sobota, 18 lutego 2017

Lot 19 - Ostatnie zadanie.

Środa 5 grudnia 1945 roku była dniem jak każdy inny w bazie lotniczej Fort Lauderdale na Florydzie. Bezchmurne niebo zapewniało doskonałą widoczność, idealny dzień by latać. Porucznik Charles Taylor, 27 letni instruktor i doskonały pilot z dużym doświadczeniem, udzielał odprawy swoim podopiecznym. 14 lotników miało odbyć swój ostatni lot szkoleniowy, nastroje były więc bardzo ożywione. W pewnej chwili z budynku za plecami zebranych wyszedł młody mężczyzna, jeden z pilotów pomachał do niego wołając:
- Hej Allan! Co z tobą?
Taylor skinął głową w stronę przechodzącego, a do pozostałych odezwał się:
- Kapral Kosnar dziś jest zwolniony. FT-81 poleci we dwójkę. 
O 14:10 pięć samolotów TBM-1 Avenger z eskadry 79M, oznaczonej jako "lot numer 19", poderwało się z płyty lotniska bazy Lauderdale.   

Radiooperator w wieży kontrolnej bazy lotniczej na Florydzie wiercił się nerwowo na krześle. Wokół niego zgromadziło się kilku oficerów. W powietrzu wisiało napięcie i zdenerwowanie, kiedy wskazówka wiszącego na ścianie zegara przeskoczyła na 19:04, w głośniku radia dał się słyszeć chaotyczny i niewyraźny z powodu zakłóceń głos porucznika Taylora:
- Trzymajmy się bardzo blisko siebie, gdy będziemy musieli wodować... Jak w którymś samolocie poziom paliwa spadnie poniżej 10 galonów, wszyscy idziemy razem w dół...
Nic więcej prócz trzasków i szumu, nie dało się zrozumieć. 
Nigdy nie odnaleziono żadnego śladu po maszynach i ludziach feralnego lotu 19.  


Samoloty TBM "Avenger" z bazy lotniczej Fort Lauderdale. Zdjęcie z muzeum fortu, nie przedstawia maszyn lotu 19.

"Lot 19" to dzisiaj synonim teorii spiskowych, opowieści fantastycznych i protoplasta wszelkiego rodzaju historii opartych na zjawiskach paranormalnych. Od tej historii powstało nieoficjalne określenie Trójkąt Bermudzki i od niej zaczął się mit tego miejsca. Cały świat zaczął każdą katastrofę i wypadek w tym rejonie przypisywać nienaturalnym zjawiskom.
Jednak nie o tym chcę napisać. Nie będzie to ani kolejna próba wyjaśnienia przyczyn zniknięcia Avengerów, ani materiał powielający niesamowite teorie. Zamierzam obiektywnie streścić mniej i bardziej znane fakty z tego dnia, mam nadzieję, że mi się to uda.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Fu-Go - Papierowa broń interkontynentalna.

Niedziela 5 Maja 1945 roku, las Gearhart Mountain w stanie Oregon, USA. 
Podstarzała furgonetka zatrzymała się ze zgrzytem hamulców na poboczu drogi. Dalej się jechać nie dało. Droga była zamknięta, trwały na niej właśnie prace remontowe. Pastor Archie Mitchell spojrzał  z uśmiechem w bok na swoja żonę, która śpiewała do wtóru z piątką dzieci siedzących na tylnej kanapie. 
- "Wysiadka! Musimy tutaj poszukać miejsca na piknik. Rozejrzyjcie się po okolicy a ja zaparkuję wóz."
Zarządził pastor. 
Cała szkółka niedzielna zaczęła się wysypywać z samochodu. Elsie wysiadała powoli podtrzymując swój brzuch. Była w 5 miesiącu ciąży. Wesoła gromadka dzieci w wieku od 11  do 14 lat, wygłupiając się zniknęła między drzewami. Żona pastora odwróciła się i pomachała do męża, a następnie podążyła za dzieciakami. 
Archie podjechał kawałek dalej i zatrzymał się tuż przed zaporą zamykającą przejazd. Wysiadając z samochodu krzyknął do robotników:
- Nie będzie przeszkadzał?"
- Niee! Niech stoi, tak jest OK."
Robotnik serdecznie uśmiechnął się do mężczyzny. Kiedy pastor wszedł między drzewa zobaczył całą grupkę stojącą wokół czegoś co leżało na ziemi. Jeden z chłopców klęczał właśnie i majstrował coś przy dziwnej metalowej obręczy. Elsie obróciła się i widząc męża zawołała:
- "Arch, patrz co znaleźliśmy!"
Złe przeczucie ogarnęło Mitchella, spiął się by podbiec do żony, właśnie otwierał usta by krzyknąć, że mają odejść na bok, zostawić w spokoju dziwne znalezisko. Słowa utknęły mu w krtani gdy wszyscy zniknęli w ognistej kuli wybuchu. Mężczyzna z krzykiem rzucił się w stronę gdzie jeszcze przed chwilą stała jego ciężarna żona. Marynarką i rękoma zaczął gasić płomienie, jednak dopiero gdy zaalarmowani eksplozją robotnicy drogowi przybyli mu z pomocą udało się zdusić ogień. 
Pięcioro dzieci, kobieta i nienarodzone dziecko zginęło od wybuchu japońskiej bomby. "Fu-Go" - Pastor Mitchell miał do końca swoich dni zapamiętać tą nazwę.  


