojne mamy."

Gdy austriaccy oficerowie wraz ze swoimi żołnierzami opuszczali Tarnów, jeden z ich dowódców skinął w kierunku polskiego oficera lekko się uśmiechając. Żołnierze cesarza opuszczali Galicję nie tylko ze swoją bronią ale również z eskortą wojska państwa, które właśnie dziś zaczynało "powstawać z martwych."  
      * Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych

Tarnów rok 1918.

11 Listopada, wyjątkowy dzień w życiu każdego kto chce czuć się Polakiem i chce kultywować pamięć swego narodu, oraz być dumnym z poświęcania swoich przodków. Tę starą rocznicę nie było nam dane świętować w pełnym jej wymiarze prze długie lata. Jedynie w okresie II RP były defilady, kwiaty i łzy. Później od '39 do 1989 było ono zakazane a komuniści zamienili je nam na Święto Odrodzenia Polski (obchodzone 22 lipca).
Spory o to, gdzie zaczęła się polska niepodległość trwają do dziś. Jednak najprawdopodobniej pierwszym miastem, gdzie dokonał się "czyn zbrojny" oraz cywilne przejęcie władzy był Tarnów. Oto krótka historia tych wydarzeń.

wtorek, 7 listopada 2017

"Reformacja. Rewolucja Lutra" Sebastiana Dudy - Recenzja

Reformacja? Marcin Luter? Tak wiele już w tym temacie pojawiło się opracowań, książek i filmów. Czy warto zatem sięgać po kolejny tekst na ten temat? To pytanie zadałem sobie jako pierwsze, gdy tylko spojrzałem na książkę Sebastiana Dudy.
Po przeczytaniu jednak musiałem się głębiej zastanowić nad problematyką reformacji jak również zrewidować moją dotychczasową wiedzę na ten temat.
Owa publikacja nie jest jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka, biografią augustiańskiego mnicha, postrzeganego jako "ojca" reformacji i inicjatora rozłamu w XVI wiecznym Kościele. Nie jest również traktatem na temat samego ruchu reformacyjnego.
Czym więc jest książka Sebastiana Dudy? Ciężko mi jest jednoznacznie znaleźć trafne w stu procentach określenie. Na pewno jest szerszym spojrzeniem nie tylko na postać samego Marcina Lutra, ale również na całą jego epokę, jak również na średniowieczny Kościół katolicki. Choć i to nie jest do końca prawdą. By lepiej zrozumieć genezę wielkiego rozłamu w Kościele zachodnim jak i samej reformacji autor sięga do wydarzeń, w których centrum stali: John Wycliffe, Jan Hus czy Girolamo Savonarola. Choć ten ostatni raczej nie wpisuje się powszechnie w kanon prekursorów rozłamu w Kościele. Dlaczego więc Sebastian Duda wspomina jego postać? Tu odsyłam do lektury.  Należy pamiętać, że Marcin Luter nie wziął się znikąd, nie pojawił się ot tak po prostu pewnego dnia pod kościołem w Wittenberdze z wymyślonymi przez siebie tezami by przybić je do wrót świątyni. Dzięki książce Sebastiana Dudy możemy poznać powody, jak i sam przebieg, duchowej metamorfozy wierzącego i oddanego Kościołowi mnicha. Podróż do Rzymu i wielkie rozczarowanie realiami panującymi w środowisku wyższego duchowieństwa było punktem zwrotnym w życiu Lutra. Jednak nie od razu postanowił dzielić Kościół, nękany wyrzutami sumienia i walcząc ze skrupułami starał się odnaleźć sposób na swoją duchową wędrówkę.

środa, 1 listopada 2017

"Indianapolis" - "Posłaniec śmierci"