Balon bombowy Fu-Go w locie.

Mieszkańcy Japonii pierwszej połowy XX wieku byli dumnym narodem, czerpiącym jeszcze z korzeni i honoru samurai. Dlatego gdy w 1942 roku podpułkownik James "Jimmy" Doollitle, wraz z 15 innymi bombowcami B-25 zbombardował Tokio, Japończycy poprzysięgli zemstę na Amerykanach. Ich celem stało się terytorium Stanów Zjednoczonych. Jednak kraj miał małe możliwości, nie posiadał już większości swoich lotniskowców, a z każdym mijającym dniem sytuacja cesarstwa na froncie robiła się coraz gorsza. Nadzieja na odwet pojawiła się 3 listopada 1944 roku. W tym dniu Japończycy wypuścili swój pierwszy interkontynentalny balon Fu-Go.

czwartek, 5 stycznia 2017

Broń chemiczna II Wojny Światowej - Bałtycka "puszka pandory"

Późnym popołudniem 2 grudnia 1943 roku, Leutnant Ziegler siedział za sterami swego Junkersa Ju 88 czekając na wylot. Na płycie lotniska w pobliżu Mediolanu silniki uruchomiły pozostałe samoloty. Po kilku chwilach jeden po drugim zaczęły wznosić się w powietrze. Kiedy maszyna Zieglera znalazła się na wysokości przelotowej, do grupy bombowców dołączyły inne, wznoszące się z okolicznych lotnisk. 96 samolotów Ju 88 Skierowało się na wschód. Niemiecki pilot od dłuższego czasu czuł, że sprawy na frontach nie zmierzają w dobrym kierunku. Jednak gdy nad Adriatykiem do grupy flotylli powietrznej dotarło ostatnie 9 Junkersów, startujących z lotniska w Jugosławii, znów poczuł siłę Luftwaffe i przez moment uwierzył w zwycięstwo Rzeszy. Czteroosobowe bombowce z Kampfgeschwader 54 i 76 zmieniły kurs na południe, a następnie z powrotem na zachód. Celem był włoski port w Bari, miejsce gdzie alianci dostarczali zaopatrzenie dla 8 Armii , która niedawno wylądowała we Włoszech. 
Ziegler leciał jedną z trzech maszyn przewodniczych, miał za zadanie "oślepić" radary sprzymierzonych i zrzucić nad portem flary, by pozostałe Junkersy mogły dokonać dzieła zniszczenia. Dochodziła 19:25 i zmrok robił się coraz czarniejszy, gdy w zasięgu wzroku Niemca znalazł się zaskakujący widok. Jego oczom ukazał się jasno oświetlony port, jak na dłoni było widać 75 stojących w nim statków. Z szoku wyrwał go głos w słuchawkach
- "Düppel abwerfen!" (zrzucić dipole)
Z trzech Junkersów posypały się całe chmury aluminiowych pasków, wirujących w powietrzu i wolno opadających. Te tasiemki nazywane przez anglików Windows, skutecznie zakłóciły pracę alianckich radarów. Maszyna Zeiglera, wraz z pozostałymi dwoma "przewodnikami" zaczęła krążyć nad portem na wysokości 3.000 metrów. Niemcy nie musieli rzucać flar by oświetlić cele pozostałym bombowcom...
W basenie centralnym portu w Bari, na kotwicy stał drobnicowiec pod polską banderą. SS "Puck" regularnie pływał z zaopatrzeniem dla wojsk sprzymierzonych. Do włoskiego portu zawinął z częściami zamiennymi i silnikami dla okrętów alianckich. Gdy zaczęło robić się ciemno, polski marynarz stanął na pokładzie i przyglądał się gorączkowym pracom rozładunkowym przy molo. Port oświetlono by przyspieszyć prace rozładunkowe, Niemcy jakoś wydawali się tu odległym zagrożeniem. Wzrok Polaka padł na amerykańskie statki amunicyjne SS "John Moltey" i stojący tuż obok SS "John Harvey". Normalnie ładunek amunicji miał pierwszeństwo i przeładowywano go w pierwszej kolejności, jednak drugi transportowiec cumował już od 4 dni przy molo "Foraneo". 
"Dziwne"
Pomyślał marynarz. Nim jego myśli zdołały zmienić tor, usłyszał a raczej wyczuł pomruk silników. Kiedy spojrzał w górę dźwięk przybrał na sile i zmieszał się ze świstem spadających bomb. 
"To niemożliwe, Luftwaffe straciło przecież dominację w powietrzu... i gdzie jest obrona przeciwlotnicza"
Przebiegło marynarzowi przez głowę. W tym momencie potężna eksplozja rzuciła go na pokład. To SS "John Moltey" wyleciał w powietrze, niemiecka bomba doprowadziła do eksplozji wybuchowej zawartości ładowni statku. W przeciągu sekund doszło do reakcji łańcuchowej i pochłaniając kulą ognia kilka obok cumujących statków eksplodował SS "John Harvey." Marynarz nie zdążył stanąć na nogi, kiedy kolejna bomba trafiła jego własną jednostkę. "Puck" szedł na dno z rozerwaną burtą.
Niemieckie samoloty zniknęły tak nagle jak się pojawiły, polak siedział w szalupie ratunkowej i pomagał wyciągać rozbitków. Marszczył czoło od przykrego zapachu jaki docierał do jego nosa.
"Ciekawe, który nażarł się czosnku?" 
Spytał sam siebie...
Po bombardowaniu do jednego z okolicznych szpitali zaczęto dostarczać rannych. Lekarz w białym kitlu biegał od jednego, umazanego olejem i ropą pacjenta, do drugiego. Większość z nich miała ślady poparzeń. Panował istny chaos. Kiedy po kilku godzinach wyczerpującej pracy medyk wrócił do jednego z lżej poparzonych, któremu kazał czekać, Zaniemówił. Pacjent był prawie nieprzytomny a na jego skórze pojawiły się nowe oparzenia i patrzył na lekarza niewidzącymi oczami. Nim ten zdołał zebrać myśli  jego oczy zaczęły sprawiać problemy a na własnych dłoniach zauwarzył bąble i ten zapach...
"Mój Boże, czyżby Niemcy zrzucili na nas iperyt?"
Pomyślał panicznie nim osunął się w letargu na podłogę...


Płonące, alianckie statki transportowe we włoskim porcie Bari. 2 - 3 grudzień 1943 roku.

Co się stało w Bari? Czyżby Niemcy faktycznie użyli zakazanej broni chemicznej przeciwko transportowcom sprzymierzonych?

piątek, 11 listopada 2016

Lwów 1918 - Cena niepodległości.