Litchfield - Connecticut, USA. 6 listopada 1968 roku.
Poranek był rześki w tę pochmurną środę (9°C), było jednak sucho. Charles McVay ubrał się w swój admiralski mundur. Pomimo 70 lat trzymał się prosto a w jego ruchach widać lata wojskowego drylu. Spojrzał w bok a następnie powoli wyciągnął dłoń w stronę leżącego na stoliku rewolweru. W pół drogi cofnął jednak rękę. Teraz sięgnął do kieszeni, by dotknąć swojego talizmanu. Dobrze pamiętał moment, gdy ojciec podarował mu ołowianego marynarzyka. Zacisnął powieki, spod których spłynęła łza.
"Louise... tak mi ciebie brakuje...".
Ze wszystkich trzech żon, druga była miłością jego życia. Dopóki rak nie postanowił inaczej.
Otworzył oczy i spojrzał niewidzącym wzrokiem w lustro. Zamiast swego odbicia widział "Indy". Tak żartobliwie nazywano wówczas ten okręt. Znów musiał zacisnąć powieki. To się dzieje na nowo... Bezustannie powracający koszmar, zarówno we śnie jak i na jawie. Zacisnął rękę na ołowianej figurce, tak mocno że ból przeszył jego dłoń. Jednak prześladujące go slajdy nie zniknęły.
Eksplozja, szarpnięcie i jęk stali. McVay zrywa się z pryczy. Podbiega do interkomu, głucho... Okręt trzeszczy i dziwnie się przechyla. Kapitan wybiega na pokład, który już został ogarnięty przez ogień.
"Myślałem, że go ugasimy...".
Marynarze biegają w amoku, część z nich w kamizelkach, inni wyrwani ze snu, półnadzy. Większość nie reaguje na wykrzykiwane przez niego polecenia. Ktoś wyskakuje za burtę, potem kolejny.
"Szalupy... szalupy... dlaczego mnie nie słuchali?"
Słyszy swój głos nakazujący wysłać SOS i komunikat o zatonięciu.
"Tak, wtedy było już po wszystkim, „Indy” był śmiertelnie ranny"
Widząc beznadziejność sytuacji i czując, jak okręt przechyla się dziobem w dół daje rozkaz do opuszczenia jednostki.
"12 minut... jak to możliwe? Cały okręt zniknął w 12 minut".
Potem już tylko ciemność, słona woda i palący oczy oraz gardło olej unoszący się na wodzie niczym nagrobek po krążowniku.
"Musiałem stracić przytomność...".
Kolejny slajd to dzień. Setki jego chłopców dryfuje na falach, było zaledwie kilka tratw ratunkowych.
"Dlaczego mnie nie słuchali? Szalupy...".
Najgorsze jednak były krzyki, gdy przypłynęły rekiny. Jeden po drugim znikający pod taflą, momentalnie czerwieniącej się wody, ludzie. Utrata człowieczeństwa, gdy dryfujący na falach zaczęli w walce o miejsce na tratwie mordować się nawzajem, gdy ogarniał ich obłęd i halucynacje z powodu odwodnienia i hipernatremii.
"Krzyki i bezsilność... miałem w tedy jak inni, po prostu skoczyć i dać się objąć ciemności".
Kontradmirał szybkim ruchem zgarnął ze stolika swoją służbową broń, zbiegł po schodach i wyszedł do ogrodu. W dłoni ołowiany marynarzyk. McVay patrzy na niego, jak gdyby chciał przeprosić, błagać o wybaczenie. Drugą rękę, tę z rewolwerem, uniósł do skroni... Ciemność.



USS "Indianapolis" na kotwicy w Pearl Harbor, rok 1937.


By opowiedzieć Historię krążownika USS "Indianapolis", trzeba wspomnieć również kilka innych. Losy tego okrętu splatają się z losami wielu setek a nawet tysięcy, jeśli nie milionów ludzi. 10.000 ton żelaza przyniosło rozpacz i śmierć dwóm nacjom i stało się synonimem "posłańca śmierci", pomimo, że tak naprawdę za wszystkimi tymi nieszczęściami stali ludzie i ich nonszalancja.

niedziela, 17 września 2017

Szack - "Póki my żyjemy"

Był rześki, czwartkowy poranek. Wrzesień dobiegał końca a i pogoda nie była już taka jak na początku. Początku września, początku wojny... Wśród zarośli na skraju lasu, równolegle do grobli, która prowadziła z małej mieściny o nazwie Szack, grupowali się ludzie. Było od razu widać, że to wojsko. Sprawnie i w szybkim tempie ustawiono działa z wylotami skierowanymi w stronę wsi. Oficer w stopniu majora uważnie obserwował wszystkie działania. Czterdziestojednoletni mężczyzna o okrągłej twarzy i krótko przystrzyżonych ciemnych włosach przyglądał się pobliskim zabudowaniom. Wiedział dobrze co kryje się wśród niepozornych poobdzieranych chałup. Już nie raz w ciągu tego miesiąca, wraz ze swoim batalionem Korpusu Obrony Pogranicza "Bereźne", przyszło mu walczyć z tą dziką hordą. Teraz miało być inaczej, tym razem to oni mieli zaatakować. Wskazówki zegarka tykały w okolicach ósmej a całe zgrupowanie, nie tylko batalion majora Antoniego Żurowskiego, było gotowe do boju.
Nagle od strony Szacka zaczął dobiegać charakterystyczny, basowy łoskot. Zanim pomiędzy budynkami ukazały się pierwsze sylwetki pojazdów, ktoś obok majora szepnął:
- "Czołgi..."
Pancerna kolumna zaczęła wylewać się ze wsi. Linia polskich żołnierzy jakby zafalowała - to oni mieli atakować a tu znów wróg odebrał im nawet tę możliwość.
- "Spokój!"
- "Trzymać linię!"