- Kiedy Polska odzyskała niepodległość?
- 11 Listopada 1918 roku.
- Nic bardziej mylnego...
Proces odzyskiwania nieodległości był stopniowy, a państwo polskie po 123 latach niebytu, nie pojawiło się nagle jednego dnia na mapach świata. Starania narodu ku odzyskaniu wolności rozpoczęły się już w momencie jej utraty. Jednak narastanie nadziei niepodległościowych jak i sama droga do jej odzyskania, miały początek już w 1916 roku. W tedy to 5 Listopada władze niemieckie i austro-węgierskie, w wydanym przez siebie akcie proklamowały powstanie Królestwa Polskiego. Co prawda był to twór marionetkowy i w pierwszej fazie swego istnienia bez-terytorialny, jednak stał się podwaliną suwerenności dla wszystkich Polaków.
Co więc stało się 11 listopada 1918 roku? Tego dnia przekazano władzę nad całym tworzącym się Wojskiem Polskim, dzień wcześniej przybyłemu do Warszawy z niemieckiego więzienia w Magdeburgu, Józefowi Piłusudzkiemu. Wojska niemieckie rozpoczęły opuszczanie terytorium Królestwa Polskiego, a niemiecki garnizon w Warszawie został rozbrojony. No i oczywiście, w wagonie kolejowym w lasku Campiegne podpisano rozejm między Państwami Centralnymi a Ententą, kończący de facto I Wojnę Światową. Nic więc szczególnego jeśli chodzi o Polskę, bo na przykład depeszę notyfikującą powstanie niepodległego Państwa Polskiego, podpisano dopiero 16 listopada. Natomiast pierwsze państwo które uznało polską suwerenność, nawiasem mówiąc była to Republika Niemiecka, uczyniło to 21 tego miesiąca. Dlaczego więc 11 listopad? Tego dnia zapanowała ogólna euforia narodowa. Do polaków dotarł fakt, że teraz będą mogli rządzić się sami, iż są wolni w swej mowie, myśleniu i wyborze rozwoju. Tego dnia ludzie poczuli to na co czekały 4 pokolenia. Jeden z działaczy niepodległościowych Jędrzej Moraczewski,  napisał 11 listopada 1918 roku takie słowa:
"Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili."
Jednak droga po tak upragnioną niezależność i wolność jeszcze się nie skończyła. Można wręcz rzec, iż dopiero się zaczynała...

Józef Piłsudski na dworcu kolejowym w Warszawie. 11 listopada 1918 roku. 

11 Listopada 1918 roku nie wszyscy Polacy upajali się euforią, a łzy w ich oczach nie wszędzie były łzami radości. Lwów tego dnia "krwawił" płacąc cenę za bycie polskim...

sobota, 29 października 2016

Cromwell - Niedoceniona legenda.