- "Nie strzelać!"
Rozległy się wokół rozkazy oficerów. Sowieci rwali do przodu jak na paradzie. Dowódcy stali pewni siebie w otwartych lukach z zaciętymi minami, jak gdyby od samego ich widoku miała pęknąć polska linia obrony. Czołgi a za nimi pojazdy pancerne i na końcu ciężarówka z piechotą, cały konwój jechał niemalże w szeregu. Na więcej nie pozwalała grobla, a raczej bagna rozlewające się po obu jej stronach.
Celowniczowie działek zaczęli błyskawicznie kręcić korbami, naprowadzając lufy na bolszewicką watahę. Kiedy cały ten "pancerny cyrk" znalazł się na wale i z Szacka wyjechała ostatnia ciężarówka, za którą komicznie podskakiwała doczepiona doń kuchnia polowa, niby szydząc z Polaków - bo przecież zaraz jak rozjedziem Lachów trzeba coś zjeść. Działonowi jak jeden mąż krzyknęli w stronę swoich załóg:
- "Uwaga, kolejno od czoła do pancerek ognia!"
I zagrała polska artyleria, gwałtownie niczym organy na wejście w kościele, krzepiąco niczym orkiestra na Titanicu. Tym razem jednak za Polskę, za wolność i honor. I w jednej chwili znika czoło sowieckiej kolumny w kuli ognia. Jeden po drugim płoną czołgi, samochody pancerne i ciężarówki. Pośród wybuchów gdakania polskich CKMów i jęku umierających Rosjan, żywe jeszcze załogi wyskakują z pojazdów i biegną, gubiąc broń i ekwipunek, w stronę zabudowań. Polacy w transie kładą ich ogniem swej broni niczym żeńcy łany zboża. Gdy dym się nieco rozwiewa, przed wrakami pancernych skorup, stoi kilku sowieckich oficerów. Ręce wysoko w górze, pasy z bronią rzucone w błoto - poddają się. 411 Batalion Pancerny kapitana Nieseniuka został kompletnie rozbity.

Był 28 września 1939 roku i właśnie zaczęła się ostatnia zwycięska bitwa Polaków z "czerwonymi zagonami" niosącymi pokój i braterstwo na swych bagnetach.



Żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza na pozycjach przy granicy Polsko - sowieckiej.

Gdy wspominamy walki obronne we wrześniu 1939 roku mamy w pamięci przede wszystkim boje stoczone przeciw Niemcom. Patrząc na wschód i wydarzenia od 17 września niewiele pojawia się nam przed oczami. Jest to spowodowane w głównej mierze 44 latami edukacji ustroju, który próbował nam wmówić, że tam żadnych walk nie było, że Rosjanie przyszli nam pomóc. W chwili obecnej chyba nie ma już osoby, która by w to wierzyła. Jednak propaganda socjalistyczna skutecznie zakryła mgłą poświęcenie tych, którzy stawiali opór na wschodzie. Przeciętny Polak wspomni może o obronie Grodna, czy oporze Wilna. Jednak w większości uważa się, iż wojsko polskie cofało się oddając kraj bolszewikom zajmującym polskie miasta i wsie z marszu. Kłam tej tezie zadaje jednak mała miejscowość w Obwodzie Wołyńskim, obecnie na Ukrainie a wtedy w granicach II RP. Miasteczko Szack, właśnie tam żołnierze z Korpusu Obrony Pogranicza pod rozkazami generała Wilhelma Orlik-Ruckemanna stoczyli zwycięską bitwę z wlewającą się do Polski Armią Czerwoną. Szczegóły tych starć zostały jedynie pobieżnie opisane i niestety wiele aspektów z pewnością przepadło na zawsze, lecz to z tego powodu należy je wspominać i opisywać, by całkiem nie zagubiły się w annałach historii.
Wszystko zaczęło się 17 września 1939 roku...