13 czerwca 1944 roku, około godziny 4:30. Północna Francja, droga do Villers-Bocage.
Bezkresna kolumna czołgów, wozów pancernych, ciężarówek i ciągników artyleryjskich wraz z uczepionymi za nimi armatami, stała w bezruchu wzdłuż drogi. Nagle z pomiędzy pojazdów z prowizorycznego obozowiska zaczęły wyłaniać się postacie brytyjskich żołnierzy. Pakowali sprzęt, zapalali silniki swoich maszyn, było widać iż trwają przygotowania do wymarszu. Jednak wojsko to wyglądało dosyć dziwacznie. Obok młodych sprężyście i szybko uwijających się żołnierzy w zapiętych pod szyję battle-dressach, dużą część stanowili osobliwie poubierani ludzie, nonszalancko wspinający się na czołgi i opierający o ich pancerze z papierosem w zębach. Ich strój mógł jedynie przy dobrej woli przypominać mundur Royal Army. Kolorowe apaszki, skórzane kurtki, swetry oraz sztruksowe spodnie i zamszowe buty, wybijały się na tle mundurów ich kolegów z uzupełnień. Jedynie baretki "Africa Star" świadczyły o tym, że ma się do czynienia z regularną armią. Ludzie wskakiwali na nowe czołgi "Cromwell" i Shermany V "Firefly". Tak wyglądała kolumna 22 Brygady Pancernej, oraz jednostek dywizyjnych 7 Dywizji Pancernej "Desert Rats". Była to najsławniejsza brytyjska dywizja pancerna, która "zdobyła Afrykę Północną". 
Czołgi ruszyły w stronę Villers-Bocage około godziny 4:30, zgodnie z rozkazem generała Erskine. Celem było wzgórze 213, klucz do zdobycia Caen. Rozciągnięta kolumna żwawo ruszyła do przodu, nie napotykając większego oporu ze strony Niemców. Nie zawracano sobie więc głowy rozpoznaniem terenu. Około godziny 7:00 pierwsze czołgi Szwadronu "A", 4 Batalionu County of London Yeomanry, dotarły na obrzeża miasteczka. Jeden z czołgistów przyglądał się beznamiętnie jak jakiś oficer wypytuje napotkanych miejscowych. Stojący na przodzie człowiek po chwili energicznie pokręcił głową i zaczął coś pokazywać rękoma. Chłopi Twierdzili, iż w miasteczku nie ma Niemców, jedynie w zamku znajduje się kompania piechoty. Cała kolumna ruszyła a kiedy jej pierwsze pojazdy dotarły do wzgórza 213, na rozkaz Brygadiera Hinde´a zaczęły zajmować pozycje. Czołgi i wozy pancerne zjechały z drogi, a część pojazdów szwadronu "A" rozjechała się na północ i południe by prowizorycznie ubezpieczyć pododdział. Był ciepły przyjemny poranek, żołnierze zaczęli wysiadać z czołgów i rozkładać się w okolicy. Gdzieniegdzie słychać było parujące prymusy, na których parzyła się herbata. Wszyscy oficerowie mieli wziąć udział w odprawie u pułkownika Cranley´a, w centrum miasteczka Villers-Bocage, więc ruszyli w drogę, w swoich scout carach, pozostawiając żołnierzy w rękach podoficerów.   
Nikt ze "Szczurów Pustyni" nie zdawał sobie sprawy, że zaledwie 200 metrów od ich pozycji znajduje się 5 zamaskowanych Tygrysów, 2 Kompanii 101 Ciężkiego Batalionu Pancernego SS. Ich dowódca aż się do siebie uśmiechnął widząc jeden za drugim, gęsiego na poboczu ustawione brytyjskie czołgi. Michael Wittmann postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji. Niemieckie czołgi zaczęły posuwać się wzdłuż jaru przy drodze, za wysokim wałem ziemi. Odgłos ich silników zagłuszał gwar i ruch na szosie. Niemcy podjechali na 50 metrów do angielskich pozycji i dopiero gdy Cromwell stojący na końcu kolumny Szwadronu "A" stanął w płomieniach, ci zorientowali się iż są atakowani. Jeden z Shermanów oddał niecelny strzał w stronę Tigerów, ale po chwili sam zamienił się w kupę dymiącego złomu, tarasując całą szerokość szosy. Kolumna była ostrzeliwana przez trzy Tygrysy od południa i jednego z północy. Wittmann zdecydował się na samotny atak, ruszył swoją maszyną w kierunku drogi. Dotarł do niej na tyłach pododdziału "A" 4Th Count of London Yeomanry i skręcił w kierunku miasteczka. Przy pełnej prędkości, poruszając się szosą, strzelał do pojazdów stojących na poboczu. Kiedy dotarł do Villers-Bocage, Szwadron "A" 4th CLY praktycznie przestał istnieć. 5 tygrysów zniszczyło 11 Cromwelli i 4 Shermany. Teraz do walki włączyły się operujące nieopodal, czołgi Dywizji Panzer Lechr. i jej grenadierzy ukryci w budynkach, a w mieście czekały na Niemców kolejne "ofiary". 
13 czerwca 1944 roku był czarna kartą w historii dywizji "Szczurów Pustyni" i w historii Cromwelli.

Czołg Cromwell MK VI z 4 Batalionu County of London Yeomanry i jego załoga. Normandia czerwiec 1944

Na historię Cromwella, składa się szereg prototypów, prób, przeróbek i tymczasowych rozwiązań. Czołg ten jest tym ciekawszy, iż na jego podstawie powstał czołg Comet, który  jest uważany za prekursora nowoczesnych czołgów podstawowych.

wtorek, 11 października 2016

Häyhä Simo - Śmierć nosi biel.

Karelska zima na początku 1940 roku była surowa i okrutna. Nie tylko dlatego, że mrozy sięgały do -40 stopni Celsjusza. Znacznie większym problemem dla Finów byli sowieci depczący ich śnieg. Simo Häyhä postanowił, że wyrzuci nieproszonych gości ze swojej ojczyzny. 
O świcie, kiedy słońce dopiero kładło długie szare cienie na puszystym śniegu, drobna postać ubrana cała na biało przedzierała się przez leśną gęstwinę. Ostrożnie, starając się nie robić niepotrzebnego hałasu, mały Fin podchodził coraz bardziej linii nieprzyjaciela. W pewnej chwili zamarł w bezruchu i powoli obserwował otoczenie. Powoli podczołgał się pod rozłożystą sosnę i prawie całkowicie zasypał w kopnym śniegu. teraz Simo stał się zaspą, a może zaspa była Simo? W każdym razie nie sposób było cokolwiek zauważyć. Nawet twarz zniknęła za białym kawałkiem materiału. Kiedy lufa Mosina ukryła się za małym wałem usypanym ze śniegu i polanym wodą, postać całkowicie zastygła w bezruchu. 
"On tam gdzieś jest, postaraj się zlikwidować tego człowieka." 
Rozkazał Simo jego przełożony, porucznik Juutilainen. Chodziło o sowieckiego strzelca wyborowego, który na początku wojny zabił trzech fińskich oficerów. 
"Postaram się."
Odpowiedział krótko. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że ten specjalnie ściągnięty z Leningradu człowiek, miał polować również na niego. Minął prawie cały dzień, a Simo nadal w bezruchu leżał zagrzebany w zaspie. Zaczynał zapadać zmrok gdy w zachodzącym słońcu, w znaczniej odległości, coś odbiło jego promienie. Soczewka lunety sowieckiego strzelca. Häyhä wycelował w miejsce refleksu, oddalonego o około 450 metrów. Dokładnie zgrał muszkę i szczerbinkę na plamie odbitego słońca i pociągnął za spust. Mosin szarpnął go za ramię, a usypany przed lufą wał śniegu, doskonale zadziałał tłumiąc dogłos wystrzału i płomień wylotowy. Simo błyskawicznie przeładował karabin i czekał celując w to samo miejsce, nic... 
Sowiecki snajper niecierpliwie obserwował okolicę, klnąc siarczysty mróz, który przenikał przez jego ciało. Miał już dosyć czekania i zamierzał wrócić do bazy. Na "ziemi niczyjej" leżało kilku finów w białych płaszczach. Sowieta czekał aż zjawią się ich koledzy i jak mieli w zwyczaju będą chcieli pozbierać ciała, a może nawet ocalić jakiegoś rannego. W tedy mógłby zapisać na swoja listę kolejnych kilka dusz. Jeszcze tylko ostatni raz chciał spojrzeć przez lunetę swojego karabinu. Cały teren pokrywał świeży śnieg, żadnych oznak obecności wroga. Obserwował własnie rozłożystą sosnę, kiedy nagle pocisk trafił go w twarz i rozerwał tył głowy. Rosjanin nawet nie usłyszał wystrzału.        

Simo Häyhä w kombinezonie maskującym, z białym filcem skrywającym twarz. 

Dziś chciałbym wam zaprezentować postać najskuteczniejszego snajpera w historii. Jego rekordy w eksterminowaniu żołnierzy wroga pozostają niepobite do dnia dzisiejszego. Mimo wszystko jest to postać niezbyt znana, choć w swojej ojczyźnie jest bohaterem narodowym.

sobota, 17 września 2016

Wilno wrześniem - Ostatnie chwile polskości.

Pierwsze dni września 1939 roku, upływały w Wilnie jak wszystkie inne tego roku. Ludzie spacerowali w parkach, chodzili na zakupy i do kawiarni. Szkoły i urzędy były otwarte jak zazwyczaj, a w teatrze wystawiano spektakle. Wojna z III Rzeszą wydawała się odległa, ludzie co najwyżej czytając poranną gazetę zadawali sobie pytanie, kiedy Francja i Anglia ruszy wreszcie z ofensywą na zachodzie. O wojnie świadczył jedynie przerzedzony garnizon, oddziały wymaszerowały na zachód i biły się z Niemcem. W Wilnie pozostawiono nieliczne wojska koszarowe. Sytuacja jednak miała się już niedługo zmienić i to w dość drastyczny, oraz brutalny sposób. 13 września nad miastem pokazały się samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach i naprowadzane przez sowiecką radiostację w Mińsku, bombardowały miasto. Luftwaffe obrało na cel koszary, dworzec kolejowy i elektrownię, bomby spadły również na radiostację na Lipówce. Wojna wkraczała na Wileńszczyznę.

Panorama przedwojennego Wilna. Fotografia: Jan Bułhaka

Kiedy 17 września 1939 roku sowieckie hordy ruszyły by "wyzwolić" Ukrainę i Białoruś od białopolaków i otoczyć bratnią ludność opieką w obliczu wojny. Naczelny Wódz, Edward Rydz-Śmigły wydał dyrektywę ogólną by nie walczyć z sowietami.